Ograniczniki prędkości, czyli kolejny krok do cyfrowego niewolnictwa

Felieton/Motoryzacja 30.10.2017
Ograniczniki prędkości, czyli kolejny krok do cyfrowego niewolnictwa

Ograniczniki prędkości, czyli kolejny krok do cyfrowego niewolnictwa

Czy społeczeństwo powinno mieć prawo łamać prawo?

Obecnie nie ma z tym żadnego problemu. Wsiadasz do przeciętnego samochodu, wciskasz gaz i już łamiesz prawo. Jazda samochodem to najpewniejszy sposób na popadnięcie w konflikt z prawem. Unia Europejska planuje przejść od karania do uniemożliwiania tego, montując w samochodach ograniczniki prędkości.

Unia Europejska chce kontrolować prędkość samochodów

Unia Europejska planuje kontrolować prędkość samochodów. Jeśli pomysł European Transport Safety Council zostanie przyjęty, wszystkie nowe auta od 2020 mają być w standardzie wyposażone w ogranicznik prędkości, który na podstawie znaków i nawigacji uniemożliwi przekroczenie prędkości. Oczywiście wiadomo, kto zapłaci za te dodatki…

Julkaissut Spider's Web 26. lokakuuta 2017

Sam również wielokrotnie zadawałem sobie to pytanie: skoro najwyższa dopuszczalna w Polsce prędkość pojazdu to 140 km/h, to dlaczego produkuje się samochody, które mogą jeździć szybciej?

Wystarczy wprowadzić limiter i nikt już nie przekroczy prędkości, przynajmniej na autostradzie. W mieście sprawa nie jest taka prosta, bo ograniczenia co chwilę się zmieniają, na niektórych ulicach jest to nawet 80 km/h – tu samochód musiałby samoczynnie rozpoznawać znaki drogowe (co i tak już jest wprowadzone w wielu nowych autach) i na bazie tej danej dopasowywać poziom aktywowania się ogranicznika. Przez lata było to technicznie niewykonalne, ale aktualne technologie poradziły sobie z tym. Choć jak wielokrotnie udowodniono, systemy „czytające” znaki dość często się mylą – to jednak tylko kwestia dopracowania.

Od kilku lat zacząłem nabierać przekonania, że wprowadzenie ograniczników jest tylko kwestią czasu. Przecież już od kilku lat kierowcy nie mogą wykonywać niektórych manewrów, ponieważ nie pozwoli im na to system stabilizacji toru jazdy ESP. Są auta, w których da się go wyłączyć, ale ogólnie do przeszłości odeszły już kontrolowane poślizgi czy kręcenie bączków w miejscu. Nawet z ESP w ustawieniu sportowym (dostępnym w droższych autach) samochód i tak nie pozwoli nam na wszystko, co chcemy.

Odcięcie możliwości wykonywania tych niebezpiecznych manewrów nie spowodowało większego poruszenia w społeczeństwie – co najwyżej fani jazdy po torze denerwowali się, że nie mogą przejechać zakrętu poślizgiem, bywa też że ESP utrudnia wyjechanie ze śniegu – ale to wciąż niewielka cena za to, że gdy stracimy panowanie nad pojazdem, to ESP nas uratuje… a przynajmniej powinno.

Całkiem niedawno opublikowano statystyki, które wyraźnie pokazują, że liczba śmiertelnych ofiar wypadków drogowych wzrosła – wprawdzie w USA, bo w Europie akurat spada ona od lat i w 2016 r. – zmalała o 2% w stosunku do roku 2015. Europejscy przywódcy na czele ze Szwecją uważają jednak, że ten spadek jest za wolny i chcą w stosunkowo szybkim czasie doprowadzić do tego, by śmiertelne wypadki nie zdarzały się w ogóle – cel wydaje się jak na razie mało realny, jednak mając na uwadze to, że jako główną przyczynę wypadków podaje się nadmierną prędkość, wprowadzenie ograniczników wydaje się nieuniknionym krokiem na drodze do samochodów w pełni autonomicznych.

Co ciekawe, z artykułów opisujących te zamiary wynika, że kierowcy w większości popierają ten pomysł, zwłaszcza że, póki co, system będzie wyłączalny. Potem zapewne przestanie być. Ponadto w planach jest zaprogramowanie go w ten sposób, żeby dawało się jednak przekroczyć prędkość na kilka chwil, np. w celu wyprzedzenia.

Przypuśćmy, że przyszłość nadeszła i że w salonach stoją samochody z obowiązkowo zamontowanym ogranicznikiem prędkości.

Idziesz, wybierasz, kupujesz, odbierasz… o w drodze do domu wyprzedza cię sąsiad w Passacie B5 TDI. Twoja pierwsza reakcja to dezaktywacja ogranicznika. Przecież masz nowy, droższy i lepszy samochód: dlaczego masz jeździć wolniej, niż ci biedacy w furach za kilka tysięcy złotych?

Owszem, ta idea miałaby szansę zadziałać, gdyby z dnia na dzień wszystkie samochody wyposażyć w obowiązkowy ogranicznik bez możliwości wyłączenia go. To jednak technicznie nie do zrobienia. Na razie znajdziemy się w sytuacji, gdy samochody bez ogranicznika będą więcej warte niż te z limiterem, a zarobią głównie warsztaty elektroniczne, montujące ukryty pod deską rozdzielczą permanentny wyłącznik nowego systemu – dokładnie tak, jak stało się z filtrami cząstek stałych.

Czy zatem ograniczniki prędkości mają sens?

Z jednej strony tak, bo rzeczywiście mają szansę wyeliminować trochę śmiertelnych wypadków, choćby takich jak głośna sprawa Mercedesa rozbitego przy stadionie Legii przez kierowcę bez prawa jazdy – z zapisków komputera pokładowego wynika, że przed uderzeniem przemieszczał się on z prędkością 130 km/h. Ograniczniki zadziałają też na tych, którzy wyłamują się z jazdy z jednostajną prędkością w gęstym ruchu i zmieniając pas 18 razy na sekundę próbują udowodnić, że są szybsi od światła – to zresztą ci właśnie kierowcy powodują największe zagrożenie, nie zaś jednolity sznur samochodów jadący o 10-15 km/h powyżej limitu.

Tylko że akurat ci szaleńcy będą też tymi, którzy za niemałe pieniądze zlecą stałą dezaktywację limitera. Nie po to przecież kupili 500-konnego SUV-a, żeby jechać nim 50 km/h, jak wszyscy. I w tym tkwi problem: większość obywateli chce żyć spokojnie i praworządnie, a ograniczenia prawne wprowadza się dla znikomego ułamka ludzi, którzy za nic mają sobie zasady współżycia społecznego. To trochę jak z dostępem do broni: zwykli obywatele (przynajmniej w Europie) nie chcą go i nie potrzebują, a zabrania się go że względu na garstkę potencjalnych przestępców, którzy… i tak sobie tę broń załatwią.

Wypada jednak odpowiedzieć na pytanie, które nasuwa się za sprawą wprowadzenia ograniczników: czy społeczeństwo powinno mieć prawo łamać prawo?

Odpowiedź jest tylko jedna: oczywiście że tak.

Aby wyjaśnić dlaczego, można przywołać opowiadanie Stanisława Lema, w którym Trurl próbował zbudować istoty stale szczęśliwe. Jego przyjaciel, ale i adwersarz Klapaucjusz skomentował to wtedy złośliwie, że istota, która nie może być nieszczęśliwa, to tak jakby powiedzieć, że tramwaj jest dobry, bo nie może wyskoczyć z szyn i kogoś rozjechać.

Sytuacja, w której ludzie nie przekraczają prędkości swoimi autami, bo nie mogą, nie ma nic wspólnego z praworządnością – jest to tylko forma zniewolenia. Praworządność jest wtedy, kiedy możesz złamać prawo, ale tego nie chcesz, bo wolisz zachować istniejący porządek. Gdyby społeczeństwo nie miało prawa łamać prawa, nigdy nie doszłoby do postępu.

Nadal bylibyśmy w czasach niewolnictwa, kobiety nie miałyby prawa głosu, a czarnoskórzy musieliby korzystać ze specjalnie wydzielonych stref w autobusach. Porównanie tego do ograniczników prędkości wydaje się na pierwszy rzut oka absurdalne, bo w rzeczywistości chodzi o niewielką sprawę, ale warto zauważyć, że małymi kroczkami, dzięki kolejnym elektronicznym kagańcom, odchodzi się od koncepcji praworządności na rzecz cyfrowego niewolnictwa.

Dołącz do dyskusji

Advertisement