Jeśli chodzi o wolność mediów w Polsce, bardziej od PiS-u boję się tylko Google’a

Felieton/Media 11.10.2017
Jeśli chodzi o wolność mediów w Polsce, bardziej od PiS-u boję się tylko Google’a

Jeśli chodzi o wolność mediów w Polsce, bardziej od PiS-u boję się tylko Google’a

Rok 2025, Polska, Wrocław. Dwóch niezależnych bloggerów właśnie spuszcza w ubikacji pendrive’y, na których kolportowali swoją stronę internetową, ponieważ dostali od sąsiada cynk, że na schodach w klatce już węszy Googlecja. 

Wierzcie mi, nie jestem cięty na Google. Broniłem ich, jak tylko mogłem, w sporze z niemieckimi i hiszpańskimi wydawcami prasy. Otóż wymyślili oni sobie wtedy, że Google powinien im płacić za to, że wyświetla zajawki ich newsów, co wydało mi się kompletną bzdurą. Bo jestem skłonny założyć się, że nikt nie kierował do nich równie wiele ruchu, co właśnie gigant światowego internetu. I domaganie się za to jeszcze pieniędzy… To było po prostu niesmaczne.

Ale Google wcale nie jest żadnym dobrym wujkiem i moim zdaniem wraz z Facebookiem realizuje proces postępującego anektowania internetu, przy czym Google ma większe możliwości i jest przez to znacznie groźniejsze.

Oba serwisy dzielą sieć między siebie, powoli pożerając już nie tylko kompletną drobnicę, ale i małe imperia medialne. Kwestią czasu jest, aż zapukają do tych większych. Zauważcie, że – pisałem o tym na Spider’s Web – internauci już coraz częściej nie wiedzą jaki w ogóle serwis czytają. Przychodzą bezrefleksyjnie z Google lub Facebooka i równie szybko odchodzą. A Google i Facebook starannie pilnują, żeby przypadkiem nie wyeksponować zbytnio witryny, do której odsyłają. Facebook miał swoje Instant Articles. Był już o krok od tego, żeby przycisnąć wydawców, by publikowali na Facebooku – “po co wam wasze serwery”. Na szczęście im się nie udało zbyt skutecznie przeforsować tego patentu.

To trochę tak, jak z Niemcami. Przegrali dwie Wojny Światowe, więc postanowili zdominować Europę gospodarczo.

Google wykorzystuje swoje możliwości lidera i pochłania internet niepozornie, technologicznie, pod pretekstem rzekomo – uwaga – “dobrej zmiany”. Za spore zagrożenie dla neutralności internetu uważam forsowany przez Google format AMP, który w teorii oznacza “lżejsze strony mobilne”.

I teraz tak. Teraz podzielicie się w trakcie lektury tego artykułu na dwa obozy. Część was, szczególnie ta będąca jeszcze na utrzymaniu rodziców lub po prostu ideowo infantylna, zacznie krzyczeć, że dobrze wam tak, że bannery reklamowe to rak internetu, że wolelibyście inne formy reklamy (nie wolicie, na reklamę natywną narzekacie), a najchętniej to byście nam po prostu płacili, gdyby była taka możliwość (nie płacicie, paywalle na dużych portalach to takie sukcesy, które są ogłaszane przez łzy).

Postawcie się na moment w roli wydawcy serwisu internetowego, który ma do opłacenia serwery, trzech programistów, grafika, admina, księgową, prawnika (nawet nie wiecie jak często ktoś próbuje zastraszyć medium w Polsce), płatny Disqus, płatny Slack, pensje (niemałe) dla dwudziestu blogerów, a przecież jeszcze sam w tym czasie nie chodzi do pracy, tylko próbuje to wszystko tak zorganizować, żeby nie padło po dwóch tygodniach. Dobrze by też było zarabiać więcej, niż się wydaje, bo za 10 lat może to wszystko upaść i ktoś może zadać pytanie “a co pan robił przez ostatnią dekadę?”. To kosztuje, nic zatem dziwnego, że twórcy stron internetowych chcą zarabiać.

Wreszcie – moim zdaniem sprawa fundamentalna, choć trudno ją wytłumaczyć – zasoby finansowe niosą za sobą swego rodzaju niezależność dla medium. Możecie rozumieć tę niezależność na wiele sposobów i każdy będzie prawdziwy. To dzięki temu, że zarabiamy, na Bezprawniku nie boimy się czasem poruszać tematów… niewygodnych. Wiemy, że już nas na to stać.

Te reklamy mogą was irytować, mnie też irytują reklamy w Polsacie, ale media mają naturalne i przyrodzone prawo do emisji reklam – zwłaszcza, że są to media bezpłatne. Możecie ich nie lubić, ale odmawianie prawa do emisji to już delikatna nieprzyzwoitość. No i między innymi, choć nie tylko, z tego powodu nie jest mi w smak z forsowanym przez Google formatem AMP.

Google przyszedł do twórców przed rokiem i kazał sobie płacić “za ochronę”.

Raz jeszcze proszę was o to, żeby na sprawę choć te jeden raz nie patrzeć z perspektywy użytkownika adblocka, tylko wyjrzeć nieco poza horyzont. Choćby w trosce o rynek medialny, którym przecież spora część z was się interesuje. Niesamowite jest, że kiedy PiS zapowiada walkę z fake news, wywołuje to (słuszne) przerażenie, a zarazem podobne deklaracje po stronie Google i Facebooka to już lawina entuzjazmu.

Sytuacja wygląda w ten sposób, że kilkanaście miesięcy temu jakiś podejrzany typ przyszedł do nas i powiedział, że powinniśmy płacić mu za ochronę. Inaczej możemy tego pożałować. W porządku – tak nie było. Ale przyszedł do nas Google i powiedział, że chce, żebyśmy wdrożyli formaty AMP na naszych stronach, bo inaczej będziemy spadać w wynikach wyszukiwania.

Wyniki wyszukiwania są ważne dla prawie każdej strony internetowej w tym kraju. Ja nie gardzę tymi czytelnikami. Oczywiście, ze stałymi mam jakąś sympatię, antypatię, więź emocjonalną, ale czytelnik z wyszukiwarki internetowej, to jest czytelnik, który otrzymuje odpowiedź, rozwiązanie. Wchodzi na Twoją witrynę w konkretnej sprawie – choćby to był link do meczu – i ją otrzymuje. W mojej ocenie taka jest właśnie rola mediów i tylko ignoranci ją bagatelizują (dlatego Spider’s Web jest już od nich znacznie większy).

Google powiedział – albo robicie AMP, albo tniemy wam zasięgi. I może nawet nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że Google jest w Polsce albo monopolistą, albo bardzo blisko uzyskania statusu monopolisty. To z kolei rodzi liczne zakusy. Częściowo zakazane przez prawo, choć przypominam, że Google (i jego pozostali gigantyczni koledzy) dość wybiórczo traktują kwestię poczuwania się do prawa obowiązującego w Polsce, nawet pomimo jasno na to wskazującego orzecznictwa TSUE.

Dlaczego AMP jest złe?

Bywa, że AMP to obecnie preferowana wersja strony przez Facebooka, Twittera i właśnie Google. Sprawia to, że czytelnicy z tych witryn nie trafiają na naszą stronę w takiej formie, w jakiej chcielibyśmy ją im wyświetlać – z naszą szatą graficzną, naszym logo(!), naszymi reklamami, systemem komentarzy Disqus, tylko na mocno okrojoną, wręcz prymitywną wersję. Jeśli nie kojarzycie strony w tym formacie na swoim telefonie, możecie podejrzeć jak mniej więcej rysuje się to na stronie internetowej w wersji komputerowej. Z jednej strony przyjemny minimalizm, prawda?

Ale z drugiej… Jak ja to pisałem o PiS? Cieszyłbym się z ograniczenia zagranicznego kapitału w mediach, ale PiS rządzi krajem w złej wierze. Uważam, że Google forsuje AMP w złej wierze i o żadne przyspieszenia czy lekkość bytu im nie chodzi. Tak się bowiem składa, że generalnie na podstronach AMP reklamy można wyświetlać (ucieszyliście się przedwcześnie), ale najlepiej żeby były to reklamy Google AdSense, a już przynajmniej spełniały bardzo wyśrubowane kryteria Google’a. Choć gigant nie mówi tego wprost, między wierszami da się wyczytać, że najchętniej przyjmowałby dolę od sprzedawanych reklam za pośrednictwem swojego systemu reklamowego. Nie podoba mi się też, że w ramach swojego “standardu” wtrąca się w to, jakiego rodzaju reklamy emitują reklamodawcy.

Facebook, Google i Apple…

Dzisiaj już większość ruchu mobilnego (który swoją drogą też już stanowi większość) to właśnie strony AMP. Standardu dyktowanego internetowi przez Google i jego widzi mi się.

Facebook, Apple i Google. Każdy z nich próbował forsować podobny mechanizm, z różnym powodzeniem. Google się to udało. Mało prawdopodobne wydaje się, by te trzy firmy nagle zainteresowały się lżejszym lub sprawniejszym internetem, prawda? To nie jest macierewiczyzm, tylko realna obawa o kształt rynku medialnego. W ostatnich 20 latach nikt nie zagroził neutralności i niezależności stron internetowych tak bardzo, jak Google poprzez przeforsowanie swojego formatu mobilnego, za sprawą którego uzyskuje de facto kontrolę nad tym jak wyglądają nasze strony internetowe. Nie ich, nasze.

A teraz przypomnijcie sobie, jakimi firmami są Facebook i Google, jakie firmują ideologie czy wreszcie, jak reagują na treści, z którymi się nie zgadzają. Z Facebooka są usuwani cykliści za dyskusje o swoich metalowych pedałach, Google już teraz bardzo wybiórczo opowiada o świecie za pomocą Google Doodles. Format taki, jak AMP służy osłabieniu niezależnych (od Google) mediów, a w dalszej perspektywie zapewne pożarciu ich przez wyszukiwarkę w zamian za symboliczną pensję z przychodów reklamowych AdSense. Boicie się Kaczyńskiego? Bójcie się, ale w globalnej perspektywie jest małym graczem na tle Brina i Page’a.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement