Egipt w Assassin’s Creed: Origins okazał się niesamowitym miejscem – recenzja

Recenzja/Gry 30.10.2017
Egipt w Assassin’s Creed: Origins okazał się niesamowitym miejscem – recenzja

Egipt w Assassin’s Creed: Origins okazał się niesamowitym miejscem – recenzja

Nigdy nie zapomnę, gdy płynąłem po wielkim jeziorze Buhajrat Marjut, cumując w porcie hellenistycznej Aleksandrii. Widoki serwowane podczas podróży przez starożytny Egipt były niesamowitym, dojmującym przeżyciem. Ubisoft stworzył piękny, kolorowy, skomplikowany i żywy świat, w którym bohater Assassin’s Creed: Origins jest zaledwie ziarenkiem pustynnego piasku.

Najlepszym, największym, najbardziej wartym uwagi elementem nowego Assassin’s Creed: Origins jest sam Egipt. Kraj Ozyrysa to prawdziwy główny bohater opowieści. Egipt snuje swoją narrację za pomocą surowo pięknych pustyń, orzeźwiających oaz, tajemniczych grobowców i monumentalnych miast, które trzeba, TRZEBA odwiedzić.

Nie będę ukrywał – Kraj Faraonów wydawał mi się najnudniejszym miejscem dla serii.

Piasek, wielbłądy, piramida z której nawet nie można wykonać „skoku wiary” – o Egipcie myślałem jak o zapyziałej dziurze Afryki, będącej pozostałością niegdyś wielkiego Imperium. W porównaniu do Londynu, Paryża, Rzymu, Jerozolimy czy Konstantynopola, egzotyczny region z I wieku p.n.e wydawał mi się kompletnie nieatrakcyjny. No bo co jest ciekawego w przemierzaniu bezkresnej pustyni, prawda? Jakim byłem głupcem!

Egipt w Assassin’s Creed: Origins to centrum zderzenia dwóch wielkich kultur. Starożytna wiara w faraonów miesza się tutaj z wpływem hellenistycznym, rozpoczętym po zdobyciu Egiptu przez Aleksandra Macedońskiego. Historyczna stolica Memfis rywalizuje z pełną greckiej architektury, otwartą na zewnątrz Aleksandrią. W powietrzu wisi niewypowiedziany konflikt, który widać gołym okiem, patrząc na mieszkańców Starożytnego Egiptu.

Ogorzałe od słońca twarze Egipcjan mieszają się z jaśniejszymi facjatami Greków. Dawna wiara w boga słońca coraz silniej ustępuje wpływom ateńskiego panteonu. Oparta na zdobieniach ściennych oraz monumentalnych, ale prostych posągach architektura zmienia się wraz z podróżą na północ. Pojawia się coraz więcej rzeźb, drogi zaczynają być wyłożone kostką, a grecka filozofia jest jednym z najpopularniejszych tematów rozważań. Wspaniały kulturowy kocioł, który został oddany z dbałością o najmniejsze detale. Po prostu czapki z głów.

Egipt w Assassin’s Creed: Origins żyje własnym życiem, a gracz jest tutaj jedynie gościem podziwiającym większą całość.

Ubisoft odwalił kapitalną robotę, jeżeli chodzi o odwzorowanie najważniejszych historycznych elementów Kraju Słońca. Już wcześniej Francuzi mieli do tego rękę, ale tym razem producenci weszli na zupełnie nowy poziom. Czuć, że każde miejsce, które odwiedzamy, ma do opowiedzenia pewną historię. Niektóre wprost, inne dyskretnie: za pomocą malowideł, zdobień i hieroglifów. Oaza, wielkie miasto czy grobowiec – niezależnie gdzie wejdzie gracz, wyjdzie nie tylko ze skarbami, ale również WIEDZĄ.

Assassin’s Creed: Origins kapitalnie poszerza wiedzę gracza. Czy też raczej motywuje do poszukiwania wiedzy za pomocą niesamowitego świata. Grając w Origins naprawdę jesteśmy w Starożytnym Egipcie. Naprawdę przechadzamy się uliczkami Aleksandrii. Niemalże czujemy piasek na twarzy, przemierzając pustynne wydmy. Gdy odwiedzamy nowe miejsce, to wydaje się tak spójne i rzeczywiste, że chcemy o nim wiedzieć więcej.

No i sięgamy. Najpierw po Google i Wikipedię. Szybko okazuje się, że to za mało. Szukamy w Internecie pogłębionych artykułów. Te odsyłają do książek. W moim przypadku głód wiedzy okazał się na tyle duży, że… wylądowałem w bibliotece. Nie żartuję. Wyposażony w Dzieje starożytnego Egiptu Nicolasa Grimala wróciłem zadowolony do domu, niczym z udanego polowania. Kontynuowałem zabawę przed konsolą, co chwila pauzując rozgrywkę i zaczytując się w książce.

Żadna inna odsłona Assassin’s Creed nie zainspirowała mnie do czegoś takiego. Nie sprawiła, że poderwałem się z sofy i odwiedziłem bibliotekę. Coś niesamowitego. To najlepiej tłumaczy, jak wyjątkowy, jak pełny, jak inspirujący i jak ciekawy wydaje się otwarty świat w Assassin’s Creed: Origins. Pod tym względem gra zasługuje na 10/10. Totalny opad szczęki.

Niestety, pod innymi względami Assassin’s Creed: Origins jest już tylko dobre, poprawne albo przeciętne.

Najgorzej wypada walka. Twórcy zrezygnowali z prostego systemu „blok -> kontra” charakteryzującego większość odsłon serii. Niestety, graczom nie oferuje się nic w zamian. Machanie mieczem w Origins jest przypadkowe i pozbawione finezji. Miło, że twórcy oddają w moje ręce ciekawe bronie, takie jak dzidy oraz młoty, ale co z tego, skoro to już nie ta sama frajda. Pod względem walki, konkurencyjne Shadow of War deklasuje nowego Assassin’s Creed o kilka długości. Ubisoft ma olbrzymie pole do poprawy.

Kiepski model walki motywuje do zabójstw z ukrycia. Tutaj Origins nieco rozwija skrzydła (dosłownie), oddając w ręce gracza wiele ciekawych narzędzi. Najciekawszym „gadżetem” jest sokół, który pełni rolę drona. Chociaż do sterowania wielkim ptakiem trzeba się przyzwyczaić, jego możliwości są nieocenione. Jeszcze nigdy rozpoznanie nie było tak ważne i tak kluczowe. Spodobało mi się też, że tak podstawowe akcesoria jak wysuwane ostrze dostajemy dopiero po kilku – kilkunastu godzinach zabawy. Dzięki temu gracz eksperymentuje z alternatywnymi narzędziami, których w przeciwnym przypadku nigdy by nie użył.

Historia również nie powala. Postaci w filmach przerywnikowych są nieco sztuczne i drewniane. Pomimo odmienności kulturowej, ciężko nie polubić Bayeka. Niestety, cała reszta obsady mocno zaniża poziom. Do tego tempo narracji jest dyskusyjne. Wykonując trzy misje nie dzieje się praktycznie nic, podczas gdy robiąc czwartą wszystko staje na głowie. Jak gdyby ktoś wyrwał ze środka kilka dodatkowych zadań. Mam nadzieję, że nie po to, aby zamienić je jako płatne DLC.

Assassin’s Creed: Destiny

Wraz z przeniesieniem akcji do Egiptu producenci Origins wprowadzają do mechaniki poziomy doświadczenia, statystyki broni, modyfikatory i tak dalej. Nie mam nic przeciwko. Eksploracja grobowca faraona w poszukiwaniu potężnej tarczy +20 do obrażeń z kontrataków to sama przyjemność. Rozwój ekwipunku i umiejętności uzależnia. Sprawia, że czuć sens w wykonywaniu pobocznych zadań, polowaniu na zwierzęta oraz czyszczenia mapy ze wszystkich znaczników. To jak najbardziej plus gry.

Minusem jest za to formuła, w jakiej zdobywa i rozwija się wyposażenie. Podział przedmiotów na kolory ala Diablo wprowadza niepotrzebną sztuczność. Tak samo jak skrzynki z losową zawartością, którą można nabyć za „sklepową” walutę. W kosmicznym Destiny 2 coś takiego przeszłoby bez żadnego problemu. Do pięknego, realistycznego świata Assassin’s Creed: Origins system pasuje jednak jak pięść do nosa. Ubisoft totalnie popłynął z monetyzacją.

Największe zalety:

  • Niesamowity Egipt, który jest prawdziwym głównym bohaterem
  • Bayeka nie sposób nie polubić
  • Wprowadzenie poziomów doświadczenia i statystyk broni
  • Gra wzmaga głód wiedzy historycznej
  • Fabularna gratka dla fanów całej serii
  • Rozwój postaci wciąga

Największe wady:

  • Byle jaka walka
  • Kolorowe skrzynki z losową zawartością, bleh
  • Nierówne tempo narracji
  • Fragmenty w czasach współczesnych
  • Sztuczne ograniczanie gracza zbyt silnymi przeciwnikami

Pomimo głupich pomysłów wydawcy, szeregowi twórcy bronią swojego dzieła wspaniałym światem. Najlepszym w serii Assassin’s Creed i jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek widziała branża gier. Pod tym względem Origins to kamień milowy dla marki. Poprzeczka zawieszona tak wysoko, że u konkurencji mogą się załamać.

Teraz Ubisoft musi dokonać podobnej ewolucji w obszarze walki, a seria znowu nie będzie miała sobie równych.

Dołącz do dyskusji

*/ ?>
Advertisement