Twórca absurdalnej aplikacji Yo! oraz telefonu za 60 tys. zł chce teraz sprzedawać smartfony do… bitcoina

Artykuł/Sprzęt 26.09.2017
Twórca absurdalnej aplikacji Yo! oraz telefonu za 60 tys. zł chce teraz sprzedawać smartfony do… bitcoina

Twórca absurdalnej aplikacji Yo! oraz telefonu za 60 tys. zł chce teraz sprzedawać smartfony do… bitcoina

Android czy iOS przestają ci wystarczać do wysyłania i odbierania bitcoinów? Za Oceanem powstaje właśnie smartfon przeznaczony do handlowania kryptowalutami. Boję się tylko, że jest marketingową ściemą.

Za jego projektem stoi Sirin Labs, czyli firma, która niegdyś stworzyła luksusowy telefon dla bogaczy dbających o prywatność. Wyceniła go na 16 tys. dol., choć wyglądał pokracznie – był nieproporcjonalnie duży i gruby. Po tej wpadce firma zwolniła 1/3 swojej załogi i postanowiła wypłynąć na nowe wody.

Takie coś na rynku startupowym nazywa się piwotem i zapewne jest bardzo dobrze znane szefowi Sirin Labs – Moshe Hogegowi. Ten Pan na swoim koncie ma już zebranie kroci na aplikację do wysyłania sobie „yo” (spróbujcie przekonać inwestorów, że to „deal” ich życia), a także stworzenie funduszu VC z budżetem z 202 mln dol. Fundusz ten zapewne inwestować ma w startupy pracujące na kryptowalutach, bo to nowy konik Hogega. Właśnie dlatego tworzy on…

smartfon do kryptowalut.

Na papierze jego specyfikacja wygląda obiecująco. Co prawda nie wiemy jaki procesor czai się za wyświetlaczem QHD 5,2 cala, ale zaraz obok niego ląduje 8 GB RAM-u i 256 GB pamięci wewnętrznej. Finney – bo tak, na cześć jednego z ewangelistów kryptowalut nazwany jest smartfon – praktycznie nie ma ramek. Futurystyczny wygląd idzie w parze z wygórowaną ceną, wynoszącą 1 tys. dol.

Jest tylko jeden problem. Tego telefonu jeszcze nie ma!

Sirin Labs póki co sprzedaje rendery i już niedługo ma rozpocząć zbiórkę w modelu ICO. Wypuści więc na rynek swoje własne tokeny, za które dopiero będzie można kupić smartfona. Smartfona, który jeszcze nie istnieje, a jego wyprodukowanie potrwa kilka miesięcy. Jeśli wszystko się uda.

Dlaczego ktoś miałby chcieć zamrażać kasę dla takiego debiutanta?

Finney ma być idealnym smartfonem dla miłośników kryptowalut.

Smartfon nie działa bowiem na Androidzie, a na autorskim systemie Shield. Został on zaprojektowany, aby maksymalnie chronić posiadaczy kryptowalut.

Po pierwsze, ma wspierać zaszyfrowaną komunikację. To jednak robi każdy smartfon. Szyfrowanie można włączyć nawet w Messengerze.

Po drugie, ma wspierać zimny portfel kryptowalut. Tu należy się nieco wyjaśnienia. Portfele dzielimy na gorący i zimne. Te pierwsze to np. portfele na giełdach. Przechowując swoje środki na giełdzie zawierzamy w jej bezpieczeństwo, bo gdy ktoś zhakuje jej serwery to możemy się pożegnać z pieniędzmi. A takie sytuacje miały już miejsce.

Portfele zimne, to zaś urządzenia, na których zapisane są dane dostępu do naszego portfela z kryptowalutami. Nie są one zwykle podłączone do sieci, więc nie można ich zhakować. To np. pendrive’y, które podłączamy do komputera tylko na czas transakcji.

Teraz do rzeczy. Finney ma bowiem posiadać coś w rodzaju przełącznika który będzie podłączał zimny portfel do sieci. Nasz portfel będzie cały czas w telefonie, ale odłączony od internetu. Jeśli będziemy chcieli za coś zapłacić w kryptowalucie wystarczy, że przyciśniemy przycisk i już zyskamy dostęp do portfela.

Po trzecie, system ma zawierać platformę wymiany zasobów pomiędzy jej użytkownikami. Jakich zasobów? Np. pamięci operacyjnej, kamery czy energii. Jeśli więc będziemy na mieście i rozładuje się nam smartfon, będziemy mogli podładować się z innego Finney’a. Wcześniej trzeba będzie pamiętać o zapłaceniu za energię. Oczywiście w wewnętrznej kryptowalucie.

Użyjemy jej także w sklepie z aplikacjami, który ma powstać. Twórcy chwalą się, że oddadzą programistom 100 proc. pieniędzy, jakie płacili będą użytkownicy.

Łatwo tak się dzielić, prawda? Kiedy jeszcze nic nie ma.

Nie ma ani aplikacji, ani sklepu, ani samego smartfona. Wątpię nawet, czy gdzieś istnieje prototyp, na którym można pokazać działający system. Wstawki o bezpieczeństwie i doskonałym szyfrowaniu bez dowodów, to marketingowa ściema.

Wątpię, aby Sirin Labs udało się tym razem zebrać z rynku choć trochę pieniędzy. Nie jest to już target wyciskarki do soków, która okazała się bezużyteczna, a zaprawieni w bojach z najnowszą technologią miłośnicy kryptowalut. Cześć z nich zapewne samodzielnie sprawdzała bezpieczeństwo bitcoina i nie obejrzy się nawet za przynętą tak słabej jakości.

 

Sirin potrzebuje 50 mln dol. na zbudowanie smartfona i 75 mln dol. na komputer. Tak, Sirin chce zainstalować swój system również na PC. Stawiam, że zbiórka zakończy się fiskiem, co przypieczętuje koniec firmy.

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement