Radykalny pomysł: chcą zamieść nadmiar dwutlenku węgla pod morski dywan

Artykuł/Nauka 19.09.2017
Radykalny pomysł: chcą zamieść nadmiar dwutlenku węgla pod morski dywan

Radykalny pomysł: chcą zamieść nadmiar dwutlenku węgla pod morski dywan

Stężenie dwutlenku węgla w atmosferze urosło do takich rozmiarów, że samo ograniczenie emisji tego gazu cieplarnianego może nie rozwiązać naszych problemów z klimatem. A co gdyby nadmiar CO2 zrzucić na dno oceanu?

Przechowywanie nadmiaru dwutlenku węgla na dnie morza nie jest wcale takim nowym pomysłem. E. Eric Adams i Ken Caldeira z Carnegie Institution for Science (Stanford) proponowali już w 2008 r. rozpuszczanie nadprogramowych ilości dwutlenku węgla w morzu, na dużej głębokości.

Pomysł ten jednak został odrzucony. Wpompowanie tak ogromnych ilości dwutlenku węgla do morza miałoby bowiem kiepski skutek uboczny. CO2 rozpuszczone w wodzie morskiej tworzy kwas węglowy (H2CO3). A kwasy, jak zapewne wiecie, wpływają na odczyn pH wody. Zmiana na tak dużą skalę miałaby ogromny wpływ na morski ekosystem, a tego przecież nie chcemy.

Dwutlenek węgla na dnie oceanu nie musi się jednak rozpuszczać.

Pomysł Steve’a Goldthorpe’a jest dosyć radykalny, ale może zadziałać. Ten analityk energetyczny z Nowej Zelandii proponuje bowiem, żebyśmy składowali nadmiar CO2 w ogromnych balonach. Albo czymś w tym rodzaju.

Taki napompowany dwutlenkiem węgla balon, jeśli byłby szczelny, po umieszczeniu na głębokości ok. 3000 metrów, nigdy nie wypłynąłby na powierzchnię. Dwutlenek węgla ma bowiem na tej głębokości większą gęstość niż woda morska i naturalnie opada na samo dno. Istnieje też opcja budowy sztucznego zbiornika na samym dnie oceanu, który nie pozwalałby na mieszanie się CO2 z wodą.

Zresztą takie zbiorniki dwutlenku węgla występują na dnie oceanu całkiem naturalnie. W 2006 r. japoński naukowiec Fumio Inagaki odkrył ogromne pokłady dwutlenku węgla na dnie Morza Wschodniochińskiego. Natura co prawda nie dysponowała żadnymi balonami ani zbiornikami z tworzyw sztucznych, ale pokłady dwutlenku węgla odkryte przez Inagakiego oddzielone były od wody morskiej przez naturalne warstwy osadowe.

Skoro natura może składować CO2 w morzu, to może i my możemy? Rozwiązanie Goldthorpe’a przypomina trochę ideę składowania materiałów radioaktywnych na dnie oceanu. Dopóki “opakowanie” będzie szczelne, dwutlenek węgla może sobie tam tkwić w nieskończoność.

Pytanie tylko, z czego takie opakowanie wykonać. I to jeszcze w sposób, który byłby racjonalny z ekonomicznego punktu widzenia. Goldthorpe proponuje, żeby nadmiar CO2 składować na dnie Rowu Sundajskiego. Zakładając, że gaz ten produkowany jest w największym stopniu przez duże fabryki i elektrownie, do rozwiązania pozostaje jeszcze kwestia transportu takich balonów z dwutlenkiem węgla z rejonów najbardziej uprzemysłowionych do północno-wschodniej części Oceanu Indyjskiego i jakiś sprytny proces ich zatapiania.

Gdyby jednak coś poszło nie tak…

…i nagle ogromne ilości dwutlenku węgla wyciekłyby na dno oceanu, to cały ten pomysł zamiatania CO2 pod dywan mógłby wypalić nam prosto w twarz. Na dnie oceanu znajduje się jeszcze jeden gaz cieplarniany. Taki, który znacznie szybciej potrafi ogrzewać naszą planetę. Metan. Na odpowiednio dużej głębokości, metan występuje w postaci hydratów metanu. To małe kryształki, które tworzą się przy odpowiednio niskiej temperaturze i… odpowiednim pH wody. Wzrost kwasowości wody lub zwiększenie się jej temperatury doprowadza do wydzielania się metanu w jego niestabilnej formie. Powoduje to oczywiście ryzyko, że gaz ten wydostanie się na powierzchnię.

Pod powierzchnią Oceanu Spokojnego odkryto w tym roku naturalne złoże metanu, które rozciąga się od wybrzeża Gwatemali aż do Hawajów. To ponad 7 tys. kilometrów. Ocean Indyjski graniczy z Oceanem Spokojnym. Istnieje więc ta jedna na milion szansa, że proponowany przez Goldthorpe’a Rów Sundajski okaże się być Puszką Pandory, której nie uda nam się odpowiednio mocno domknąć.

Na razie jednak nie musimy się przejmować się metanem. W aktualnych warunkach klimatycznych te kilkaset metrów wody morskiej nad złożami metanu stanowi skuteczną barierę, która chroni naszą atmosferę. Chociaż odpowiednio silne, podwodne trzęsienia ziemi są w stanie uwolnić całkiem spore ilości metanu spod powierzchni morza. Jednym ze zdarzeń w historii naszej planety, w którym mogło dojść do gwałtownego uwolnienia się metanu z dna oceanu, jest paleoceńsko-eoceńskie optimum klimatyczne. Wtedy to, w ciągu niecałych 20 tys. lat, średnia temperatura na Ziemi wzrosła o 6 st. Celsjusza.

Dr Felicity Shelley (swoją drogą – dobre nazwisko dla oceanologa), która odkryła to złoże, sama przyznaje, że nadal wiemy zbyt mało na temat tego, co kryje się na dnie oceanów. Jej zdaniem dalsze badania dotyczące gazów cieplarnianych i innych ciekawostek znajdujących się pod powierzchnią morza mogą pomóc nam wypełnić luki w wiedzy na temat ziemskiego cyklu węglowego.

Musimy znaleźć miejsce do składowania CO2. I to szybko.

Dno oceanu nie jest jedynym rozwiązaniem naszego problemu. Inne koncepcje zakładają na przykład składowanie dwutlenku węgla pod powierzchnią ziemi, w miejscach, z których wydobywaliśmy wcześniej ropę, czy gaz ziemny. Pomysły te zostały już nawet wstępnie przetestowane i działają.

Na razie nikt nie podjął się realizacji takiego przedsięwzięcia na skalę przemysłową. Na razie, bo w końcu takie działanie może okazać się koniecznością. Jak wynika z badań Jima Hansena, który przez wiele lat kierował działem klimatologii w amerykańskiej agencji NASA, na samą redukcję emisji dwutlenku węgla do ziemskiej atmosfery jest już za późno. Stężenie tego gazu cieplarnianego jest już na tyle wysokie, że powoduje tzw. efekt kuli śniegowej.

Tak duża ilość dwutlenku węgla napędza produkcję innych gazów cieplarnianych, które przyspieszają wzrost średniej temperatury na Ziemi i… w zasadzie to samonapędzający się (powoli) proces. I jeśli nic z tym nie zrobimy, skutki – prędzej, czy później – będą katastrofalne. Migracja klimatyczna, czy oceany opanowane przez bakterie beztlenowe (produkujące siarkowodór), to tylko czubek góry lodowej czarnego scenariusza, przed którym ostrzegają nas naukowcy.

Jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, które może sobie podchodzić do problemu zmian klimatycznych na Ziemi w stylu “hulaj dusza, piekła nie ma”. To oczywiście sprawia, że bardzo wielu ludzi nie wierzy, że taki problem w ogóle istnieje. A jeśli już przyznają, że faktycznie jest coś na rzeczy, to często twierdzą, że ludzkość nie ma tym nic wspólnego.

Jeśli nic z tym nie zrobimy, prędzej czy później stracimy na tym wszyscy.

Dołącz do dyskusji

Advertisement