Teraz mogę się już przyznać. Bałem się przesiadki z Androida na iPhone’a

Felieton/Technologie 03.07.2017
Teraz mogę się już przyznać. Bałem się przesiadki z Androida na iPhone’a

Teraz mogę się już przyznać. Bałem się przesiadki z Androida na iPhone’a

Dobra, teraz mogę wam się wreszcie do czegoś przyznać. Bałem się przesiadki z Androida na iPhone’a.

Serio. Co prawda śledzę, z powodów zawodowych, rozwój systemu mobilnego i sprzętu Apple, a poza tym dbam, by iPhone małżonki miał aktualną wersję oprogramowania, ale obawiałem się, że przesiadka będzie bolesna.

Do iPhone’a wróciłem po trzech latach udanego korzystania ze smartfonów z Androidem. Tak, udanego! Zakup telefonu Apple’a nie był więc aktem desperacji. Po prostu przyszedł czas na zmianę. To był impuls, a katalizatorem okazał się mało poważny stosunek producenta mojego poprzedniego urządzenia do aktualizacji. O tym, już jednak pisałem wcześniej.

Czego zatem bałem się przede wszystkim?

Chyba najbardziej tego, że z powodu uzależnienia od usług Google przejście na iOS może okazać się zbyt wymagające. Żaden system tak dobrze nie integruje ich, jak Android. To oczywiście logiczne. Nie chodzi tylko o dostępność aplikacji, te są przecież wieloplatformowe, ale sposób interakcji z nimi. Z drugiej strony przyszedł czas na powiedzenie “sprawdzam”. Szybko rozważyłem, czy naprawdę muszę korzystać ze wszystkiego, co daje Google.

Gmail? Poczty Google’a nie jestem w stanie się pozbyć. Próbowałem. Kombinowałem z Outlookiem. Nie ma szans, bym zmienił dostawcę. Dlatego pierwszą aplikacją z App Store’a, którą zainstalowałem w iPhonie, był właśnie klient Gmaila. Głównie z powodu powiadomień push, ale też dlatego, że po prostu lubię tę apkę, znam ją dobrze i świetnie mi się jej używa.

Keep? Próbowałem chyba wszystkiego, ale to Google Keep jest i będzie moim podstawowym notatnikiem. Zapisuję w nim wszystko: listy zakupów, pomysły na teksty dla Spider’s Web, przypomnienia o spotkaniach, tytuły książek, które chcę przeczytać. By uniknąć chaosu stworzyłem wiele etykiet, dlatego wyszukiwanie notatek jest proste i skuteczne. Keep był drugą aplikacją, którą zainstalowałem na iPhonie.

Chrome? Przeglądarka Google’a do dziś nie zagościła na nowym urządzeniu. To dla mnie wielkie zaskoczenie. Używam jej na pececie, Chromebooku, korzystałem też na smartfonie z Androidem. Tym razem postanowiłem dać szansę Safari i szybko się do niego – na powrót – przyzwyczaiłem. Co najdziwniejsze nie odczuwam tego, co wydawało mi się nie do przejścia: braku pełnej synchronizacji między urządzeniami. Bo przecież Safari to poważny wyłom w tej kwestii. Jest za to na iPhonie szybkie i lekkie. Chrome potrafił przymulić.

Mapy Google? Owszem, czasem korzystam z map Apple, ale te od Google’a są nie do pobicia. Nie ma dyskusji, tę aplikację musiałem pobrać.

YouTube, Dysk, Home, Kalendarz? Te usługi są również dobrze reprezentowane na iOS. Chwała Google’owi za to. Dzięki temu przesiadka nie była ciosem obuchem.

Obawiałem się powrotu do iPhone’a nie tylko z powodu zżycia z Google.

Od lat używałem smartfonów z wyświetlaczem o przekątnej powyżej 5,5-cala. Byłem przekonany, że zmiana na urządzenie z maleńkim, 4,7-calowym ekranem będzie sporym wyzwaniem. Przymierzając się do zakupu porównywałem w sklepie wyświetlacze mojej “patelni” oraz iPhone’a. I byłem przerażony!

Dziś zapomniałem już o miłości do wielkiego ekranu. Nie, to nie jest racjonalizacja. Mogłem przecież kupić iPhone’a 7 Plus. Wilk byłby syty i owca cała. Z premedytacją wybrałem mniejsza wersję. I nie żałuję.

Przede wszystkim, po raz pierwszy od dawna, dobrze mi się pisze na klawiaturze ekranowej smartfona. Po drugie, kieszeń moich spodni nie jest wreszcie wypchana. Po trzecie, nie muszę już uprawiać ekwilibrystyki, by sięgnąć kciukiem w rejony, które znajdują się poza zasięgiem palców. Nawet nie wiedziałem, że mi tego wszystkiego brakowało. Wielki ekran rekompensował ewidentne niedostatki ergonomii.

Ostatnia rzecz, której się obawiałem to ograniczenia iOS-a.

Te piekielne dzwonki wgrywane przez iTunesa są symbolem tego, czego nie lubiłem w systemie Apple’a od zawsze. Wspominam o nich zawsze, bo wyjątkowo idiotyczna wydaje mi się konieczność wykonania kilkunastu klików, by zrobić rzecz, którą można załatwić dwoma lub trzema.

Co jeszcze? Choćby brak menadżera plików (to akurat zmieni się w iOS-ie 11). Małe możliwości personalizacyjne? W znacznie mniejszym stopniu, ale również. Lubiłem minimalizm Google Now Launchera. Praktycznie nie korzystałem z szuflady aplikacji. Te, których używałem, umieszczałem na pulpitach. To samo mam w iOS-ie. Nie ciągnęło mnie zbytnio do zmian ikon, ale z chęcią testowałem interesujące launchery. Dawały poczucie zmiany. Były drobnym sposobem na znudzenie widokiem, który oglądam kilkadziesiąt razy dziennie.

Pisałem niedawno, że zakup iPhone’a był jak powrót do domu. Nie wiem na czym to polega, ale potrafię nawet zaakceptować niektóre nielogiczności iOS-a. Jakie? Na przykład fakt, że ustawienia aplikacji potrafią znajdować się równocześnie na poziomie tych ostatnich, jak i w samych Ustawieniach. Jasne, to bez sensu, ale nigdy nie miałem i nie mam w mobilnym systemie Apple problemu ze znalezieniem potrzebnej opcji.

Po czasie intensywnego korzystania z iPhone’a dziś już wiem, że dokonałem (znów) dobrego wyboru. I gdyby nie odstający od konkurencji akumulator, mógłbym powiedzieć, że urządzenie Apple to dla mnie smartfon idealny.

Dołącz do dyskusji