Zapalmy znicz na grobie prywatności w Sieci

Felieton/Social media 04.07.2017
Zapalmy znicz na grobie prywatności w Sieci

Zapalmy znicz na grobie prywatności w Sieci

Czym jest prywatność? Albo inaczej, czy prywatność, zwłaszcza w sieci, jeszcze istnieje? Wyrok amerykańskiego sądu w sprawie przeciwko Facebookowi nie jest dobrą wiadomością dla tych, którzy nadal wierzą w tę wartość.

O prywatności można pisać długo i emocjonalnie. W sieci jest to zjawisko wręcz zanikające. Korzystamy z przeglądarek, komunikatorów, serwisów społecznościowych, które domagają się dostępu do lokalizacji i naszych danych. Tylko w moim smartfonie takie oczekiwania ma kilkadziesiąt aplikacji i usług systemowych.

Wielki Brat patrzy!

W tym postępującym zaniku prywatności znamienne jest to, że spotykam coraz mniej osób, którym chce się walczyć. Zwracają uwagę na szyfrowanie, używają open source’owych przeglądarek lub wtyczek, które pozwalają na blokowanie skryptów śledzących. Nie ma ich na Facebooku. Nie znajdziemy żadnego ich zdjęcia w sieci. W zasadzie to wymierający gatunek idealistów.

Istnieje też druga grupa. To ludzie, którym się wydaje, że chronią swoją prywatność. Znam człowieka, który jest przekonany, że jest superprzebiegły, bo założył konto mailowe używając fałszywych danych. Kilka lat temu przeprowadziłem nawet eksperyment i sprawdziłem ile informacji na jego temat mogę wyłuskać z sieci. Owszem, nawet nieźle mu wychodziło chronienie własnego cyfrowego wizerunku. Problem w tym, że jego syn nie był już tak ostrożny i na tej podstawie można było złożyć puzzle, by osiągnąć ciekawy i w miarę szczegółowy obraz.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie bez przyczyny. Definicja prywatności okazuje się dynamiczna i można powiedzieć, że tworzy się na naszych oczach. Można nawet rzec, że pojęcie prywatności dewaluuje się w czasie rzeczywistym.

Sędzia Edward Davila z San Jose w Kalifornii umorzył kilka dni temu postępowanie, w którym powodowie oskarżali Facebooka o śledzenie aktywności użytkowników nawet wówczas, gdy nie korzystali z serwisu. Przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości argumentował, że stronie wnoszącej powództwo nie udało się udowodnić, że poniosła realną stratę lub szkodę ekonomiczną.

Dlaczego Facebook został pozwany?

Zdaniem powodów Facebook narusza prawo śledząc użytkowników odwiedzających zewnętrzne strony zawierające przyciski społecznościowe, takie jak “Lubię to”. Sprawa zresztą wróciła po raz kolejny na wokandę, po tym jak została odrzucona w październiku 2015 roku. Sędzia tłumaczył również, że poszkodowani mogli zabezpieczyć się przed śledzeniem, ale tego nie zrobili, oraz że nie udowodnili, by nastąpiło “przejęcie komunikacji”.

Sprawa dotyczy w gruncie rzeczy sposobu funkcjonowania stron internetowych. Dlatego sędzia zwrócił uwagę, że z faktu, iż informacje wysyłane są zarówno do witryny na którą weszliśmy i do Facebooka, którego nie odwiedzaliśmy, nie wynika, że Facebook przechwycił komunikację.

Nie mam zamiaru dokonywać analizy amerykańskiego prawa, ale moją uwagę w tej informacji przykuł sposób argumentacji, w którym sprawa naruszenia prywatności została rozpatrzona przez pryzmat szkód lub strat ekonomicznych. Choć sąd musi rozpatrywać rzecz w kontekście szkody, to wydaje się, że takie podejście do prywatności sprawia, że w praktyce większość przypadków śledzenia w sieci nie powoduje strat.

Innymi słowy: jeżeli będąc śledzonym przez stronę nie tracisz niczego, poza subiektywnym poczuciem prywatności czy bezpieczeństwa, szkoda nie zaistniała.

Idąc tokiem takiej logiki możemy postawić krzyżyk na prywatności i ogłosić, że została uśmiercona. Ewentualnie złożona na ołtarzu naszej wygody i chęci posiadania błyskawicznego dostępu do informacji, znajomych, itp.

Dołącz do dyskusji

Advertisement