Netflix idzie po kina. Czy ktoś może mieć jeszcze jakieś wątpliwości?

Artykuł/Biznes 18.07.2017
Netflix idzie po kina. Czy ktoś może mieć jeszcze jakieś wątpliwości?

Netflix idzie po kina. Czy ktoś może mieć jeszcze jakieś wątpliwości?

Pamiętacie mój tekst sprzed trzech miesięcy, w którym w kontekście wyników Netfliksa pisałem o początku końca ery kin? Mocno mi się wtedy od was dostało w komentarzach.

Tymczasem zaledwie kwartał później, przy publikacji najnowszych wyników finansowych, Netflix mówi otwartym tekstem:

Tak jak zmieniliśmy biznes telewizyjny czyniąc dostęp do treści tv znacznie łatwiejszym i wygodniejszym, tak wierzymy, że internetowa tv może w podobny sposób ożywić biznes filmowy (w odróżnieniu od przemysłu kinowego).

Czy ktoś potrzebuje jeszcze jakiegoś jaśniejszego sygnału co się święci? Netflix idzie po kasę z wielkiego rynku kinowego z pominięciem kin. I już mu się to zaczyna udawać.

Najpierw kilka słów o najnowszych wynikach, bo jest o czym mówić.

W zaledwie 3 miesiące Netflix dodał kolejne 5,2 mln abonentów swojej płatnej internetowej telewizji i ma ich już łącznie – uwaga – 104 mln.

Jeszcze ciekawszy jest przyrost przychodów – te skoczyły o 32 proc. do 2,79 mld dol. I jak mówią finansowi przedstawiciele Netfliksa – dobrze jest zaczynać analizę wyników firmy właśnie od przychodów i marży na zysku operacyjnym (4,6 proc. w ostatnim kwartale, zysk netto 66 mln), bo amerykańska firma to właśnie ten aspekt uważa za kluczowy. Biznes musi się spinać. Jakże rozbieżne to podejście do biznesu od Snapchata, Twittera i innych magicznych tech startupów, które wydają się prezentować filozofię, że „zyski są dla mięczaków”.

To wszystko zaczyna wyglądać niezwykle atrakcyjnie. Netflix ma już ogromną bazę 104 mln klientów w ponad 190 krajach. Jedynym istotnym rynkiem, na którym nie operuje, są Chiny. Nie on jeden ma tam jednak problemy, więc na razie można przymknąć na to oko.

Fakt faktem jednak, że Netflix jest już dystrybucyjnie i kapitałowo przygotowany na podbój całego rynku telewizyjno-kinowego.

Dość powiedzieć, że Netflix ma już zobowiązania wynikające z umów, licencji, zakupu treści oraz produkcji na 15,7 mld dol. (w górę z 13,2 mld dol. rok wcześniej). To budżet porównywalny z dużymi studiami produkcji filmów hollywoodzkich.

Co więcej, w komentarzu do najnowszych wyników finansowych Netflix mówi wyraźnie: w tym roku wydamy 40 filmów – zarówno te z wielkimi budżetami, jak i małe niezależne produkcje. Jednego możemy być pewni – nie będą one wyświetlane w kinach, lecz od razu na streamingowej platformie Netfliksa.

Z Hollywoodem Netflix ma na pieńku od dawna. W przeciwieństwie do Amazonu, Netflix nie chce czekać na udostępnianie filmów przynajmniej 90 dni po premierze kinowej, co doprowadziło do usunięcia sporej liczby kinowych hitów z oferty serwisu. Co więcej, kina odmawiają wyświetleń produkcji netfliksowych.

Ciekawa sytuacja miała miejsce niedawno podczas festiwalu w Cannes. Do konkursu zostały zgłoszone dwie produkcje Netfliksa: „Okja” oraz „The Meyerowitz Stories”, mimo iż nie były one wyświetlane we francuskich kinach, dostępne były za to we francuskiej wersji oferty streamingowego serwisu. Pod naciskiem wielkich wydawców filmowych władze festiwalu w Cannes ogłosiły, że od 2018 r. do konkursu będą akceptowane jedynie filmy, które wyświetlane są w kinach…

W odpowiedzi CEO Netfliksa Reed Hastings napisał na Facebooku, że „establishment zwiera szeregi przeciwko Netfliksowi”.

Jedno jest pewne – filmy są i będą ważną częścią przyszłości Netfliksa. Z lub bez kin.

Dołącz do dyskusji

Advertisement