iPhone SE po 3 miesiącach – nie żałuję niczego, nie czekam na premierę Ósemki

Artykuł/Sprzęt 14.07.2017
iPhone SE po 3 miesiącach – nie żałuję niczego, nie czekam na premierę Ósemki

iPhone SE po 3 miesiącach – nie żałuję niczego, nie czekam na premierę Ósemki

Małe telefony podobno są już niemodne. Z małych telefonów podobno nie da się już korzystać. Spędziłem ponad kwartał z iPhone’em SE i nie mogę się z tym zgodzić.

Dla przypomnienia: kilka miesięcy temu musiałem rozstać się z iPhone’em 5S. Początkowo plan na następcę był prosty – największy i najlepszy iPhone, czyli 7 Plus. W ostatniej chwili zrezygnowałem i zdecydowałem się na najmniejszego i najtańszego SE.

Początkowo byłem zachwycony, ale co potem?

Zachwyt pozostał. Aczkolwiek… w dyskretnej formie.

Jeśli przyjrzeć się smartfonowej ofercie Apple’a, iPhone SE jest urządzeniem, które wzbudza zdecydowanie najmniej emocji. Jeśli go kupimy, powinniśmy się spodziewać, że fascynacja nową zabawką (nawet jeśli wcześniej mieliśmy coś innego niż bardzo podobnego 5/5S) będzie trwać bardzo, bardzo krótko.

Bo i czym tu się tak naprawdę ekscytować? iPhone SE jest odpowiednikiem starego, solidnego samochodu, który moglibyśmy kupić obecnie jako nówkę sztukę. Niewysoki koszt zakupu, sprawdzona przez lata konstrukcja, tanie części i akcesoria, a w przyszłości potencjalnie niższe koszty naprawy.

Tak, iPhone SE staje się nudny szybciej niż jakikolwiek inny smartfon na rynku. Po części dlatego, że wiemy o nim wszystko jeszcze zanim go kupimy. Po drugie dlatego, że nic się z nim nie dzieje. No, poza drobnostkami…

To za co można go ostatecznie polubić, a za co nie?

Na plus: rozmiar.

Ta jedna rzecz nie przestaje mnie zachwycać. Czy noszę go w kieszeni, czy wkładam do schowka w samochodzie, czy przypinam go do ramienia podczas biegania, czy do mostka podczas jazdy na rowerze – nigdy nie przeszkadza.

Wyrzeczenia związane z rozmiarem są łatwe do przewidzenia – oglądanie filmów na tym ekranie jest kiepskim doświadczeniem, a wysunięcie klawiatury (na której czasem, przy szybkim pisaniu, nie mieszczą się palce) kradnie ogromną część ekranu. Ale da się z SE korzystać nie tylko jako z telefonu, ale też i ze smartfonu. Przeglądam na nim codziennie kilkadziesiąt albo kilkaset stron internetowych, korzystam z komunikatorów, czytam i wysyłam maile, słucham z niego muzyki, korzystam z nawigacji, konfiguruję Mercedesy na wypadek niespodziewanej wygranej w Lotto.

I nie narzekam.

Na plus: prędkość.

Raczej nie spodziewałem się, żeby mogło się to zmienić po kilku miesiącach użytkowania, ale teraz mogę przynajmniej bez wahania potwierdzić to własnym doświadczeniem. iPhone SE po dłuższym i intensywniejszym użytkowaniu jest tak samo szybki, jak w momencie wyjęcia go z pudełka.

Tego samego zresztą spodziewam się na iOS 11. Krótkie zabawy z wersją beta tego systemu sugerują, że raczej nie będę rozczarowany w momencie debiutu finalnej wersji.

Na plus: akumulator.

Zdarzyły mi się do tej pory dwa przypadki, kiedy musiałem ładować SE przed końcem dnia. I były to przypadki, w których telefon pełnił rolę kamery wideo przez naprawdę długi czas.

Poza tymi przypadkami malutki SE potrafi wytrzymać z daleka od gniazdka naprawdę satysfakcjonująco długo. Jeden dzień to minimum, a zdarza się, że – jeśli nie muszę z niego zbyt dużo korzystać – pod koniec dnia ma 60-70 proc. energii.

Jasne, i tak ładuję go co noc, bo i dlaczego nie. Ale przynajmniej mam pewność, że jeśli jadę na jeden dzień w góry, to mogę użyć go jako nawigacji na dojazd (1-1,5 godziny w jedną stronę) i jeszcze poużywać w terenie. Bez podłączania do ładowarki.

Na plus: tani telefon, a jak świetnie wykonany.

No dobrze – nie tani, a taniawy, ale na pewno tani jak na sprzęty Apple’a. Jednocześnie… w ogóle od reszty urządzeń z jabłkiem nieodstający pod względem jakości wykonania (z małym zastrzeżeniem).

Za każdy razem, kiedy biorę SE do ręki, nie mam wrażenia, że połasiłem się na coś tańszego i teraz muszę z tego powodu cierpieć. Wręcz przeciwnie – jakościowo to nadal telefon z najwyżej półki.

Na plus: tani telefon, a aktualizacje będzie dostawał i dostawał.

W końcu oczywiście przyjdzie aktualizacja, która przekroczy możliwości SE i będzie się trzeba przesiąść na nowszy model.

Ale decyzję o tym, kiedy nie będę już w stanie żyć z wolniejszym telefonem, podejmę ja. Nie podejmie jej za mnie jego producent, po prostu przestając karmić go aktualizacjami. A w przypadku np. telefonów z Androidem za 1400-1500 zł to się zdarza.

Na plus: z tym telefonem absolutnie nic się nie dzieje.

Nic. W ogóle. Skonfigurowałem go po wyjęciu z pudełka, poinstalowałem co trzeba, potem jeszcze trochę, potem trochę skasowałem, trochę poprzestawiałem i to tyle.

Przez te wszystkie miesiące nie było ani jednej sytuacji (a przynajmniej ja takiej nie pamiętam), kiedy na SE zdenerwowałem się chociaż trochę. Robił to, co powinien, do tego dokładnie tak, jak powinien.

Na plus: aparat.

Nie jest wybitny. Jest po prostu bardzo dobry. A to, w połączeniu z kompaktowymi wymiarami SE i długim czasem pracy na akumulatorze, czyni z tego telefonu jeden z najlepszych kieszonkowych aparatów.

Na plus: to jest po prostu cholernie dobry, zwyczajny sprzęt.

I tym nagłówkiem w zasadzie można byłoby streścić jakąkolwiek recenzję iPhone’a SE. Jest to bowiem najlepsze możliwe podsumowanie tego urządzenia.

Wodotrysków żadnych tutaj nie uświadczymy. Nic nas nie rzuci na kolana. Nie znajdziemy świetnej funkcji, którą chcielibyśmy pokazać znajomym. Nic takiego tutaj nie ma.

Ale i niczego tutaj nie brakuje. To co jest, działa wyśmienicie. Nie czuję absolutnie żadnej potrzeby zmiany – ani na większy telefon, ani na telefon bardziej wypasiony. Bo i tak z tych wszystkich jego nowości, za które musiałbym dopłacić, po krótkiej ekscytacji przestałbym korzystać. Do tego musiałbym taszczyć ze sobą większą cegłę…

Na minus: dwuklik.

Czyli problem, z którym Apple tak długo nie mógł sobie poradzić, że w końcu zrezygnował z klikającego przycisku Home. Co ciekawe, miałem już 4, 4S, 5 i 5S – w żadnym ten problem nie występował. W SE tak.

Na czym polega usterka? Na tym, że przycisk Home klika na dwa sposoby/etapy. Pierwszym jest delikatne kliknięcie albo raczej trzaśnięcie, objawiające się przy delikatnym dotknięciu przycisku, które nic nie robi. Dopiero potem, gdy naciśniemy mocniej, guzik faktycznie klika i aktywuje odpowiednią akcję.

Irytujące, ale nic poza tym. Oczywiście można to reklamować, ale jakoś nie mam na razie zamiaru rozstawać się z telefonem.

Na minus: ok, mogłem kupić wersję 32 GB.

Ale teraz nie powinno być to już problemem. iPhone SE po lifcie ma już 32 GB w podstawowej wersji. I warto wybrać taki wariant – w odmianie 16 GB błyskawicznie brakuje miejsca chociażby na… aktualizacje.

Na minus: z tym frontem można coś zrobić…

I to jest w zasadzie jedyne, co drażni mnie w tym telefonie – niewykorzystana przestrzeń na froncie. Gdyby Apple’owi udało się wypełnić całą tą powierzchnię wyświetlaczem, przy zachowaniu pozostałych wymiarów, byłbym o krok od stwierdzenia, że udało się stworzyć telefon idealny. Ba, byłbym o krok od zmiany telefonu, nawet mimo tego, że SE jest u mnie bardzo krótko.

Prawdopodobnie tak się jednak nie stanie. A skoro tak, to SE ma u mnie dożywocie.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji