Tak to powinno wyglądać od początku. Woolet 2.0 – recenzja

Recenzja/Sprzęt 10.04.2017
Tak to powinno wyglądać od początku. Woolet 2.0 – recenzja

Tak to powinno wyglądać od początku. Woolet 2.0 – recenzja

Jaki musi być smart-portfel, żeby można go było uznać za produkt warty swojej ceny? Jakie wymagania musi spełnić i jakie funkcje oferować? Postanowiłem poszukać odpowiedzi na te pytania w trakcie testów drugiej generacji Wooleta. 

Żeby przekonać się, czy Woolet 2.0 to dobry produkt, trzeba… odpowiedzieć na dwa pytania. Po pierwsze, czy to dobry portfel. Dlaczego? Bo to głównie z jego portfelowych funkcji będziemy korzystać na co dzień. Jego dodatkowe możliwości będziemy chcieli wykorzystywać jak najrzadziej. Co nam z tego, że znajdziemy nasz portfel z drugiego końca świata, skoro nie włożymy do niego naszych najbardziej potrzebnych kart i dokumentów?

Drugie pytanie dotyczy oczywiście jego smart funkcji. W końcu na co nam drogi portfel, do którego włożymy wszystkie karty i dokumenty, skoro to, za co zapłaciliśmy dodatkowo, działa tak sobie?

Przekonajmy się, gdzie Woolet 2.0 radzi sobie dobrze, a gdzie nie daje rady.

Czy Woolet Travel XL 2.0 to dobry portfel?

No, to po kolei.

Pojemność? Wybitna.

Nie jestem pewien, co można byłoby chcieć nosić przy sobie, żeby nie zmieściło się to w podróżnej wersji Wooleta 2.0.

Miejsc na karty i dokumenty o podobnym formacie jest tutaj 6, wszystkie dostępne od razu po rozłożeniu portfela. Dowód osobisty, prawo jazdy, karta płatnicza, karta kredytowa… i pozostałe 2 kieszonki pozostawały u mnie cały czas wolne. A to przecież nie koniec.

Pod każdym z rzędów kieszonek na karty znajduje się jeszcze duża kieszeń, o rozmiarach pozwalających swobodnie schować tam paszport. Jako że paszportu jednak nie noszę, wylądowały tam dowody rejestracyjne. I jeśli ktoś ma wybitnie rozwinięty park maszynowy to uspokajam – po 2 dowody (w oprawkach) spokojnie zmieszczą się, nie utrudniając przy tym obsługi portfela czy wyjmowania kart.

Ewentualnie można w tej kieszenie upchnąć jeszcze dodatkowe karty. I choć początkowo może się wydawać, że to bez sensu, że będą tam latać i trudno będzie je wyciągnąć, nic takiego nie ma miejsca. Szerokość kieszeni pozwala je umieścić dokładnie tak, żeby dało się je wygodnie wyjmować, natomiast jej wysokość pozwala na wygodne przechowywanie dwóch kart. Sprytne i świetnie zrealizowane.

Gdyby tego było mało, pozostaje jeszcze gigantyczna, przepastna, niemal nieskończona przestrzeń kieszeni głównej. Od razu zaznaczę, że najwygodniej jest w niej trzymać banknoty pionowo – w przeciwnym razie będziemy musieli po nie naprawdę głęboko sięgnąć.

Co ciekawe, ten minus ma swoje plusy. Jeśli wyjeżdżamy poza Polskę, możemy w ten sposób łatwo rozdzielić walutę krajową i zagraniczną. Z drugiej strony, jeśli nosimy przy sobie większe ilości gotówki, możemy ochronić ją przed wzrokiem ciekawskich, upychając ją na samym dnie.

W głównej kieszeni wszyto też niewielkich rozmiarów sekretną kieszonkę. Ok, niewielkich jest tutaj kiepskim określeniem – możemy tam zmieścić kolejną kartę (choć już nie zakryjemy jej klapką).

A, żeby nie zapomnieć – w zestawie jest również… kompaktowy długopis.

Praktyczność? Wybitna z minusem.

Do Wooleta Travel XL 2.0 w zasadzie nie da się w żaden sposób przyczepić, jeśli chodzi o wygodę użytkowania wszystkich jego elementów.

Kieszonki na karty? Wygodnie wyjmiemy każdą, wygodnie wsuniemy je potem ponownie. Większe przegródki? Banalne w obsłudze, a jednocześnie nic z nich przypadkiem nie wypadnie. Kieszeń główna? Wygodna, praktyczna.

Niemal wszystko jest tutaj odpowiednio sztywne, odpowiednio przycięte, odpowiednio przemyślane – w tym i w taki sposób, że z niektórych elementów można korzystać na dwa sposoby. Super.

Jedyny mój problem z tym portfelem jest taki, że – pomimo swoich ogromnych wymiarów – niespecjalnie nadaje się do przechowywania monet. Owszem, kieszonka w kieszeni głównej teoretycznie może spełniać to zadanie, ale nie jest to super komfortowe rozwiązanie. Do tego większa liczba monet skutecznie podnosi masę i tak niezbyt lekkiego portfela, przy okazji odrobinę zaburzając jego proporcje. Czyli mamy wielki portfel, w którym niespecjalnie da się przenosić monety. Oj.

Jakość wykonania? Wyborna.

Tutaj natomiast absolutnie do niczego nie mogę się przyczepić. Woolet w tej wersji (w tym i kolorystycznej) wygląda pięknie, wykonany jest starannie i zwraca na siebie uwagę w subtelny sposób.

Już nawet nie chodzi tutaj o ręczną produkcję, niewyprawioną skórę czy pozłacane logo Wooleta na froncie. Travel XL 2.0, pomimo swoich sporych rozmiarów, pozostaje portfelem o niewielkiej grubości i fantastycznie wręcz utrzymuje ją, nawet pomimo upychania do niej kolejnych przedmiotów. To nie jest portfel, który po wpakowaniu kilku rzeczy staje się bardziej workiem, którego nie da się domknąć. Nie, Woolet zachowuje swój kształt w zasadzie zawsze.

Jednocześnie nie mamy wrażenia, że nosimy ze sobą książkę w twardej oprawie. Portfel wrzucony np. do wewnętrznej kieszeni skórzanej kurtki nie uwiera i nie przeszkadza. Co przy jego wymiarach jest sporym osiągnięciem.

Warto przy tym zaznaczyć, że w porównaniu do jedynki zmieniono jeszcze jedną rzecz – elektronika jest teraz dużo lepiej zaszyta w portfelu i nie powoduje dodatkowego zwiększania jego objętości. Choć, muszę przyznać, w poprzedniej generacji nigdy mi to nie przeszkadzało.

PS Jestem świadom tego, że odmiana brązowa jest dość specyficzna i czarna będzie dużo bardziej uniwersalna.

Transportowo… mam wątpliwości.

Chociaż te wynikają raczej głównie z tego, że możliwości pojemnościowe wersji Travel XL są dla mnie zupełnym overkillem. Większość kieszonek pozostaje bowiem pusta, a portfel, cóż, jest mimo tego taki wielki, jaki był.

Nawet nie myślcie sobie, że uda się wam wcisnąć tę wersję do tylnej kieszeni spodni czy do przedniej kieszeni. Próbowałem i poległem.

Woolet Travel XL 2.0 nadaje się do noszenia w kieszeni kurtki, marynarki, w plecaku czy w torbie. I właśnie w tej ostatniej podróżował ze mną Woolet, kiedy pogoda sprawiła, że ubieranie kurtki zupełnie straciło sens.

I, co ciekawe, to też miało swoje plusy. Woolet stał się bowiem nagle lokalizatorem nie tylko samego siebie, ale i również torby z resztą mojego mobilnego dobytku.

Oczywiście, jeśli ktoś nie potrzebuje tak pojemnego portfela, ma do wyboru mniejszą wersję, też od Wooleta. Ta z kolei spokojnie zmieści się w każdej kieszeni spodni (sprawdzane na poprzedniej generacji).

Czy kupiłbym Wooleta jako zwykły portfel?

Tak. I nie.

Jeśli chodzi o wersję Travel XL 2.0, to jest ona dla mnie po prostu zbyt wielka i zostaje w niej – przy moich potrzebach – zbyt wiele wolnego miejsca. Za to jestem pewien, że są osoby, którym taki rozmiar by odpowiadał – zresztą większość ludzi, którym pokazywałem tego olbrzyma, mówiła wprost, że właśnie czegoś takiego szukają. Cóż, różne potrzeby.

Natomiast, jeśli chodzi o jakość wykonania, praktyczność i przemyślenie oferowanych rozwiązań portfelowych, Woolet jak najbardziej mnie przekonał. Ale raczej do mniejszej wersji.

Czy Woolet Travel XL 2.0 to dobry smart-portfel?

Tutaj w zasadzie nie ograniczamy się do samego Wooleta 2.0 w wersji Travel XL – podzespoły elektroniczne są wspólne dla małej i dużej odmiany.

Co potrafi Woolet 2.0?

Oj, jest tego sporo, a każdą z funkcji pokochają zapominalscy (tacy jak ja). W uproszczeniu możliwości portfela połączonego przez Bluetooth LE z telefonem i aplikacją wyglądają tak:

  • Wyszukiwanie ostatniej lokalizacji portfela
  • Informowanie o momencie utracenia połączenia z portfelem / odzyskania go
  • Aktywacja powiadomienia dźwiękowego (wbudowane głośniczki) w portfelu

Czyli w zasadzie pełen komplet dla różnych sytuacji. Szanse na to, że zgubisz portfel są niewielkie – jeśli połączenie zostanie zerwane, dostaniemy powiadomienie.

Mimo to zgubiłeś portfel np. podczas biegania? Możesz sprawdzić, gdzie zostało zerwane połączenie i tam zacząć poszukiwania.

Zapodziałeś portfel gdzieś w domu? Nawet jeśli to spory dom, łatwo uda się zlokalizować portfel dzięki odtwarzanej melodyjce.

Brzmi świetnie? No to sprawdźmy, jak działają te funkcje.

Koniec z teorią, czas na praktykę. Czy poprawiono błędy z “jedynki”?

Jednym z największych problemów pierwszego Wooleta była częstotliwość fałszywych alarmów. Początkowo było to wręcz na tyle irytujące, że aż chciało się wyłączyć wszystkie te funkcje, byle tylko nie odbierać kolejnych denerwujących powiadomień na telefonie.

Jak jest w przypadku Wooleta 2.0? Dużo, dużo lepiej. Tak, fałszywe powiadomienia o zgubieniu portfela dalej występują, ale są dużo, dużo rzadsze. I pisząc “dużo rzadsze” mam na myśli sytuację, w której faktycznie chce się powiadomienia o ewentualnym rozłączeniu traktować poważnie, a nie na zasadzie “cholera, a ten znowu czego chce”.

Dodatkowo rozwiązano problem z koniecznością ręcznego dodawania stref ciszy, tj. takich, w których nawet przy rozłączeniu urządzeń nie otrzymamy powiadomienia. Do tej pory trzeba było je tworzyć ręcznie – niby ok, bo jedna w biurze, druga w domu, trzecia gdzieś na siłowni i niby jest ok.

Tyle tylko, że czasem wyjeżdżamy z domu na dłużej, np. na tygodniowe wakacje. Co robi wtedy Woolet? W moim przypadku dość szybko utworzył w okolicy hotelu strefę ciszy. Po prostu uznał, że skoro ignoruję jego powiadomienia (portfel najpierw zostawiłem w samochodzie, potem w pokoju przy wyjściach na spacery), to nie będzie mi przeszkadzał. Świetny pomysł i bardzo dobra realizacja. Oczywiście w momencie utworzenia automatycznej strefy ciszy dostajemy odpowiednie powiadomienie.

Efektem ubocznym tej automatyzacji jest jedynie fakt, że program potrafi stworzyć w jednym miejscu kilkanaście stref ciszy, co można zobaczyć na poniższym zdjęciu:

Woolet 2.0 zdaje się też wyraźnie szybciej łączyć z telefonem – w przypadku poprzedniej generacji zdarzały się sytuacje, gdzie mimo tego, że portfel leżał tuż obok telefonu, łączenie trwało i trwało… i trwało. Tutaj takich problemów nie miałem.

Nie zmienia to jednak faktu, że pełnię szczęścia osiągnąłbym dopiero w momencie, kiedy fałszywe alarmy zostałyby całkowicie wyeliminowane.

Jaki jest zasięg portfela?

W teorii około 60 metrów. W praktyce bywa jednak różnie, szczególnie w zamkniętych pomieszczeniach, choć nigdy nie miałem z tym specjalnych problemów.

Czy informuje od razu o zgubieniu portfela?

Przeważnie. Nie będę bowiem ukrywał, że o ile w większości sytuacji powiadomienie dociera do mnie na telefon niemal natychmiast po tym, jak połączenie zostanie utracone, o tyle zdarza się, że wyświetlane jest ono dobre kilka minut później.

Przy czym są to przypadki sporadyczne – zazwyczaj, gdy np. idę biegać, powiadomienie na telefon otrzymuję natychmiast po opuszczeniu strefy ciszy.

Czy da się tak faktycznie znaleźć portfel?

W domu – absolutnie żaden problem. Głośnik już w poprzedniej generacji był wystarczający, a w tej jest zauważalnie (słyszalnie?) głośniejszy.

W terenie – cóż, bywa różnie. Przeprowadziłem kilka testów, gdzie portfel został porzucony kawałek od domu i mogłem go znaleźć korzystając jedynie z telefonu. W większości przypadków udało się, choć w bardziej ruchliwych miejscach odszukanie go na podstawie dźwięku było już nieco bardziej problematyczne.

Była jednak pojedyncza sytuacja, kiedy wskazania z aplikacji Wooleta co do ostatniej znanej lokalizacji nijak nie miały się do tego, gdzie Woolet faktycznie został porzucony. Co ciekawe, podobnego błędu nie udało się później powtórzyć. Cóż, pech.

Jak często trzeba go ładować i w jaki sposób?

Dobra wiadomość jest taka, że niezbyt często. Według producenta akumulator powinien wystarczyć na ponad 6 miesięcy i – choć nie mam go jeszcze tak długo – z moich obserwacji wynika, że taki wynik jest bardzo prawdopodobny.

Gorsza wiadomość jest taka, że w zestawie nie znajdziemy ładowarki bezprzewodowej (a w taki sposób ładowany jest portfel), przez co takiego zakupu musimy dokonać oddzielnie. Pół biedy, jeśli mamy telefon, który może z takiego rozwiązania (Qi) skorzystać. Gorzej, jeśli nie, a naszą ładowarkę będziemy używać co pół roku, tylko do podładowania portfela.

Inna sprawa, że obszyta skórą ładowarka Wooleta jest naprawdę… śliczna.

PS. Zapomnijcie o ładowaniu Wooleta na ładowarce bezprzewodowej np. na wystawce w sklepie. Czas pełnego ładowania to około 4 godziny.

Czy jestem zadowolony z Wooleta 2.0 jako smart-portfela?

Tak. Poprawa funkcjonowania w stosunku do poprzedniej generacji jest wyraźna. I nawet jeśli nie jest to jeszcze ideał, to jest to produkt spełniający właściwie wszystkie obietnice, jakie możemy znaleźć na stronie produktowej jego twórców.

I – z uwagi na moje nieprzeciętne gapiostwo – korzystam z większości tych funkcji niemal codziennie. Ba, spodobało mi się to na tyle, że wyposażyłem się w jeszcze jeden gadżet od Wooleta, żeby uniknąć nieprzyjemnych sytuacji z ostatnich tygodni. Ale o tym w osobnym tekście…

Czy Woolet Travel XL 2.0 to dobry produkt?

I tutaj jestem trochę rozdarty. Zacznijmy więc od tego, że to na pewno nie jest produkt dla każdego.

Wystarczy zerknąć na ceny – mały Woolet drugiej generacji kosztuje ponad 500 zł. Duży, ten, którego testowałem, już niemal 600 zł. Sporo, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt ręcznego szycia czy stosowania włoskiej skóry wysokiej jakości. Sporo, bo po prostu wiele osób nie widzi potrzeby posiadania portfela za tyle pieniędzy.

Z drugiej strony, przez cały okres użytkowania Wooleta nie miałem najmniejszych wątpliwości, że – nawet jako zwykły portfel – Woolet 2.0 jest produktem, za który można chcieć tyle zapłacić. Jest bardzo dobrze zrobiony, bardzo sprytnie przemyślany, a do tego w dużej wersji pochłonie wszystkie nasze karty, dokumenty i gotówkę.

Do tego doliczmy jeszcze funkcje smart, które w drugiej generacji działają już niemal idealnie. Tyle tylko, że jeśli ktoś generalnie nie gubi portfela, nawet w domu, to trudno będzie go przekonać, że taki gadżet jest mu potrzebny.

Chyba że w końcu zdarzy się ten jeden jedyny raz i zapodzieje gdzieś swój portfel – wtedy będzie miał problem. I może nawet westchnie “ech, gdybym tylko miał Wooleta…”.

Plusy:

  • W wersji Travel XL – zawrotnie pojemny
  • Bardzo dobra jakość wykonania
  • Przemyślane rozwiązania wewnątrz portfela
  • Wygodna obsługa
  • Świetnie dobrana sztywność portfela i kieszonek
  • Funkcje smart działają dużo lepiej niż w pierwszej generacji
  • Naprawdę można znaleźć swój portfel z pomocą telefonu
  • Automatyczne tworzenie stref ciszy
  • Poprawiona aplikacja mobilna
  • Lepiej rozlokowane elementy elektroniczne
  • Wygodne ładowanie bezprzewodowe
  • Ładowanie raz na pół roku
  • Możliwość zakupu w dniu premiery, żadnych Kickstarterów

Minusy:

  • W wersji Travel XL – zawrotnie duży
  • Funkcje smart nadal nie działają idealnie
  • Brak ładowarki w komplecie

Dołącz do dyskusji

Advertisement