Nic o nas bez nas, czyli grupka przypadkowych ludzi zrobiła stowarzyszenie VIP-ów internetu

Felieton/Media 29.04.2017
Nic o nas bez nas, czyli grupka przypadkowych ludzi zrobiła stowarzyszenie VIP-ów internetu

Nic o nas bez nas, czyli grupka przypadkowych ludzi zrobiła stowarzyszenie VIP-ów internetu

Do tej pory myślałem, że najbardziej niedorzecznym projektem w historii ludzkości jest Partia Razem, gdzie grupka absolwentów kierunków humanistycznych, którym nie chce się iść do pracy poniżej ich serialowych aspiracji, chciałaby mówić przedsiębiorcom, na co mają wydawać swoje ciężko zarobione pieniądze. Ale nie, Polskie Stowarzyszenie Influencerów i Osób Aktywnych w Mediach Internetowych, poważnie walczy o pierwsze miejsce. 

Kim jest influencer w internecie? To oczywiście kolejne paskudnie zapożyczone z języka angielskiego słowo (niżej w społecznej hierarchii patologii językowej, jest tylko błędne używanie polskich odpowiedników angielskich słów, jak ma to miejsce na przykład w przypadku notyfikacji). Ma oznaczać osobę wpływową, autorytet. Pamiętajmy przy tym, że autorytetem może być zarówno człowiek bardzo mądry, jak i kompletny idiota. Ten pierwszy jest influencerem w grupce X, a ten drugi w grupce Y. Wszyscy natomiast w jakiś tam sposób wpływają na postrzeganie rzeczywistości przez swoich odbiorców.

Wymienię kilku pierwszych z brzegu internetowych influencerów, żebyście wiedzieli kto się do tej grupy zalicza: Przemysław Pająk, Jarosław Kuźniar, Maffashion, Jessica Mercedes, Mr Vintage, Gimper czy Mariusz Max Kolonko. Tak między nami, to influencerem teoretycznie jesteś nawet Ty, jeśli na przykład przekonałeś na Facebooku swoich znajomych do jakiejś restauracji. Nie każdy, kto wrzuca filmiki na YouTube jest od razu “youtuberem”, tak nie każdy, kto ma jakiś wpływ, to od razu influencer. Nie, przyjęło się, że tzw. influencer musi być dodatkowo popularny i oddziaływać masowo.

Stowarzyszenie influencerów

Kilka dni temu mignęło mi w sieci jakieś ogłoszenie o tym, że powstaje stowarzyszenie influencerów. “Blogerzy znowu będą lizać się… no, tam gdzie oni się zazwyczaj liżą, o ile akurat nie uprawiają kryptoreklamy trampek” – pomyślałem. Wyobraziłem sobie nawet te rozmówki – “Łukasz, jak fantastycznie zrobiłeś Ellen”; “Świetna jest ta twoja nowa książka, teraz już wiem, że jak nie będę jadł kawioru, to spłacę kredyt” – dałoby się słyszeć dwa stoliki dalej. Tak to mniej więcej układało się w mojej głowie. Trochę nie rozumiałem, po co dublować Blog Forum Gdańsk, ale ja generalnie mało rozumiem, zresztą nie muszę, bo potem i tak, tak jak z tymi startupami, co to teraz nagle nikt już w nie nie wierzy, zawsze wychodzi na moje.

Nie wiem, naprawdę nie potrafię powiedzieć czemu spojrzałem na listę tych influencerów, widocznie musiał się we mnie uaktywnić jakiś głęboko skrywany masochizm. Szefem jest Jerzy Ciszewski. Nie znam, pewnie Minecraft albo zdrowy tryb życia, bo akurat tych dwóch zagadnień unikam w sieci jak ognia. Ale nie, okazało się, że to już pan w średnim wieku, z całkiem poważnym dorobkiem marketingowym. Przeglądam dalej zdjęcia z listy spotkań i… nie rozpoznałem ani jednej twarzy.

Czytam na stronie internetowej publicrelations.pl:

Stowarzyszenie stawia za cel wzmacnianie i popularyzowanie nowych sposobów komunikacji, kreowanie pozytywnego wizerunku środowiska oraz promowanie osób aktywnych w mediach i sieciach społecznościowych. Organizacja chce też zająć się ochroną praw i interesów influencerów oraz promocją ich profesjonalnych postaw.

A potem raz jeszcze patrzę na zdjęcia uczestników spotkania założycielskiego i nie bardzo wiem o co chodzi.

Nic o nas bez nas

Powiem tak. Gdyby postawić tam Łukasza Kotkowskiego ze Spider’s Web, który jest cichym, bardzo skromnym, fajnym człowiekiem, który pracuje jak mało kto po kilkanaście godzin dziennie, ale nigdy nie pcha się na pierwszy plan – byłby tam największą gwiazdą, a dzieciaki podchodziłyby do niego po autografy. Przyćmiłby pozostałe grono swoją popularnością, rozpoznawalnością oraz możliwością realnego oddziaływania w mediach.

Jeśli przesadzam, to tylko trochę. Ale z czym kojarzy wam się sytuacja, w której grupa osób bez ani jednego “influencera” zakłada sobie stowarzyszenie influencerów i chce być głosem środowiska. Trochę jak te dzieciaki pijące całymi dniami kawę na Placu Konstytucji, co nie wrzuciły nic do budżetu, a chcą być jego głównymi beneficjentami. Trochę tak, jakby założyć związek zawodowy górników i nie zaprosić do niego żadnego górnika. Jakby założyć fan club Rihanny i spośród 30 jego członków żaden nie lubiłby Rihanny. Jakby… dobra, chyba już wiecie o co mi chodzi.

Nie chciałbym przesadnie uderzać w tzw. ageizm, ale zauważyłem, że ludziom po czterdziestce generalnie coraz ciężej jest nadążać za współczesną siecią. Jeśli nawet kreowali jej kształt dekadę temu, dziś kompletnie sobie nie radzą z wpasowaniem w rzeczywistość nowych mediów. A zarazem nie pogodzili się jeszcze, że to Gimper, a nie oni, rozdają tu teraz karty. Ja nie wiem czy stowarzyszenie influencerów to jakaś kompletnie nieporadna i nieświadoma nieuchronnej porażki próba “wrogiego przejęcia” kontroli nad rynkiem czy też raczej desperackie sięganie po brzytwę. Wiem natomiast, że dziwnie to wygląda.

Wszystko wskazuje na to, że na sali nie było ani jednego influencera, nawet małego i marnego z zarzutami prokuratorskimi i postępowaniem karnym w toku.

I mogę wam powiedzieć czemu. Bo żaden influencer, chyba że w 2002 roku, nie wypowiedziałby takich słów “Branża komunikacji marketingowej dopiero uczy się, jak z nimi współpracować. “Albo takich: “Zapraszamy osoby, środowiska i firmy, które działają na tym obiecującym rynku“. Obiecującym rynku.

Momentami w sprawozdaniu ze spotkania brakowało mi już tylko wyrazu uznania dla wynalezienia maszyny parowej oraz kilku zdań na temat tego, jakie możliwości otwiera przed nami elektryczność.

Polskie Stowarzyszenie Influencerów i Osób Aktywnych w Mediach Internetowych

Z punktu widzenia internetowej “realpolitik” stowarzyszenie influencerów w tej formie to jakiś prank. Inicjatywa spóźniona o 15 lat. Pozostając w okręgu politycznych skojarzeń – wygląda to jak próba restytucji monarchii… w Stanach Zjednoczonych… przez Liechtenstein.

No, ale niech się bawią. Za długo żyję i zbyt wiele widziałem w internecie, żeby nie wiedzieć, jak to się skończy. Będą poważne seminaria, networking, teoretyzowanie, spotkania, #dajBożepodszerujpanKurasiński, wielozasięgowe posty na Facebooku i ogłaszanie kolejnych sukcesów, a pod tym wszystkim inni równie wpływowi “influencerzy” (50-latkowie na marginesie branży, których zaczyna przybywać) będą komentowali, że tak trzymać i świetna robota.

Będzie cała masa osób, którym ten projekt będzie się bardzo podobał, będą aspirowali do tego, by móc się w nim poudzielać i traktować to jako swój wielki przystanek w zawodowej karierze. A to, że prawdopodobnie nigdy nie usłyszą o nim Wardęga, Wojewódzki czy Radek Kotarski? Drugorzędna sprawa jak zysk w startupach.

Dołącz do dyskusji