Mija 31 lat od awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jak dziś wygląda Zona?

Artykuł/Nauka 26.04.2017
Mija 31 lat od awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jak dziś wygląda Zona?

Mija 31 lat od awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Jak dziś wygląda Zona?

Mija 31 lat od katastrofy w Czarnobylu, która zahamowała m.in. budowę polskiej elektrowni atomowej. Dziś bloki elektrowni, „Wymarłe miasto” Prypeć i opuszczone wioski są po prostu turystyczną atrakcją.

Чорнобиль – podróż po stafie wykluczenia zaczynamy od miasteczka zlokalizowanego w odległości 18 km od elektrowni.

 

Drogi, jak na Ukrainę, są tu całkiem dobre. Kiedyś miasteczko było pełne życia – mieszkało tu 50 tys. osób.

 

Dziś domy większości z nich zamieniły się w rudery. 90 proc. mieszkańców opuściło Czarnobyl po katastrofie.

Obecnie w Czarnobylu mieszkają osoby pracujące wokół elektrowni, a okazyjnie także turyści w miejscowym hotelu.

 

W centrum miasteczka znajduje się memoriał ofiar katastrofy. Na planie przedstawiającym okolicę zaznaczone są okoliczne wioski, 3 miasta i jedno wojskowe osiedle (Czarnobyl-2), których mieszkańcy musieli opuścić swoje domy w obawie przed promieniowaniem.

 

Nazwy tych miejsc wypisane są wzdłuż alejki prowadzącej przez park.

 

Dość smutny ten pomnik – jak się domyślam – anioł ma po wsze czasy rozgłaszać ofiarę, jaką poniosła okolica w 86 roku.

 

W strefie wykluczenia nie ma publicznego transportu. Poruszać się można jedynie wynajętymi wehikułami. Wycieczka, w której uczestniczyłem miała do dyspozycji takie autobusy.

 

Pomnik przed sarkofagiem nad reaktorem 4. Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej.

Sarkofag ukończono kilka miesięcy po katastrofie, aby zabezpieczyć świat zewnętrzny przed materiałem radioaktywnym, który przykrywa. Sarkofag leży bowiem na 200 tonach promieniotwórczego korium, 30 tonach pyłu i 16 tonach uranu i plutonu.

 

W zeszłym roku sfinalizowano budowę kolejnego sarkofagu – Arki.

Arka była budowana w odległości 327 metrów od uszkodzonego reaktora, bo w jego bezpośrednim sąsiedztwie panują warunki niebezpieczne do pracy. Jest największą dotąd zbudowaną ruchomą strukturą lądową. Ma 257 m rozpiętości, 162 m długości i 108 m wysokości. Waży 36 tys. ton. Kosztowała 1,5 mld euro.

 

Współczesny widok na Arkę, kryjącą Sarkofag.

Po co budować kopułę, skoro blok 4 jest obudowany stalowo-betonową konstrukcją? Może ona popękać, a wówczas z wnętrza w sposób niekontrolowany mogą ulatniać się szkodliwe substancje. Ochrona w postaci kopuły pozwoli w przyszłości na rozbiórkę sarkofagu i zajęcie się radioaktywnym materiałem wewnątrz.

Autor zdjęcia: Krzysztof Kowalski

 

Sterownia jednego z pozostałych bloków. W momencie katastrofy elektrownia składała się z czterech bloków. Pozostałe trzy sukcesywnie wyłączano przez lata.

 
  • reaktor nr 1 wyłączono 30 listopada 1996,
  • reaktor nr 2 zamknięty 15 marca 1989 po pożarze turbiny prądotwórczej,
  • reaktor nr 3 zamknięty 15 grudnia 2000.
 

Ludzie wciąż tam pracują i kontrolują czy wszystko jest w porządku z wygaszonymi reaktorami.

 

Pomnik Walerego Chodemczuka, który feralnej nocy pełnił służbę jako starszy operator głównej pompy obiegowej w bloku 4. Jego ciało wciąż spoczywa wśród zgliszcz bloku nr 4.

 

Tuż za pomnikiem zaczyna się blok 4. Można więc sprawdzić wzmożone promieniowanie.

 

Chodemczuk był operatorem właśnie takiej pompy, który tłoczyła wodę pomiędzy reaktorem, a turbiną wytwarzającą prąd.

 

W momencie katastrofy w budowie znajdowały się dwa nowe bloki, które dziś są nie lada gratką dla złomiarzy. Po ich ukończeniu elektrownia miała być największym tego typu obiektem na świecie.

 

Budowę wstrzymano i całość zostawiono jak stała. Ciekawe, kiedy złomiarzom uda się zdemontować taki dźwig?

 

Gdyby nie lampa błyskowa w aparacie korytarze bloku pozostawałyby w zupełnym mroku. Wchodzenie tam bez latarki to proszenie się o kłopoty, bo często zdarzają się wystające z podłogi stalowe pręty, albo dziury prowadzące z pomocą grawitacji na niższe piętra.

 

Ogromne wrażenie robią chłodnie kominowe, wewnątrz których można dziś swobodnie spacerować. Świetnie rozchodzi się tam dźwięk – słychać prawie każde, najmniejsze skrzypnięcie.

 

Zdjęcia nie w pełni oddają ich rozmiaru – te małe kropeczki na dole to ludzie.

 

Czas przekonać się co czas zrobił z „Miastem Widmem”, z którego w kilka godzin ewakuowano 50 tys. ludzi.

Właściwie po co była ta ewakuacja? Po pierwsze, takie są procedury. Po drugie, istniało podejrzenie, że stopiony rdzeń reaktora przebije się do dolnych pomieszczeń bloku, gdzie znajdowała się woda. Kontakt z nią mógł doprowadzić do ogromnej eksplozji, która mogłaby skazić całe miasto. Na szczęście do niczego takiego nie doszło.

 

Z najwyższych bloków dostrzec można arkę. 31 lat temu z tego samego miejsca było widać dym i szalejący ogień. Domyślam się, że obsługa elektrowni, która mieszkała w Prypeci od razu wiedziała, że niedługo straci pracę, a pewnie i dom.

 

To zdjęcie doskonale pokazuje, że dziś Zona jest ogromnym rezerwatem przyrody. Obejmuje ona teren o nieregularnym kształcie, który na zachód rozciąga się nawet na 50 km od elektrowni.

 

Z drugiej strony widać radar Duga, czyli „Oko Moskwy”. Powstał on w czasach Zimnej wojny i służył Sowietom do wykrywania wrogich rakiet. Był tak silny, że zakłócał programy telewizyjne i radiowe, a według domysłów wpływał na pogodę i miał kontrolować umysły. Te ostatnie rzeczy na szczęście okazały się nieprawdą.

Czytaj więcej: Oko Moskwy – cud techniki ZSRR w zonie czarnobylskiej

 

Centrum Prypeci – dziś rosną tu drzewa, a kiedyś chodziły pochody pierwszomajowe. Ponoć w mieście cały czas można spotkać pamiątki przygotowań do święta roku 86.

 

Jeśli graliście w Call of Duty 4: Modern Warfare, to zapewne kojarzycie do diabelskie koło. O ile dobrze pamiętam, w finale tej gry broniliśmy się właśnie u jego stóp.

 

Centrum miasta generalnie pełne jest różnych atrakcji, które umilały czas mieszkańcom. Takie stacjonarne wesołe miasteczko.

 

Dziś można tu jednak najwyżej uprawiać parkour wśród zerdzewiałych przeszkód.

 

Prypeć była bardzo młodym miastem. Średnia wieku mieszkańców wynosiła 26 lat

 

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc podczas wycieczek do miasta jest szpital. Splądrowane mury, przestarzałe urządzenia i odrapane ściany budują tu niepowtarzalny klimat.

 

Szpital znajdował się przy ulicy Drużby Narodow, czyli przyjaźni krajów. Mógł pomieścić 410 pacjentów.

 

Złomiarze wynieśli z niego nawet windę. Tu doskonale widać, że jeden nieodpowiedzialny krok w ciemność może skończyć się tragedią. Wyobrażam sobie, że zorganizowanie transportu medycznego i ratowników w opuszczonym mieście nie należy do najłatwiejszych rzeczy.

 

Przychodnie zdają się wciąż czekać na swoich pacjentów, choć dziś lepiej sprawiłyby się jako scenografia horroru.

 

Laleczka Annabelle świetnie pasowałaby do takiego upiornego wózeczka.

 

Trzeba jednak powiedzieć, że jego ustawienie w tym miejscu to dzieło odwiedzających, którzy chcieli uzyskać jak największą dramaturgię na swoich cyfrowych pamiątkach ze strefy wykluczenia.

 

Ciekawie wygląda też taki pochyły stół do przeprowadzania sekcji zwłok. W ten sposób krew ze zwłok spływa do umywalki.

 

W całej Prypeci można łatwo odnaleźć ślady przeszłości, np. portrety Lenina w gazecie.

 

To, co stało się z Prypecią świetnie pokazuje jak szybko natura przejęłaby świat we władanie, gdyby nagle zabrakło ludzi.

 

Większość odwiedzających nie idzie do szpitala, aby podziwiać laleczki z założonymi maskami przeciwgazowymi, a aby przejść się po piwnicach, które należą dziś do najbardziej skażonych miejsc w całej strefie.

 

To właśnie tu składowano ubrania Likwidatorów, czyli ludzi, którzy parali się z bezpośrednimi skutkami katastrofy, np. z pożarem. Brak wentylacji sprawia, że drobinki z ubrań unoszą się tu w powietrzu i najlepiej założyć maseczkę, aby ich nie wciągnąć.

 

Przykładając liczniki Geigera do butów można osiągnąć odczyt nawet kilkudziesięciu mSv/h. Dla porównania, w Polsce średnie promieniowanie tła wynosi ok. 0.10 μSv/h.

 

Kawiarnia Prypeć. Od ludzi, którzy w Strefie byli niedawno wiem, że ktoś wszedł na jej dach i powyginał metalowe litery. Wandalizm w Prypeci to coraz poważniejszy problem.

 

W okolicach Prypeci, nad jednym z jezior można spotkać przystań dla małych statków. Dziś stoi przy niej jeden okręt, który powoli pożerają fale.

 

Prypeć to także nazwa rzeki, która kilkadziesiąt kilometrów za miastem wpada do Dniepru, więc podejrzewam, że możliwa była tu żegluga aż do Kijowa.

 

Pałac Kultury „Energetyk”. Przed laty każdego przechodzącego obok Pałacu witał pomnik Lenina, który nie zachował się do naszych czasów.

Na pierwszym planie Sergiej, czyli przewodnik, a raczej opiekun mojej grupy w Prypeci.

 

Wewnątrz znajduje się m.in. sala widowiskowa połączona z kinem.

 

Na scenie stoi fortepian z powyłamywanymi noga… klawiszami. Podejrzewam, że upiorne akordy, jakie mogłyby się z niego wydobyć, świetnie nadawałyby się jako ścieżka dźwiękowa do Paranormal Activity.

 

Socrealistyczny fresk na ścianie. W ZSRR wszyscy – mieszkańcy wsi i miast – żyli przecież w dostatku.

 

Przenosimy się do jednej z pięciu szkół w Prypeci. Większość elementów wygląda jakby dzieci zostały wyciągnięte wprost z lekcji.

 

Kolejna wyreżyserowana scena: założę się, że ktoś przyjechał do Prypeci z kamerą i opowiadał o duchach dzieci, jakie przychodzą tu w nocy się pouczyć. Tymczasem, żadne dziecko nie zginęło od bezpośrednich następstw katastrofy, a narażeni na działanie wysokiego promieniowania byli jedynie pracownicy elektrowni i ekipy ratunkowe.

 

Czy wspominałem już o laleczkach w maskach? W jednym ze szkolnych pomieszczeń cała podłoga jest nimi wyłożona. W rzeczywistości takie maski nie stanowią żadnej ochrony przed promieniowaniem.

 

Sala gimnastyczna. Dziś już raczej nikt nie będzie tu skakał przez kozła. Zwłaszcza, że jak wiele budynków w Prypeci, tak i tu dach niewiele dzieli od zawalenia.

 

Basen – w tamtych czasach nie lada luksus. Odbywały się tam nie tylko lekcje pływania, ale również zawody.

 

Dziś to raczej duży kosz na śmieci i nieczystości.

 

Zakład Jupiter. Oficjalnie zajmowano się tam  produkcją komponentów elektronicznych do radioodbiorników. Pojawiają się jednak głosy, że była to tylko przykrywka dla prac nad przetwarzaniem materiałów promieniotwórczych.

 

Za tym, że to tylko teoria spiskowa przemawia wiele czynników. Po pierwsze, wątpliwym jest, aby w tak bliskiej odległości od zakładów wojskowych lokowano miasto. Po drugie, wszystkie miasta ZSRR, gdzie zajmowano się rafinowaniem i obrabianiem plutonu były wyjęte spod administracji publicznej – Prypeć nie. Teoriom spiskowym przeczą również wywiady z byłymi pracownikami.

 

Po katastrofie zakład przekształcono w laboratorium radiologiczne, gdzie badano różne metody dekontaminacji. Ostatecznie zamknięto go pod koniec lat 90.

 

Stały krajobraz uliczek – złomiarze zabierają co mogą, czym narażają na szwank odwiedzających miasto.

 

Ewakuację 50 tys. mieszkańców Prypeci przeprowadzono dzień po katastrofie. Zajęła ona 2,5 godziny i miała być tylko czasowa, czyli prypecianie mieli w przyszłości wrócić do swoich mieszkań. Jak widać na załączonym obrazku nigdy się tak nie stało.

 

Ewakuacja zakończyła się 27 kwietnia 1986 roku o godzinie 16.30. Dwie godziny później policjanci przeszukując miasto znaleźli jeszcze 20 osób, które nie chciały opuszczać dorobku życia.

 

Stacja kolejowa w pobliżu wsi Janów. W dniu awarii pociągiem odjechało stąd 1500 osób. Dziś stoją tu niszczejące wagony i lokomotywy.

 

Kiedyś stacja święciła swoje triumfy, gdyż była jednym z głównym punktów zaopatrzeniowych dla firmy w Prypeci. Trafiłem jednak na niepotwierdzone informacje, że od kilku lat znów jest w użyciu, a po przebudowanych torach jeżdżą transporty dla robotników przy Arce.

 

Stacja znajdowała się bowiem w połowie drogi pomiędzy Prypecią, a elektrownią, więc teoretycznie wciąż może obsługiwać oba punkty.

 

Część z wagonów odstawiono na boczny tor i zamieniono na kwatery mieszkalne. Część robi za kosze na śmieci.

 

Punkt składowania odpadów radioaktywnych „Burakówka”

 

Tu znajdują się pojazdy i maszyny, które brały udział w akcji likwidacyjnej i przez to były narażone na napromieniowanie.

 

Promieniowanie nie jest tu zauważalnie wyższe, więc o ile ktoś nie zdziera rdzy z blach, aby ją połknąć, to nic złego nie powinno się mu stać. W rzeczywistości Burakówka jest raczej składowiskiem wraków.

 

Oprócz placu dla skażonych pojazdów Burakówka to także 30 wykopów, w których ułożone są nisko radioaktywne przedmioty.

 

Każdy wchodzący na składowisko musiał założyć na siebie taki ochronny kostium. Po co? Być może aby jakieś drobinki z pojazdów nie zanieczyściły naszego ubrania i nie spowodowały, że bramki na kontroli po wyjściu ze strefy zaczną piszczeć.

 

Niedaleko znajduje się również wystawa specyficznych maszyn uczestniczących w usuwaniu skutków awarii. Różnica w stosunku do Burakówki polega tu na tym, że maszyny są odmalowane.

 

Podwyższonego promieniowania nie stwierdzono.

 

Ośrodek wypoczynkowy „Szmaragdowy”

Tu swoje urlopy spędzali pracownicy elektrowni.

 

Część domków zachowała się w całkiem dobrym stanie, ale większość to totalne rudery, które przewrócić może większy podmuch wiatru.

 

Dzieci także przyjeżdżały tu na kolonie, gdyż wśród domków znajdowała się świetlica, która organizowała im czas na wakacjach.

 

Rysunki z radzieckich bajek na ścianach budynków nadają im unikalnego „kolorytu”.

 

Promieniowanie jest tu nieznacznie wyższe od przeciętnego notowanego w Strefie Wykluczenia.

Polskie prawo atomowe dopuszcza roczną dawkę promieniowania dla zwykłego człowieka na poziomie 1000 mikrosiwertów. Taką dawkę otrzymuje się jednak w czasie rentgenu płuc, co pokazuje jak wyśrubowane są normy.

 

Im bliżej przedmiotów, które mogły mieć kontakt z napromieniowanymi substancjami tym większe wskazanie na liczniku. Może to być związane z wnikaniem w glebę izotopów promieniotwórczych, który spadły wraz z deszczem.

Czy 1 µSv/h równa się „niebezpieczeństwo”? Zdecydowanie nie. W brazylijskim mieście Guarapari, położonym nad brzegiem Atlantyku i zamieszkanym przez 116 tys. ludzi naturalne promieniowanie wynosi prawie 100 µSv/h (okolice plaż, słynących z uzdrowisk). W irańskim 30-tys. miasteczku Ramsar nad brzegiem Morza Kaspijskiego jest jeszcze o kilka jednostek wyższe ze względu na gorące źródła.

 

Po awarii dla ewakuowanych mieszkańców Prypeci zbudowano od podstaw nowe miasto 60 km od Czarnobyla – Sławutycz. Codziennie setki ludzi ustawiają się na miejscowym peronie, aby udać do  pracy w Strefie Wykluczenia.

 

Pracownicy mieszają się tu z turystami, których łatwo można rozpoznać, dzięki wyekwipowaniu w aparaty i kamery. Podróż trwa godzinę. Nikt nie wsiada, ani nie wysiada póki nie osiągniemy celu. To m.in. dlatego, że linia kolejowa przechodzi przez terytorium Białorusi.

 

W centrum miasta znajduje się pomnik upamiętniający ofiary awarii w bloku nr 4.

 

Oprócz tego Sławutycz to raczej przeciętne miasto, niezbyt urodziwe.

Co ciekawe w jego budowie wzięło udział wielu specjalistów z ośmiu republik radzieckich, co odzwierciedla m.in. dzisiejsze nazewnictwo kwartałów: bakiński, biełgorodzki, czernichowski, dobryniński, erewański, kijowski, leningradzki, moskiewski, pieczerski, ryski, talliński, tbiliski i wileński.

 

Dla większości przyjeżdżających do Strefy turystów Sławutycz jest bazą noclegową. Cześć osób z mojej grupy mieszkała w hotelu „Sławutycz”, a część „na kwaterach”, czyli w prywatnych domach.

 

Ostatnim zdjęciem chcę pokazać, że wizyta w Strefie Wykluczenia jest niebezpieczna tylko jeśli jesteśmy niespełna rozumu i będziemy jedli korę z drzew w Czerwonym Lesie. Jest kilka miejsc o podwyższonym promieniowaniu, ale są one odpowiednio oznaczone. Dziś zdarzają się już nawet wycieczki do wygaszonych rektorów, a nawet bloku 4, które z racji ograniczeń czasowych nie są niebezpieczne dla ludzi.

Czarnobyl coraz bardziej staje się zaś turystyczną atrakcją, dla „urban eksplorerów”.

 

Dołącz do dyskusji

Advertisement