Inwazja obcych w serialach DC. Jak na razie zadowoleni mogą być tylko fani Arrow

Artykuł 01.12.2016
Inwazja obcych w serialach DC. Jak na razie zadowoleni mogą być tylko fani Arrow

Inwazja obcych w serialach DC. Jak na razie zadowoleni mogą być tylko fani Arrow

Moda na współdzielone fikcyjne uniwersum nie ominęła świata telewizji. Jak na razie czteroodcinkowy crossover produkcji ze stajni DC o tytule Invasion jest sporym rozczarowaniem, ale paradoksalnie nie będę tylko narzekać. Fani serialu Arrow dostali naprawdę solidny, jubileuszowy odcinek.

Produkcje telewizyjne na przestrzeni ostatniej dekady doczekały się sporej gloryfikacji. Kiedyś kojarzyły się z telenowelami, a dziś markują je najgłośniejsze nazwiska Hollywoodu. Twórcy seriali dostają na realizację swoich wizji astronomiczne budżety i… porywają się z motyką na słońce.

invasion dc crossover arrow flash supergirl legends of tomorrow

Jak inaczej, niż szaleństwem, nazwać czteroodcinkowy crossover różnych seriali?

Oczywiście taki crossover rodem z komiksów to nie pierwsze tego typu przedsięwzięcie. Począwszy od pierwszego Iron Mana kolejne filmy z MCU na podstawie komiksów Marvela, a także seriale AMC (Agents of Shield, Agent Carter) oraz Netfliksa (m.in. Daredevil, Jessica Jones) dzieją się w jednym uniwersum.

Kwestią czasu było, aż na podobny krok zdecydują się właściciele praw do superbohaterów konkurencyjnego wydawnictwa DC Comics. Twórcy produkcji kinowych i telewizyjnych na bazie DC naśladując Marvela zdecydowali się wykreować podobne współdzielone uniwersum dla swoich seriali (filmy to osobna bajka).

Seriale DC biorą na tapet tych mniej popularnych herosów.

W kinie Batman i Superman stają w szranki, ale w serialach królują herosi klasy B. Jako pierwszy serial DC z tzw. arrowverse zadebiutował Arrow. Później dołączyły do niego The Flash, Legends of Tomorrow i Supergirl. (skasowanego Constantine’a i groteskowe Gotham możemy pominąć).

Już wcześniej bohaterowie z produkcji tych występowali w innych, ale były to tylko nieśmiałe podrygi. Teraz postanowiono połączyć w jednym tygodniu fabularnie wszystkie cztery seriale stacji CW, a emisji doczekały się już trzy z czterech zapowiedzianych odcinków.

Twórcom takich produkcji jak Supergirl, The Flash, Arrow i Legends of Tomorrow na szczęście nikt nie powiedział, że takie karkołomne zadanie jest niemożliwe, więc swój pomysł wzięli i… zrealizowali.

Na miniserię Invasion składają się cztery epizody. Rozpoczął ją w teorii poniedziałkowy odcinek Supergirl o tytule Medusa, a akcja zawiązała się de facto dopiero w The Flash. Atakujący Ziemię (a jakże!) kosmici nazywani Dominatorami ujawnili swoje złe zamiary w Arrow i… to tyle?

Przygotowywali nas zresztą do tego od tygodni, a teraz nadeszła pora by powiedzieć: sprawdzam. Został już tylko jeden epizod Legends of Tomorrow na to, by bohaterowie wreszcie przegonili agresorów – problem w tym, że do tej pory tak naprawdę nic się nie wydarzyło (uwaga, spoilery!).

Nie kryję, że tak jak hype na crossover był olbrzymi, tak sama realizacja nie sprostała oczekiwaniom.

Epizod Supergirl zapowiadany jako pierwszy odcinek Invasion tak naprawdę miał z innymi seriami wspólne tylko… kilkadziesiąt sekund. Ot, cotygodniowe przygody ostatniej córki Kryptona – a na końcu przybywa Flash. Ba, scena werbunku Supergirl została powtórzona w The Flash, który de facto rozpoczął crossover.

Dopiero w The Flash kosmici rozbili się na powierzchni Ziemi, a Barry Allen zainicjował – jak to powiedziała Felicity – the best team-up ever. Szkarłatny speedster zaprosił niemal wszystkich bohaterów arrowverse do Central City, a na wezwanie stawili się:

  • Team Flash (Flash, Cisco, Caitlin Snow, Wally West);
  • Team Arrow (Green Arrow, Speedy, Spartan, Overwatch);
  • Team Legends (Atom, White Canary, Heat Wave, Firestorm);
  • rezerwy Team Legends (Steel, Vixen z przeszłości);
  • oraz oczywiście Supergirl.

invasion dc crossover arrow flash supergirl legends of tomorrow

Przy kilkunastu bohaterach w jednym odcinku spodziewałem się walki z kosmitami o masowej skali, świetnych jak na telewizję efektów specjalnych i charakterystycznego dla crossoverów humoru.

Okazuje się, że było wszystko prócz… punktu pierwszego. Obecność kosmitów sprowadzała się do tego, że wyprali mózgi superbohaterom, którzy rzucili się sobie do gardeł. Zamiast zmagań z przedstawicielami obcej cywilizacji dostaliśmy biedną wersję kinowego Civil War ze stajni Marvela.

Serio, tylko tyle? Pierwszy akt Invasion polany był w dodatku sosem cotygodniowych problemów sidekicków Flasha, którzy jak zwykle mieli problem ze szczerością. Wylało się też wiadro żółci związane z Flashpoint i wiadomością podstarzałego Barry’ego do Kapitana Huntera (nawet nie pytajcie…).

Efektem było wykluczenie Flasha z drużyny, która miała odbić od kosmitów prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Razem z nim na ławce rezerwowych został Green Arrow. Nie minęła chwila, a dwójka tychże herosów musiała stawić czoła całej reszcie – oczywiście nad ekipą ratunkową kontrolę przejęli Dominatorzy, a clou odcinka to była walka pomiędzy bohaterami. Dzięki deus ex machina kryzys został zażegnany i… to tyle.

Kolejna część historii przeniosła się do następnego serialu i trzeciego odcinka Invasion. W Arrow zobaczyliśmy bohaterów uwięzionych niczym w Matriksie, gdzie kosmici zaserwowali im idylliczną wersję Star City. To akurat oglądało się naprawdę przyjemnie – zwłaszcza ze względu na powrót starych znajomych.

Dla samego crossovera to niewiele wniosło.

Trzy odcinki zapowiadanego tygodniami wydarzenia, a kosmitów było jak na lekarstwo. Nie znamy ich motywacji, celów, żądań. Wiemy tylko, że zmierzają na Ziemię, by – prawdopodobnie – zniewolić ludzkość w wirtualnej rzeczywistości. Cały odcinek skupił się na uwięzionych bohaterach, którzy rozgryzali iluzję Dominatorów.

Na szczęście jubileuszowy odcinek Arrow oglądało się z przyjemnością. Jako część crossovera wypadł słabo, ale jako podsumowanie pięciosezonowej produkcji – to był jej setny odcinek – wypadł nieźle. Dostaliśmy wgląd w to, jak wyglądałoby życie Olivera, gdyby pewnego dnia nie wypłynął w rejs.

Powroty i wielcy nieobecni.

W matriksowej rzeczywistości Oliver to ustatkowany playboy. Jego rodzice nadal żyją, rodzinna firma ma się nieźle, siostra wyszła na ludzi, a sam młody Queen szykuje się do ożenku ze zmarłą Laurel. Wszystkim się powodzi, Ray Palmer i Felicy są parą, a w tej rzeczywistości to Diggle przyjął miano The Hood.

Iluzja szybko sypie się jak domek z kart, ale ten setny odcinek to szansa na to, by jeszcze raz – prawdopodobnie ostatni – zobaczyć w Arrow odtwórców roli państwa Queen. Pojawił się nawet jako CGI zmarły lata temu Tommy Merlyn, a we wzruszającej scenie opuszczania przez Olivera tej idyllicznej nibylandii.

Powrócili nawet złoczyńcy, czyli Damien Darkh, Malcolm Merlyn i Deathstroke, chociaż tego ostatniego grał inny aktor niezdejmujący maski.

Fani Arrow powinni być zadowoleni. Owszem, wiele scen było przesadnie przesłodzonych lub przerysowanych, ale to też taka konwencja. Aktorzy chyba świetnie się bawili, bo mogli wreszcie zagrać swoje postaci nieco inaczej niż zwykle. Kto wie – może dzięki temu doświadczeniu Ollie będzie w stanie pokonać swoje wewnętrzne demony i ruszyć dalej ze swoim życiem?

Odcinek sam w sobie był niezły, ale mimo wszystko setny epizod Arrow nie zostawił dobrego wrażenia. Nie sprawdził się jako część crossovera. Praktycznie nie posuwa akcji do przodu, a chociaż jesteśmy już na półmetku całej historii, to mam wrażenie, że akcja Invasion zacznie się dopiero w dzisiejszym odcinku Legends of Tomorrow.

Coś co szumnie zapowiadano jako czteroaktowe story Invasion zamknie się przez to w kilkudziesięciu minutach najmłodszego z seriali.

Wygląda to na skok na oglądalność. Pojawiły się już statystyki, jakoby w przypadku Flasha ta ogromnie skoczyła w górę. Nie dziwne przy tej machinie marketingowej – nie zdziwię się jednak, jeśli to będzie tylko jednorazowy zryw. Nie sztuka poderwać marketingiem telewidzów, by obejrzeli serial.

Sztuką byłoby przygotowanie naprawdę epickiej czterogodzinnej historii, która zachęciłaby nowe osoby do zainteresowania się tymi produkcjami. Invasion jak na razie taką zachętą nie jest, a zauważcie, że ze względu na to, że to telewizja, nie wspominam nawet o kiepskim CGI.

Tyle dobrego, że dostaliśmy przynajmniej niezły odcinek Arrow, czego nie można powiedzieć o wyemitowanym dzień wcześniej The Flash…

Dołącz do dyskusji