Myślałem, że udostępnianie całych sezonów seriali to świetna sprawa. A potem pojawił się Westworld

Felieton 29.11.2016
Myślałem, że udostępnianie całych sezonów seriali to świetna sprawa. A potem pojawił się Westworld

Myślałem, że udostępnianie całych sezonów seriali to świetna sprawa. A potem pojawił się Westworld

Netflix zmienił sposób w jaki konsumujemy materiały wideo. W pierwszym odruchu bardzo to chwaliłem. Premiera Westworld sprawiła jednak, że w mojej głowie zaczęły rodzić się wątpliwości.

Czy faktycznie udostępnianie pełnych sezonów seriali na raz, tak jak w przypadku House of Cards i produkcji ze stajni Marvela – np. Daredevil, Jessica Jones – to dobre podejście? Chce się powiedzieć, że tak. Robiąc sobie weekendowe maratony z Netfliksem jestem niezmiernie zadowolony, że nie muszę czekać tydzień by poznać dalszy ciąg historii.

Potem pojawia się Westworld, a ja znów staję w obozie obrońców klasycznego sposobu emisji.

Wszystko ze względu na to, co następuje już po seansie. Są w końcu takie seriale, w których twórcy bawią się z widzem w kotka i myszkę. Zamiast zostawiać nam wyłącznie fabularną bombę pod koniec odcinka – i żadnej szansy na przewidzenie tego co, co zdarzy się dalej – dają mnóstwo wskazówek i… zmyłek.

Twórcy Westworld wręcz zachęcają do zgadywania, jak potoczy się akcja. W sieci i poza nią tydzień w tydzień trwa ożywiona dyskusja. Analizuje się sceny klatka po klatce, odkrywa kolejne powiązania – a bynajmniej nie są one na tyle oczywiste, by wszystko było od razu jasne i klarowne.

Po raz kolejny gram w tę grę i daje mi to, tak po prostu, mnóstwo frajdy.

HBO pokazało, że jest w stanie widza wciągnąć na dłużej niż godzina tygodniowo. Poprzednio tak jak przy Westworld (od HBO) bawiłem się przy pierwszym sezonie True Detective (również HBO), wcześniej przy Mentaliście i przy Zagubionych, a w nieco mniejszym stopniu – przy Grze o tron (również HBO).

W przypadku produkcji Netfliksa tego nie ma. Po seansie House of Cards czy Daredevila trudno w ogóle wdać się w dyskusję z innymi widzami – udostępnione zostaje 13 odcinków na raz, a każdy ogląda serial swoim tempem. Osoba będąca na finiszu raczej nie podyskutuje z widzem, który widział tylko otwarcie.

Dyskusja zaczyna się dopiero po całym sezonie, a to strasznie ją spłyca.

Oczywiście nie mówię, że to definitywnie coś złego. Netflix pokazał po prostu inny model. Ba, nie sądzę też, bym analizował na wszystkie sposoby każdy odcinek takiego Daredevila, a bardziej wkurzałbym się na to, że zaraz po cliffhangerze nie mogę kliknąć od razu przycisku odpalającego kolejny epizod.

Po prostu nachodzi mnie refleksja, że w dobie internetu, w pogoni za tym, by jak najszybciej pochłonąć nową produkcję i pochwalić się tym w social media, tracimy ten, nomen omen, społeczny wymiar telewizji. Kolejna produkcja HBO przypomina jednak, że klasyczny model dystrybucji treści wcale nie był taki zły.

Jest jednak też druga strona medalu.

To co odróżnia Westworld od innych seriali emitowanych po odcinku na tydzień to fakt, że twórcy nie stosują tutaj tanich sztuczek. W szóstym sezonie The Walking Dead ostatni cliffhanger był z gatunku tych perfidnych – nie dało się w żaden sposób przewidzieć dalszego ciągu akcji.

Twórcy Żywych trupów się z tym nawet nie kryli. Zostawili sobie pod koniec sezonu furtkę sugerując, że zginie jeden z głównym bohaterów. Nie dali żadnych wskazówek, które sugerowałyby, kto nim będzie – nakręcili nawet kilka scen z różnymi aktorami, by trzymać to w tajemnicy do samego końca.

Westworld nie musi się uciekać do takich tricków.

Dzięki temu nie jestem po seansie zły, a zaciekawiony. Dawno nie było produkcji, gdzie więcej czasu poświęcałbym na analizowanie tego, co zobaczyłem, niż na sam seans. Tydzień pomiędzy odcinkami wypełniają długie dyskusje na temat tego, co widzieliśmy.

Snujemy jedne teorie, obalamy inne, kluczymy, kombinujemy. Ba, niektóre z tych teorii znalazły potwierdzenie – widzowie już dawno przewidzieli, że Bernard jest Hostem. Na odpowiedzi, czy Mężczyzna w czerni i William to jedna i ta sama osoba, kim jest Arnold i ile linii czasowych oglądamy, jeszcze czekamy.

Zdaję sobie sprawę, że lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca, a serialu przed finałem – ale Jonathan Nolan i HBO mają u mnie kredyt zaufania. Udowadniają, że klasyczny model dystrybucji wcale nie musi być przestarzały, a to, w jaki sposób podchodzi do tego Netflix, nie musi być przyszłością telewizji.

Nie mówię tutaj oczywiście o telewizji linearnej.

Puszczanie serialu wyłącznie na danym kanale o określonej godzinie jest passé. To akurat rzeczywiście jest przestrzały model dostarczania treści, który w erze VOD się u wielu osób nie sprawdza. To ja chcę decydować, kiedy obejrzę daną produkcję. Telewizja nie powinna mi natomiast dyktować, kiedy mam zasiąść przed telewizorem. To co robi HBO wydaje się złotym środkiem.

Jeśli tylko mamy dostęp do HBO GO, to możemy już teraz oglądać online wiele produkcji emitowanych na normalnych kanałach kiedy tylko chcemy. Takie hity jak Gra o tron czy Westworld mogę oglądać już od 3:00 polskiego czasu o wybranej przez siebie godzinie. Polski Pakt w ogóle udostępniany jest premierowo w internecie – a dopiero po tygodniu w klasycznej formie.

Kto jednak wie, może po seansie kolejnego sezonu House of Cards znów stwierdzę, że jednak podejście Netfliksa jest lepsze? Mamy tutaj sytuację, w której mieć ciastka i zjeść ciastka się po prostu nie da.

Czytaj również:

Dołącz do dyskusji