Permanentny odruch wymiotny, czyli choroba zawodowa blogerów

Felieton/Technologie 17.11.2016
Permanentny odruch wymiotny, czyli choroba zawodowa blogerów

Permanentny odruch wymiotny, czyli choroba zawodowa blogerów

Ostatnio na łamach Spider’s Web wywiązała się dyskusja między Jakubem Kralką a Przemkiem Pająkiem. W skrócie rzecz ujmując: Kuba jest znudzony, a Przemek usiłuje go przekonać, że nie powinien. Obaj mają rację.

Patrząc na kolejne premiery gadżetów różnego rodzaju najczęściej jestem znudzony. Od dawna mało co jest w stanie mnie mocno poruszyć. Smartfony, tablety, smartzegarki, nowe-stare konsole, VR, AR – wszystko to wpisuje się w ewolucyjny ciąg, który nie jest w stanie zaskoczyć człowieka siedzącego w temacie. Miałem w swoim życiu okres, gdy potrafiłem, wybaczcie kolokwializmy, jarać się pierdołami w nowej wersji Androida czy iOS lub czuć skok adrenaliny na widok nowego urządzenia. Te czasy bezpowrotnie minęły i w tym sensie bliżej mi do Jakuba niż do Przemka.

Z drugiej strony zawsze staram się pamiętać o perspektywie. Gdy lata temu pracowałem w jednym z telekomów wpadałem czasem w pułapkę myślenia, że mój pracodawca oferuje usługi bardzo niskiej jakości. Obraz przesłaniał mi fakt, że zajmowałem się m.in. błędami i innymi czynnikami generującymi kontakt klientów z operatorem. Oczywiście, szybko się z tego letargu budziłem, gdy uświadamiałem sobie skalę zjawisk i proporcje klientów – powiedzmy w uproszczeniu – zadowolonych i niezadowolonych.

Perspektywa jest zatem istotna, bo pozwala zobaczyć szerszy obraz. Jak to się ma do znużenia technologiami? Dla człowieka, który “na żywo” śledzi zmiany na rynku, wprowadzenie koloru Rose Gold czy Jet Black nie może być oznaką rewolucji. Raczej będzie dostrzegał groteskowość sytuacji, w której niektórzy definiują innowacyjność przez pryzmat taki detali. Oczywiście to przykład skrajny i przerysowany, ale wdzięczny (osobiście czekam niecierpliwie na Vampiric Red).

Wpływ na nasze życie to chyba najlepszy sposób oceny postępu czy innowacyjności.

Jestem w tym samym wieku, co Przemek, dzieli nas niecały rok różnicy. Gdy przeczytałem w felietonie naczelnego Spider’s Web listę, w której wymienił kolorowy telewizor, komputer, internet, smartfony uśmiechnąłem się, bo mam podobne wspomnienia. Do końca życia zapamiętam zachwyt, gdy po raz pierwszy, jako dzieciak, obejrzałem “Misia Uszatka” w kolorze. Jeszcze większą radość wywołał pierwszy walkman. Mocno tkwi we mnie  także wspomnienie, gdy biegałem na pocztę po kartę telefoniczną, by móc zadzwonić do swojej dziewczyny. Takich przykładów mogę wymienić dziesiątki. Za każdym razem będą dowodem na to, że jesteśmy świadkami gigantycznego i błyskawicznego postępu w wielu dziedzinach. W ciągu kilku dekad życie stało się znacznie wygodniejsze i dostaliśmy błyskawiczny dostęp do informacji. Oczywiście są też minusy, ale przecież nie o tym jest ten tekst.

Kluczem zatem nie jest cenzus “muszę to mieć” przywołany przez Kubę. Ważniejsze jest to, jak dana rynkowa nowość wpłynie na nasze życie niekoniecznie w najbliższym czasie, ale dłuższym okresie. Trzeba też pamiętać, że wszystko rodzi się w bólach. Tak było choćby ze wspomnianym walkmanem. Wciąganie taśmy, przewijanie za pomocą ołówka, psujące się notorycznie słuchawki (działała tylko jedna, jakież to było denerwujące) – wszyscy, którzy korzystali z przenośnego odtwarzacza kasetowego pamiętają te uroki. Potem były bateriożerne, nieporęczne discmany, które potrafiły nieźle wkurzyć, gdy jechaliśmy na końcu podskakującego na wertepach pekaesu. Dziś muzykę mam w telefonie, nawet nie muszę dbać o zgrywanie jej na urządzenie. Po prostu wyszukuje utwór w serwisie streamingowym i go słucham.

Inny przykład? Niech będą smartfony. Pierwszego Samsunga Galaxy S wspominam z furią w oczach. Androidem Ice Cream Sandwich pogardzam pełnią mojej pogardy, jak mawiają wiekowi ziomale. Za to z mojego aktualnego smartfonu jestem bardzo zadowolony, a system pod kontrolą którego pracuje spełnia moje oczekiwania i zapewnia komfort użytkowania.

Celowo w tym sporze skupiam się na bardzo osobistej stronie rozwoju technologicznego. Mógłbym sięgnąć po przykłady z dziedziny nauki czy opisać postęp w eksploracji kosmosu, który bezpośrednio wypływa z rozwoju technologicznego. Mógłbym pisać o tym, jak badania prowadzone na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej wpływają na przykład na rozwój medycyny. Jak technologie wojskowe znajdują zastosowanie w cywilu. Nie na tym mi jednak zależy.

Problemem nie jest brak postępu czy zanik innowacji.

Jest nim sposób naszego ich postrzegania. Gdy współtworzy się największy blog technologiczny w Polsce i przegląda dziennie całą listę nowości, które – po gombrowiczowsku  – nie zachwycają lub, co to dużo mówić: są wydmuszką, można popaść w marazm i zniechęcenie. Sam tego doświadczam. Często kpię z działań marketingowych producentów, którzy niczym konkwistadorzy oferujący paciorki tubylcom chcą przekonać do siebie klientów funkcjami czy cechami trzeciorzędnymi, mało istotnymi lub zbędnymi.

Bardzo szczerze rzecz ujmując mogę napisać, że ludzie, którzy zawodowo zajmują się opisywaniem branży mogą cierpieć na permanentny odruch wymiotny. Dlatego właśnie czasem trzeba wyjść z siebie, stanąć obok, by popatrzeć na rozwój w szerszym kontekście. Wówczas nie zobaczymy iPhone’a w wersji Rose Gold, ale drogę jaką przeszedł telefon od metalowego przewodu, którym przesyłany był głos do nowoczesnego smartfonu, który jest też aparatem fotograficznym, nawigacją, komputerem itd. Przy czym znacznie podniesie nas na duchu myśl o tym,w jakim tempie nastąpiła choćby ostatnia, mobilna rewolucja. Świat po prostu zmienia się na naszych oczach. Trudno tego nie doceniać.

Dołącz do dyskusji