Przez ten jeden program nie potrafię porzucić Maca

Felieton 18.11.2016
Przez ten jeden program nie potrafię porzucić Maca

Przez ten jeden program nie potrafię porzucić Maca

Umówmy się – nowe MacBooki Pro słusznie wywołują w ludziach negatywne emocje. Gorsze jest jednak to, że mnóstwo ludzi – w tym prawdopodobnie i ja – nie porzuci ekosystemu Apple’a pomimo ostatniego rozczarowania.

Jako że mój MacBook Air po dwóch latach srogiego nadużywania zaczyna niedomagać, coraz intensywniej zaczynam się rozglądać za następcą, najlepiej spoza cupertinowskiego sadu.

Nowe MacBooki Pro uważam za nieśmieszny żart, a jednak… szukając godnej alternatywy sprzętowej przekonałem się, że coś takiego po prostu nie istnieje. Pomyślałem sobie jednak, że ok, zgodzę się na kilka kompromisów sprzętowych, byleby opuścić ten okręt.

Niestety – znów przekonuję się, że z tego okrętu nie ma ucieczki, jeśli ktoś raz na dobre zadomowił się na jego pokładzie.

Jest 2016 rok, a zamknięcie w ekosystemie to nadal realny problem.

Przez długie lata przepaść między komputerami Apple i maszynami z Windowsem, jeśli chodzi o aplikacje dla ludzi kreatywnych, była ogromna. Dziś jest nieco lepiej, ale nadal są przypadki, kiedy o pozostaniu bądź odejściu decyduje jeden program.

Ostatnim programem, który trzyma mnie na macOS, jest iA Writer.

Jego najnowsza wersja, która dziś miała swoją premierę, ostatecznie utwierdziła mnie w przekonaniu, że przez ten jeden program nie potrafię na dobre porzucić sprzętów Apple’a.

Dlaczego? Bo iA Writer nie tylko nie ma wersji na Windowsa, ale też nie ma dla niego sensownej alternatywy. Edytorów markdown jest na Windowsie jak na lekarstwo, a edytorów, które przy okazji są ładne, przyjazne i mają takie możliwości, nie ma niestety wcale.

iA Writer jest dla mnie na tyle istotnym programem, że przez okres, kiedy używałem równocześnie potężnej maszyny z Windowsem 10 i mojego Maca, niemal zawsze sięgałem po Maca mając napisać artykuł.

Do tego dzięki zmianom, które wprowadza 4 iteracja programu, mogę na dobre porzucić Scrivenera, którego dotychczas używałem do pisania dłuższych form – iA Writer z powodzeniem zastępuje 90% jego możliwości, a pozostałe 10% są dla mnie na tyle nieistotne, że wręcz bez znaczenia.

Jestem więc w sytuacji, w której bardzo chciałbym porzucić ekosystem Apple’a, ale… nie mogę. Bo narzędzie, dzięki któremu zarabiam na życie i w którym pracuje mi się najprzyjemniej dostępne jest tylko na komputery Apple, oraz urządzenia mobilne.

Za słaby przykład? To spójrzcie na problem z perspektywy kogoś, kto korzysta z Final Cut Pro X.

Obserwuję wśród zagranicznych youtuberów masowo pojawiający się problem: wielu z nich chciałoby przesiąść się na Windowsa, ale… nie mogą. Bo na W10 nie znajdą Final Cuta Pro X.

Oczywiście – takie osoby mogą bez problemu przesiąść się na Adobe Premiere, tylko… nie chcą. Dlaczego? Dlaczego wielu twórców odmawia korzystania ze znacznie bardziej rozbudowanego, bardziej uniwersalnego Premiere?

To proste: kluczem jest optymalizacja. Spójrzcie zresztą na ostatnie wideo Michaela Fishera, traktujące o Surface Booku. Surface Book to maszyna, która zostawia MacBooka Pro daleko w tyle (choć jest też od niego znacznie droższa, o dziwo), a jednak Fisher został z Makiem. Wyłącznie z tego jednego powodu.

Final Cut Pro X jest tak dobrze zoptymalizowany na maszynach Apple, że Adobe Premiere zwyczajnie nie ma startu. FCPX nawet na najbardziej podstawowym MacBooku Pro pracuje doskonale. Ten program pozwala na płynną obróbkę wideo w 4K na maszynie, na której Adobe Premiere z ledwością daje sobie radę z płynną obsługą Full HD…

Wystarczy wspomnieć wideo innego youtubera, Jonathana Morrisona, który dowiódł, że w FCPX można edytować wideo 4K nawet na… 12-calowym MacBooku:

Nie mówiąc już o czasach renderowania, które w przypadku FCPX potrafią być nawet 10-krotnie (sic!) krótsze, niż w Adobe Premiere.

I co zrobić w takiej sytuacji? Co począć, kiedy do uzyskania podobnej płynności i efektywności montażu, co w FCPX na najtańszym MacBooku Pro, potrzebna jest o wiele droższa i potężniejsza stacja robocza z Windowsem?

Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest… pozostać z Apple.

Koło się zamyka.

Powtórzę to jeszcze raz – nowy MacBook Pro to porażka. Tak, to jednocześnie świetna maszyna, dla której nie sposób znaleźć współmiernej alternatywy po stronie Windowsa, ale też ogromny krok wstecz po stronie Apple i poważne nadszarpnięcie zaufania milionów profesjonalnych użytkowników.

Sądząc po rozmaitych wątkach na Reddicie czy nawet w polskich mediach społecznościowych, po ostatniej premierze Apple’a wielu mac-userów chce uciec. Tylko że pewnie równie wielu z nich nie będzie miało dokąd i siłą rzeczy pozostaną w rezerwacie.

Taką samą konkluzją zakończyłem wpis o braku sprzętowej alternatywy dla MacBooka Pro, ale tym razem smuci ona jeszcze bardziej.

Bo kompromis sprzętowy można jeszcze jakoś przeboleć. Tym bardziej, że wielu maszynom po stronie Windowsa naprawdę niewiele brakuje do poziomu MacBooka Pro.

Ale po stronie oprogramowania nadal jest kilka perełek, które odstają od windowsowej oferty tak bardzo, że kompromis po prostu nie wchodzi w grę.

I pozostaje tylko zagryźć zęby, cierpliwie czekając, aż deweloperzy zaczną traktować obydwie platformy z równą uwagą, albo… na dobre zapomnieć o przesiadce, pozostając w coraz ciaśniejszej, ale wciąż złotej, klatce.

Zobacz: Nowe MacBooki Pro 2016! Kupisz?

Czytaj więcej o nowościach Apple:

Dołącz do dyskusji