Ebook czy zwykła książka? Kiedyś śmiałem się z tego sporu. Dziś wybór jest jeden

Felieton 04.11.2016
Ebook czy zwykła książka? Kiedyś śmiałem się z tego sporu. Dziś wybór jest jeden

Ebook czy zwykła książka? Kiedyś śmiałem się z tego sporu. Dziś wybór jest jeden

Jestem książkożercą. Czytam kilkadziesiąt książek rocznie. Od lat powtarzam, że najważniejsze jest samo czytanie, dlatego rzadko wchodziłem w jałowe spory o to, co jest lepsze: czytnik czy tradycyjna książka. Coraz częściej jednak ta druga mnie irytuje.

Mam prostą zasadę. Jeżeli interesująca mnie książka została wydana również w ebooku, kupuję ją w tej formie. Pozycje, które nie doczekały się wersji elektronicznej (swoją drogą, pdf odpada) kupuję i czytam w “analogu”. Inaczej mówiąc, forma nie jest dla mnie fetyszem, jest drugorzędna. Liczy się przede wszystkim treść.

Przyzwyczaiłem się, że swoje książki mam zawsze przy sobie. Gdy ktoś chwali się pełnymi półkami, pokazuję mu czytnik lub smartfon. Na tym ostatnim czytam wyłącznie na krótkich dystansach, wówczas gdy nie mam przy sobie czytnika.

Forma ma małe znaczenie, ale zdarzyło mi się przekonać nieprzekonanych, że czytanie ebooków jest wygodne. Po kilku tygodniach używania czytnika przestali powtarzać mantrę o braku wspaniałego zapachu książek (zresztą dzisiejsza mieszanka aromatyczna papieru i kleju nie ma w sobie niczego z tej zamierzchłej, prawda?). Znacznie gorzej było z tymi, którzy oprócz zapachu kierują się manią posiadania i kupują książki by zapełnić regał i stworzyć w domu “czytelniczy” klimat. Na nich nie robi wrażenia pokaźna lista książek w kieszeni. Będą kupować kolejne tytuły wyłącznie po to, by je mieć i na nie patrzeć.

W bojach mających rozstrzygnąć o wyższości jednej formy nad drugą zasadniczo zachowywałem dotąd neutralność. Starałem się najwyżej pokazać plusy korzystania z nowoczesnych rozwiązań ludziom, którym “tradycja” odbiera wolność wyboru.

Z roku na rok coraz więcej czytam na Kindle’u. Gdybym miał pokusić się o statystyki, w tym roku na czterdzieści dotąd przeczytanych pozycji tylko dwie miały tradycyjną formę.

W ubiegłym, na czterdzieści pięć książek, “zwyczajnych” było czternaście. Oczywiście, jak już pisałem, zależy to w dużej mierze od dostępności pożądanej pozycji w formie cyfrowej. Niemniej trend jest oczywisty.

Ostatnio zamówiłem dodruk książki “Zrozumieć niepojęte. Fizyka kwantowa i rzeczywistość” Leona M. Ledermana. Udało mi się rzutem na taśmę, bo wydawnictwo zablokowało taką możliwość, a w internetowych antykwariatach nie mogłem jej znaleźć. To popularnonaukowe dzieło laureata Nagrody Nobla z fizyki znajduje się wysoko na mojej liście tomów do przeczytania. Gdy więc zdobyłem je, bardzo się cieszyłem. 

W tym miejscu zaprzeczę temu, co napisałem na początku. W sporze ebook kontra tradycyjna książka przesuwać się zacząłem w kierunku tego pierwszego. Tomiszcze, zwłaszcza zadrukowane drobnym maczkiem zaczyna mnie mocno irytować i zabijać radość czytania. Dlatego już czterokrotnie zaczynałem powyższą książkę i odkładałem ją na półkę.

Co denerwuje mnie w zwykłych książkach i dlaczego wybieram ebooki?

Po pierwsze, zwłaszcza wieczorem, nie mogę znieść konieczności zapewnienia dobrego źródła światła. Pamiętacie, jak matka Adasia Miauczyńskiego w “Dniu świra” zachęcała go, by zrobił sobie górne światło? Nie znoszę górnego światła! Lampa przy łóżku nie daje mi zaś optymalnego oświetlenia, by nie popsuć sobie wzroku. Korzystam ze specjalnej lampki do czytania, ale ona mnie również irytuje. Samym faktem, że jest i trzeba na nią zwracać uwagę. Kindle Paperwhite (czy jakikolwiek inny nowoczesny czytnik) zapewnia mi podświetlenie i wygodę.

Po drugie, mam poważny problem z czytaniem książek bardziej obszernych niż 500-600 stron w analogowej formie. Te ogromne cegły są nieporęczne. Wymagają czytania w jednej pozycji, najlepiej przy stole czy biurku.

Po trzecie, tak przyzwyczaiłem się do tego, że książkę mam prawie natychmiast, wystarczy parę razy kliknąć, zapłacić i wysłać plik do czytnika oraz odebrać go zdalnie, że już trudno wyobrazić mi sobie organizowanie celowej wyprawy do księgarni “stacjonarnej” w tym samym celu. Zdarza mi się to robić, ale dotyczy wyjątkowych i niedostępnych dzieł. Antykwariaty internetowe są pomocne, ale czekanie na zamówiony towar również irytuje.

Rozleniwiłem się. Przyzwyczaiłem do wygodniejszego. I choć nadal będę męczył się ze zwykłymi książkami, gdy nie znajdę ebookowej wersji, to jednak zawsze ebook będzie pierwszym wyborem. Nie licząc komiksów i albumów, rzecz jasna.

Zobacz: Dlaczego nie warto czytać… na smartfonie i tablecie

Czytaj:

Dołącz do dyskusji