Dla Microsoftu to był najważniejszy program od dawna. Jak wygląda po dwóch latach?

Dla Microsoftu to był najważniejszy program od dawna. Jak wygląda po dwóch latach?

Dla Microsoftu to był najważniejszy program od dawna. Jak wygląda po dwóch latach?

To miała być prawdziwa rewolucja w tworzeniu skomplikowanego oprogramowania operacyjnego. Windows 10 powstawał i powstaje na oczach użytkowników, uwzględniając ich krytykę i uwagi. Czy to podejście się sprawdziło?

Niemal dokładnie dwa lata temu (drugiego października) Microsoft uruchomił rewolucyjny program Windows Insider. Zakładał on, że jego członkowie (może nim zostać ktokolwiek, a członkostwo jest darmowe) otrzymują nieodpłatnie przedprodukcyjne wersje Windows, a więc kompilacje rozwojowe, które dopiero po usunięciu z nich braków, błędów i niedoróbek będą przekazywane do kanału produkcyjnego, a więc do zwykłych użytkowników.

Insiderzy w zamian za możliwość darmowego pobawienia się nowościami od Microsoftu będącymi tak świeżymi i jeszcze w budowie oraz za możliwość poczucia wpływu na kierunek, w jaki zmierza Windows, zobowiązywali się (choć nie było to egzekwowane) do zapewniania informacji zwrotnych na temat systemu. Microsoft opracował do tego celu potężną platformę do przetwarzania tych setek tysięcy zgłoszeń, by móc z nich wyciągnąć wnioski. Dodatkowo, Insiderzy zgadzali się na dość inwazyjne monitorowanie ich poczynań przez różne mechanizmy śledzące, w tym telemetryczne, ale i nie tylko.

Microsoft liczył na 250 tysięcy do 400 tysięcy ochotników. Tymczasem już rok temu informował o siedmiu milionach. W efekcie firma zyskała gigantyczną zaangażowaną grupę beta-testerów, którzy nawet jeśli nie zgłaszali problemów, to i tak byli zdalnie monitorowani. W teorii to powinno zapewnić Microsoftowi możliwość tworzenia oprogramowania praktycznie bezawaryjnego. W teorii solidny jak skała Windows 8.1 powinien być zastąpiony przez praktycznie niezatapialnego Windows 10. Tak się jednak nie stało.

Gdzie tkwi problem?

Aktywni użytkownicy Windows 7, Windows 8.x i Windows Phone mogli zaobserwować zauważalny spadek jakości systemu po przesiadce na Windows 10. Systemu rewolucyjnego, znakomicie przemyślanego i… rojącego się od błędów, zarówno drobnych, jak i tych poważniejszych. Co więcej, obowiązkowe od czasu Windows 10 aktualizacje również zawierają błędy, powodując problemy z do tej pory sprawnymi maszynami.

Nie istnieje oprogramowanie idealne. Czy to Ubuntu, macOS, Android czy iOS, prędzej czy później ktoś trafi na błąd utrudniający dalszą pracę. Przecież te wszystkie aktualizacje, które „nic nie robią” służą właśnie usunięciu tego typu wykrytych już po udostępnieniu systemu szerokiej publiczności błędów. Nie inaczej było z poprzednimi wersjami Windows, a warto pamiętać, że to system mający działać na praktycznie nieskończonej kombinacji sprzętu i oprogramowania. Z Windows 10 jest jednak gorzej. Zauważalnie gorzej.

Należę do grupy, która akurat nigdy większych problemów nie miała (a te mniejsze były na tyle nieistotne, że już ich nawet nie pamiętam). Trudno jednak zignorować doniesienia ze świata z Internetu, a także osobistą praktykę w postaci skarg od rodziny i znajomych, i próśb o pomoc, czyli naprawę. Jest równie kiepsko, co we wczesnych edycjach Windows XP i Windows Vista. A Windows 10 jest już z nami ponad rok i doczekał się już dwóch poważnych aktualizacji rozwojowych.

Co poszło nie tak?

Bez wiedzy na temat tego w jaki sposób na chwilę obecną, po uruchomieniu programu Insider, traktowana jest w Microsofcie kontrola jakości, trudno jest definitywnie odpowiedzieć na pytanie. Nietrudno jednak wysnuć podejrzenie, że Microsoft tak zapatrzył się w swój program Windows Insider (a także Office Insider i Xbox Preview), że zmniejszył nakłady na własne, wewnętrzne testy. Inaczej tego wyjaśnić nie mogę. Zwłaszcza, że późne wersje Windows Vista, a potem Windows 7, Windows 8 i Windows 8.1 były systemami bardzo stabilnymi o bardzo dobrej kulturze pracy. Co się zmieniło w Windows 10? Nie przychodzi mi nic do głowy poza programem Windows Insider.

Więc co jest nie tak z milionami testerów korzystających z systemu w sposób znacznie szerszy niż jest to możliwe podczas wewnętrznych testów firmowych? Być może big data z informacji zwrotnych wcale nie jest takie łatwe dla Microsoftu do przetworzenia? Być może pomiary telemetryczne i „szpiegowskie” są zawodne i nie przewidują raportowania o wszystkim, co konieczne, by postawić jakąś diagnozę na temat danej niedoróbki?

Osobiście przychylam się do teorii, że kompilacje Windows Insider wcale nie są tak różnorodnie wykorzystywane, a przez to ich przewaga nad testami wewnętrznymi zanika. Jak bowiem korzystamy z nieukończonego systemu, na którym nie możemy polegać w firmie ani w domu, bo przecież nie jest ukończony? Ostrożnie. Na osobnym komputerze, osobnej partycji lub w maszynie wirtualnej. Bawiąc się tym systemem, zamiast faktycznie z niego korzystając.

Windows Insider to świetny pomysł, a program powinien być kontynuowany. Obawiam się jednak, że Microsoft interpretuje go jako lepsza wersja wewnętrznej, stosowanej do tej pory procedury testowej. A powinien ją tylko uzupełniać.

Dołącz do dyskusji

Advertisement