E-mail umiera? Dobre żarty

Felieton/Technologie 21.10.2016
E-mail umiera? Dobre żarty

E-mail umiera? Dobre żarty

Korzystacie z poczty elektronicznej? Ja używam swoich skrzynek wielokrotnie w ciągu dnia. Często dochodzę jednak do wniosku, że więcej czasu tracę na ich obsługę, niż mam z nich pożytku w komunikacji z ludźmi.

Za każdym razem, gdy prasa i blogi technologiczne obwieszczają koniec poczty elektronicznej, pozostaję w niezachwianym przekonaniu, że te zapowiedzi to falstart. Jeszcze nie teraz. Owszem, prywatnie radzę sobie nieźle korzystając z innych kanałów komunikacji. Komunikatory są znacznie wygodniejsze do szybkiej wymiany informacji, przesyłania multimediów itp. Email nadal jednak się przydaje i jest wręcz niezbędny choćby podczas zakupów czy poważniejszej korespondencji w Internecie. Jeszcze bardziej uwiązany jestem do skrzynki w pracy. Często najważniejsze rzeczy można załatwić przede wszystkim tą drogą.

Gdyby zmierzyć proporcję maili chcianych do niechcianych w skrzynkach, z których korzystam i które obsługuję wskazałbym mniej więcej 40 do 60 proc. A przecież moja poczta filtruje spam, korzystam z reguł i znam podstawowe triki zwiększające efektywność. Mimo to dużą część maili, które do mnie trafiają wrzucam od razu do kosza. W poczcie służbowej najczęściej używanym przeze mnie przyciskiem jest oznaczanie wiadomości jako spamu. W zależności od usługodawcy system uczy się lepiej lub gorzej, które elementy są niepożądane. W przypadkach beznadziejnych tworzę ręcznie reguły.

Nie powinienem zawracać sobie głowy niechcianymi wiadomościami, ale życie boleśnie nauczyło mnie, że spam trzeba przeglądać. Przynajmniej raz dziennie rzucić okiem do stosownego folderu. Kilka lat temu moja poczta potraktowała jako niechciany, email który zawierał propozycję dobrej i intratnej pracy. Nadawca był jak najbardziej poważny, a jego oferty długo żałowałem. Cóż z tego, gdy wiadomość przeczytałem po czasie i gdy było już za późno.

Obsługa poczty to nie tylko walka ze spamem.

Próbowałem różnych podejść i korzystałem z wielu usług. Kilka miesięcy cieszyłem się z „inbox zero”, do którego doszedłem dzięki świętej pamięci Mailboksowi. Widok pustej skrzynki i komunikatu motywacyjnego napawał mnie początkowo zadowoleniem. Dopóki nie odkryłem, że ta dbałość niebezpiecznie ociera się o nerwicę natręctw. Spróbowałem więc zgoła przeciwnego podejścia. Poszedłem na żywioł i pozwalałem powiększać się licznikowi nieprzeczytanych wiadomości. To denerwowało mnie jeszcze bardziej.

Przez chwilę zafascynował mnie Inbox od Google. Pamiętam radość, gdy udało mi się zdobyć zaproszenie do zamkniętej jeszcze usługi. To Mailbox i Inbox uświadomiły mi jak często korzystam z poczty email jako połączenia notatnika, listy zakupów, a nawet nieudolnego „przypominacza”. Wtedy przeprosiłem z aplikacjami to-do i po wielu poszukiwaniach, miesiące trwających testach, wybrałem najmniej chyba uporządkowaną, ale i najprostszą usługę, jaką jest Google Keep. Wróćmy do Inbox. Czar szybko prysł. Grupowanie okazało się dla mnie mało czytelne i przez to niepraktyczne. Szybko wróciłem do zwykłego Gmaila.

Oprócz różnych klientów poczty szukałem też alternatywy dla Gmaila. Dziś z tych przygód pozostało mi wyłącznie konto na Outlooku, sprzęgnięte zresztą z pocztą Google za pomocą usługi Gmailify. Jeżeli jeszcze nie korzystacie, polecam.

W pewnym momencie po prostu odpuściłem.

Z jednej strony przestałem szukać “cudownych” sposobów na obsługę poczty elektronicznej i korzystam z normalnego webowego Gmaila na pececie, i aplikacji w smartfonie z Androidem. Z drugiej, stwierdziłem, że 5 tys. nieprzeczytanych wiadomości też nie jest najlepszym wyjściem.

Co zatem robię? Ważne maile zostawiam w skrzynce odbiorczej i czyszczę je dopiero, gdy tracą znaczenie. Bardzo ważne oznaczam etykietami. Mało ważne usuwam na bieżąco, a na spam rzucam okiem raz na dzień lub dwa. To podejście zdroworozsądkowe, które nie daje wreszcie posłuchu skrajnościom. Oprócz tego, by pomóc sobie na co dzień, często korzystam z wyszukiwania, stosuję filtry i etykiety. Przez lata korzystania z poczty nauczyłem się też odznaczania “kwadracików” ze zgodą na marketing drogą mailową podczas rejestracji w sklepach i usługach.

W zasadzie poczta elektroniczna mogłaby położyć się do trumny i już w niej zostać. Dziś bardzo rzadko piszę dłuższe maile. Komunikatory wolę dlatego że zapewniają poczucie “rozmowy”, którego wymiana maili nie daje. Bez względu na preferencje prawdopodobnie jeszcze długo będę musiał korzystać z poczty. Choć w pracy na Spider’s Web używamy głównie Slacka i Trello, w innych miejscach nadal króluje staruszek email.

Na sam koniec ciekawostka. Kilka miesięcy temu przez Messengera Facebooka otrzymałem taką wiadomość:

“Nie mogę nigdzie znaleźć innego sposobu kontaktu z Panem niż wiadomość fb, ale trochę nie licuje to z treścią, którą chcę przekazać – więc proszę, jeśli to możliwe, o podanie adresu mailowego, i wyjaśnię, o co chodzi.”

Była to bardzo ciekawa propozycja współpracy, z której tym razem skorzystałem.

Dołącz do dyskusji

Advertisement