O tym, jak straciłem jedną z najważniejszych dla mnie kart SD

Felieton/Foto 01.10.2016
O tym, jak straciłem jedną z najważniejszych dla mnie kart SD

O tym, jak straciłem jedną z najważniejszych dla mnie kart SD

Ta historia nie ma happy endu. Chcę ją wam przedstawić po to, żebyście nie popełnili moich błędów.

Wrzesień 2016 zapamiętam pewnie do końca życia. To wtedy wybrałem się w podróż, którą dziś mogę określić mianem podróży życia, przynajmniej tego dotychczasowego. Była to moja podróż poślubna.

Lokalizację wybieraliśmy długo, a jeszcze dłużej trwały przygotowania. W końcu udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik. Padło na Indonezję, a konkretnie wyspy Bali i Lombok.

bali-marcin-polowianiuk-1-of-6

Chciałem się do tego wyjazdu dobrze przygotować także pod względem fotograficznym. Z jednej strony planowałem przywieźć ciekawe kadry, a z drugiej, nie chciałem zajmować się w całości fotografią. Znacie ten dylemat? Miałem już wakacyjne doświadczenia w dźwiganiem w upale ciężkiej torby foto i z kłopotliwą wymianą obiektywów. Tym razem za wszelką cenę chciałem tego uniknąć.

Długo wybierałem sprzęt foto, a ostatecznie wziąłem z sobą dwa aparaty: zaawansowany kompakt Panasonic Lumix LX100, którym fotografowała moja Żona i lustrzankę Nikon D750, którą fotografowałem ja. Postanowiłem, że do Nikona wezmę tylko jeden obiektyw. Długo rozważałem zabranie 24–70mm f/2.8, ale ostatecznie (na szczęście!) zrezygnowałem ze względu na rozmiar i wagę tego szkła. Tym sposobem poleciał ze mną mój najmniejszy obiektyw: skromny (acz skuteczny) 50mm f/1.8G. Do tego zabrałem filtry polaryzacyjne.

bali-marcin-polowianiuk-2-of-6

Zestaw w praktyce sprawdził się doskonale. Był to chyba pierwszy dłuższy wyjazd, w którym sprzęt foto mnie nie irytował. Nie musiałem wymieniać obiektywów ani nosić ich z sobą w torbie. W niektóre dni zabieraliśmy tylko kompakt Panasonica, a w niektóre tylko lustrzankę. Przy większych wycieczkach braliśmy oba, dzięki czemu brak szerokiego kąta w Nikonie rekompensowałem sprytnym Lumixem. Ten maluch świetnie zastapił mi uniwersalne szkło pokroju 24–70 mm, a przy tym naprawdę dobrze sprawdził się fotograficznie.

„Włóż ponownie kartę SD”

Wtem, trzeciego dnia wyjazdu, Lumix odmówił posłuszeństwa. A konkretniej, karta SD, która w nim była. Na ekranie aparatu pojawił się wspomniany wyżej napis. Wykonałem polecenie, ale napis nie zniknął. Po drugim, trzecim, piątym razie nadal nie było efektu. Kiedy kartę przełożyłem do Nikona, ten pokazał błąd „Err”. Ze sporym przerażeniem schowałem nośnik do torby, a do Lumixa włożyłem nową kartę. Na szczęście miałem ich cały zapas.

Wieczorem wróciłem do tematu i starałem się znaleźć przyczynę problemu. Najprawdopodobniej była to zbyt szybka sekwencja pt. włączenie aparatu – uruchomienie nagrywania – włączenie podglądu – wyłączenie aparatu. Cały ten proces trwał może 3 sekundy. Tak jakoś dziwnie wyszło. Być może winowajcą była sama karta. Był to nośnik Micro SD umieszczony w oryginalnym adapterze na SD. Była to karta wysokiej klasy, na dodatek nowa – nośnik Sony UHS–3, 64 GB.

To chyba coś poważnego.

Te słowa przyszły do głowy, kiedy po powrocie żaden komputer nie wykrył karty. Ani PC, ani Mac. Od razu wypróbowałem kilka sprawdzonych programów do odzyskiwania danych. Recuva, DMDE, płatne oprogramowanie SanDiska i Lexara. Żaden z nich nie widział karty. Tak jakby nie była podłączona do komputera.

bali-marcin-polowianiuk-3-of-6

Nośnik przekazałem znajomemu informatykowi, który jest też biegłym sądowym specjalizującym się w odzyskiwaniu danych. Wniosek: „padła elektronika”.

Okej, to przecież nie koniec świata. Skontaktowałem się z profesjonalną firmą odzyskującą dane w takich przypadkach. Cena? 200 zł za diagnozę, czy odzysk danych w ogóle będzie możliwy. Jeśli jest szansa, cena odzysku danych to kolejne 1800 zł. „Ile?!” – zapytałem.

To nie była pomyłka, ale szybko zrozumiałem tę stawkę. Pracownik laboratorium przedstawił mi proces dolutowywania się do układu pamięci (dziesiątki kabelków, wygląda to jak operacja na otwartym sercu), odczytu surowego układu pamięci, stworzenia algorytmu dekodującego, a następnie wirtualnego kontrolera, który – być może, po filtracji błędów – złoży ciąg liczb i cyfr w zdjęcia.

Odpuściłem. Dwa tysiące złotych za kilkadziesiąt zdjęć i kilkanaście krótkich filmików to zaporowa cena.

Jaki z tego wniosek?

bali-marcin-polowianiuk-5-of-6

Jest ich kilka. Po pierwsze, bardzo się cieszę, że na wyjazd zabrałem dwa aparaty. Dzięki temu zdjęcia z trzech pierwszych dni nie przepadły zupełnie, bo miałem jeszcze Nikona.

Po drugie, od teraz z dużą niechęcią będę podchodził do kart Micro SD i adapterów. Zawiodłem się na nich po raz pierwszy, ale to wystaczyło. Nie wiem, czy taki układ mógł spowodować problem, ale niesmak pozostał.

Po trzecie, polecam wam respektowanie komunikatów aparatów. Jeśli widzisz, że „trwa zapis”, poczekaj. Nawet jeśli takiego napisu nie ma, to kiedy trwa zapis na karcie (co może być sygnalizowane np. mryganiem diody), poczekaj, aż materiał zapisze się w całości.

bali-marcin-polowianiuk-4-of-6

Po czwarte, pomyśl o backupie. Może się wydawać, że backup na wakacyjnym wyjeździe to oznaka lekkiej paranoi, ale wypadki chodzą po ludziach, o czym sam się przekonałem. Po mojej niefortunnej przygodzie codziennie wieczorem przesyłałem zdjęcia z Lumixa do pamięci smartfona. W tym celu bardzo przydała się łączność Wi-Fi w aparacie. Smartfon nocą wysyłał materiał na Dysk Google, co było dodatkowym zabezpieczeniem.

I w końcu po piąte, zabieraj na ważne wyjazdy zapasowe karty SD. Im więcej, tym lepiej.

PS Jeśli chcesz zobaczyć zdjęcia z wyjazdu, wrzucałem je bezpośrednio z Bali na Instagram, a galerię utworzyłem też na mojej stronie, którą cały czas tworzę.

Dołącz do dyskusji

Advertisement