Wyśmienicie, jak zawsze! Pro Evolution Soccer 2017 – recenzja Spider’s Web

Recenzja/Gry 15.09.2016
Wyśmienicie, jak zawsze! Pro Evolution Soccer 2017 – recenzja Spider’s Web

Wyśmienicie, jak zawsze! Pro Evolution Soccer 2017 – recenzja Spider’s Web

Partacze z Konami znowu zrobili najlepszą symulację piłki nożnej, a FIFA kolejny rok z rzędu może im polerować korki. Choć oczywiście osób, które od gier komputerowych wolą interaktywne gapienie się na oryginalne koszulki zapewne to nie przekona. 

PES nigdy nie stał licencjami, ale jednak nową odsłonę głośno promuje pozyskaniem licencji na między innymi Arsenal i Borussię Dortmund (pierwszy był do tej pory podrabiany, a drugiej nie było wcale). Ale to tylko mizerne nagrody pocieszenia! Co mi po bliskiej współpracy Konami ze zdobiącą okładkę FC Barceloną, skoro jednocześnie z gry zniknął Real Madryt, a imituje go mizernie jakiś MD White w koszulkach, które… no nie były prane w Vizirze.

14324284_10209030929524465_3032105987633572085_o

Podobny los spotkał Juventus, Bayern Monachium, Legię, a także na przykład niemal całą ligę hiszpańską, która zamieniła się w zbiorowisko absurdalnych nazw kojarzących się z łacińskimi nazwami chorób żołądka. W Reprezentacji Polski gra jakaś reprezentacja Brexitu – od Johnsonów po Smithów. Nadal mało osób wie, że to nie jest aż taki poważny problem, ponieważ scena moderska naprostuje ten stan rzeczy na PC i konsolach (ale tylko Sony!) w ciągu kilkudziesięciu najbliższych godzin. Ale skoro Konami obnosi się nowymi licencjami, to ja ich sprowadzam na ziemię – nie ma czym i nie wypada.

Co mi po licencjonowanej Lidze Mistrzów z drugim najbliższym memu sercu, po Mazurku Dąbrowskiego, hymnem, jeżeli w lidze tej grają ze sobą Huawei FC z Xiaomi United i tylko po piłkarzach mogę się domyślać co to w ogóle za drużyny? Ja rozumiem, naprawdę rozumiem jak zapewne mało kto – licencje, prawa, wyłączności. Ale wierzę też, że gdyby Konami nie było takimi partaczami i raz w życiu odważyło się podjąć rękawicę, to dałoby się załatwić choć stosunkowo istotną część licencji. Tak, by Janusze w Media Markt nie biegli z automatu po FIFĘ dla swoich dzieci. I by w trybie multiplayer dopisywała frekwencja. Z tą nie ma problemów, ale klęski urodzaju – jak w FIFA – też nie.

14379837_10209041125699363_1613177232526837422_o

A czemu o Konami mówię “Partacze”?

Pomijam już te nieszczęsne licencje, ale pamiętacie może jak w oficjalnej grze Euro 2016 Konami wypuściło tak aktualne składy, że Polacy, żeby zobaczyć Michała Pazdana, musieli w edytorze przerabiać sobie na łysego obrońcę Dariusza Dudkę? Albo jak przed rokiem, w Pro Evolution Soccer 2016, we wrześniu na półki sklepowe trafiła gra ze składami rodem z maja ubiegłego roku? I kiedy po dwóch miesiącach oczekiwania gracze doczekali się aktualizacji, okazało się, że ta obejmuje jedynie stan okienka… z połowy lipca.

Jest dla mnie rzeczą kompletnie niepojętą, że poważna firma chce wypuszczać poważny produkt, pretendujący do miana lidera rynku i nie jest w stanie zaktualizować składów przed premierą lub przynajmniej przygotować “day one patch”. Wyobraźcie sobie, że kupujecie iPhone 7, a w środku jest iOS 5.0 (update w drodze). Mniej więcej taką politykę prowadziło do niedawna Konami.

NA SZCZĘŚCIE w tym roku zamontowano w grze coś na kształt fifowskiego Live Update. To jakiś japoński bareizm, że trzeba było na to czekać tyle lat. I choć obecnie serwery Konami działają średnio przez dwie godziny na dobę, udało mi się wcisnąć w tę wąską ramówkę i pobrać aktualne składy. Wszystko śmiga, w Interze gra już Banega, Candreva, Joao Mario, a nawet sprowadzony pod koniec okienka Gabriel Barbosa.

Jestem bardzo szczęśliwy, że tym razem mogę od razu testować nowe nabytki ukochanej drużyny, bo w końcu… przecież głównie po to kupujemy nowe edycje, które od siebie nie różnią się tak drastycznie, by wymieniać je co roku. Uczciwie przyznam, że mocna poprawa w kwestii aktualności składów bardzo poprawiła mi humor.

14324128_10209041198181175_3032536600919906228_o

Ja w świecie Pro Evolution Soccer na przestrzeni ostatnich 13 lat spędziłem ponad 1000 godzin, co daje półtora miesiąca gry bez przerwy. Uwielbiam tę grę. Dlatego jestem tak wściekły, bo nie rozumiem jak można było ostatnimi czasy tak bardzo partaczyć

najlepszy symulator piłki nożnej na rynku

Cudów nie ma, pomimo nerwowego i dość emocjonalnego wstępu, Pro Evolution Soccer 2017 gameplay’owo nie rozczarowuje. Zachowano wszystkie zalety poprzedniej odsłony, która była najbardziej udaną częścią w ostatniej dziesięciolatce, dodano masę dodatkowych zagrań, a do tego uregulowano trochę rozgrywkę.

Do PES 2016 miałem dwa podstawowe zastrzeżenia – było zdecydowanie zbyt łatwo zdobyć bramkę po wrzutce. Chyba tylko FIFA 2001 była w tej materii równie banalna. Tym razem proporcja skuteczności wrzutek odpowiada ich odpowiednikom z meczów prawdziwego futbolu. Naprawiono też bramkarzy, a konkretnie ich zachowanie podczas rzutów wolnych. W PES 2016 rzut wolny zza pola karnego był… pewniejszy od rzutu karnego, komputer wykorzystywał je bezlitośnie. To zostało poprawione. Oczywiście pewnym kosztem, bo w zamian strasznie obniżono talent wszystkim napastnikom w grze, którzy pudłują teraz niemiłosiernie!

14379611_10209041226821891_2770863006702992908_o

Wiecie w czym tkwi wielki sekret PES-a i dlaczego można w niego grać nawet 1000 godzin i się nie znudzić, podczas gdy FIFA męczy już po dziesięciu? Czasem bawiąc się z produkcją EA Sports mam wrażenie, że – na przykład podczas wrzutki – istnieje z góry pięć miejsc, w które może spaść piłka i nic, żadne wyginanie gałek i dociskanie przycisków tego nie zmieni. Podczas zabawy z PES wiem, że piłka może spaść wszędzie, o ile wcześniej ktoś jej nie zablokuje, zawodnicy nie zderzą się między sobą, a ze zdarzeń nieprzewidzianych, do pełni szczęścia brakuje już chyba tylko kibiców rzucające noże i race na boiska (może jakby PES-a robił CD Projekt…).

Uwielbiam sposób w jaki zaprogramowany jest PES, podoba mi się jak poruszają się zawodnicy. Tu też uwydatnia się przewaga Japończyków nad Kanadyjczykami – oni potrafią sprawić, że naprawdę “czujemy” fizyczność sterowanego aktualnie bohatera. Popatrzcie na takie Dark Souls kontra Assassin’s Creed. W tym pierwszym każde muśnięcie pada wywołuje delikatny efekt – podobnie jest w PES. W drugim czasem mamy wrażenie, że steruje za nas automat i tak naprawdę oglądamy interaktywny film. Niestety, taka właśnie jest dla mnie seria FIFA. W demie FIFA 17 przypadkiem wygiąłem gałkę w lewo, a Mauro Icardi wykonał w ten sposób manewr wymijający trzech obrońców. Za proste!

14289956_10209041136499633_2743110649066803976_o

Skoro ustaliliśmy już, że gameplay jest wyśmienity – nie idealny, ale cały czas bawi swoją nieprzewidywalnością – kilka słów o peryferiach. Przede wszystkim po raz pierwszy w historii serii menusy nie wyglądają jak rodem z automatu ustawionego w nadmorskim salonie gier. Są atrakcyjne i zrobione z gustem. Zupełnie jak u konkurentów z EA Sports, którzy pod tym względem są zawsze na trzy długości przed rywalami.

Oprawa graficzna doczekała się delikatnych zmian względem poprzednika. Poza super wypasionym Camp Nou, który z całą Barceloną jest twarzą PES 2017, najbardziej rzuca się w oczy korekta kolorów murawy. To żadna rewolucja czy zmiana na lepsze. Ot, Konami i EA Sports w każdej edycji losują trochę kolorystykę i odcienie zielonego, żeby gracz czuł nowość produktu.

W PES 2017 padło na ten sam jaskrawy zielony co w PES 2014, akurat nie jest to mój ulubieniec. Na filmikach i screenach wszystko wygląda w porządku, ale na telewizorze jest trochę jaskrawo. Ale to już taki problem pierwszego świata. Podobnie jak drobne problemy z płynnością, które zaobserwowałem na PlayStation 4 podczas animacji.

14310285_10209041113819066_1644212770441333910_o

Jeśli zaś chodzi o tryby rozgrywki, to wiele się nie zmieniło. Czyli na tle FIFA niestety trochę mało atrakcyjnie, choć taka Master League jak zawsze jest o wiele ciekawsza niż konkurencyjny tryb “kariery”. Wydaje mi się, że myPES znowu nie da rady rzucić rękawicy Ultimate Team.

Szczerze mówiąc w tym roku miałem już odruch wymiotny na samą myśl o tym trybie, choć ostatnim razem wcale nie bawiłem się w nim źle. Po prostu nie chce mi się od nowa budować drużyny wedle PES-owskich kryteriów. Także tradycyjnie już – ja skończę budując wieloletnią potęgę gdzieś w Mediolanie, natomiast osoby potrzebujące wielu atrakcji i rozpraszaczy oraz bogatego, różnorodnego multi, mogą się rozczarować.

Za co tak kocham tego PES-a?

Kocham PES-a za tę jego gigantyczną – jak na grę komputerową – nieprzewidywalność. Że za każdym razem, po tylu wspólnych latach, cały czas potrafi mnie zaskakiwać, gdy (w zeszłym roku) Verratti sterowany przez komputerowego rywala nagle uznał podłoże za zbędne albo jak udało mi się zdobyć Jamesem gola z niemalże zerowego kąta. Albo jak Pastore zrobił mnie w konia. Pewnie nie znacie Caligiuriego, a chłopak umiał strzelić głową z każdej pozycji. Nie pamiętam już nazwiska tego geniusza bramkarstwa, ale nauki pobierał u samego Manuela Neuera.

14310525_10209041247742414_9208566888960424206_o

W PES 2015 nikt chyba nie bronił rzutów wolnych lepiej niż… Marcelo, a takie zagrania na obieg jak u Zlatana zdarzyły mi się tylko parę razy w życiu. A swoją drogą jak ktoś myśli, że seria się nie rozwija, to wygrzebałem gdzieś tam na swoim kanale twarz Messiego z PES 2012. Czas zaciera nieco wspomnienia, ale wbrew temu co co roku piszemy w recenzjach, bardzo się te nasze wirtualne piłki rozwijają nawet na przestrzeni kilku lat. Wrzucam te wszystkie filmiki, kolekcjonowane od czasu do czasu, nie dlatego, że usilnie staram się rozkręcić swój YouTube’owy kanał. To namiastka, naprawdę namiastka tej niepowtarzalności, za którą kocham Pro Evolution Soccer. W FIFA też bywa fajnie, wiem, potwierdzam. Ale nie tak często, jak ma to miejsce u Konami. No i wreszcie mój creme de la creme. Pamiętam go doskonale, bo padł w trybie multiplayer i nawet internetowy przeciwnik wyczekał wszystkie powtórki do końca – zapewne wiecie, że w grach piłkarskich to najwyższa oznaka uznania.

Ja naprawdę lubię grać w Pro Evolution Soccer i radzę sobie w miarę dobrze, wstydu na serwerach nie przynoszę. Ale to PES, który jest jak piłka. A więc przegrać może każdy z każdym, Liverpool z Barceloną, ale i Barcelona z ulewą. Poniżej PES 2017 w strugach deszczu, gdzie absolutnie nic, ale to nic mojej wirtualnej Katalonii nie wychodziło.

Pro Evolution Soccer 2017 – 9/10

Pro Evolution Soccer 2017 nie jest od ubiegłorocznej edycji ani gorszy, ani lepszy. Bardzo wysoki poziom rozgrywki został zachowany. I choć fani serii FIFA dalej będą ględzić o koszulkach i licencjach, a PES-owi dziadkowie powtarzać mantrę “PES 6 był najlepszy”, to i tak jest to w mojej ocenie najlepsza piłka nożna dostępna obecnie na rynku. Przy czym jednak strata kolejnych licencji to mimo wszystko powód do wstydu dla Konami, choć i tak wszyscy czekamy na patcha. Z drugiej strony twórcy zrehabilitowali się wypuszczając bardzo szybko aktualne składy.

Recenzja dotyczyła wersji na PlayStation 4

Dołącz do dyskusji