Z liceów prawie zniknie informatyka? Może to i lepiej…

Artykuł/Technologie 23.09.2016
Z liceów prawie zniknie informatyka? Może to i lepiej…

Z liceów prawie zniknie informatyka? Może to i lepiej…

Gazeta Wyborcza donosi z rana, że licea, które niebawem będą czteroletnie, czekają istotne ograniczenia w zakresie nauczania informatyki. W XXI wieku takie słowa brzmią oburzająco. Z drugiej strony – wielu z nas miało zajęcia z informatyki i chyba wszyscy wiemy jak one wyglądały. 

Na wstępie chciałbym przeprosić tych wszystkich znakomitych nauczycieli informatyki, którzy być może wykształcili się w ostatniej dekadzie, a których nie miałem okazji spotkać na swojej drodze. Być może coś się w tej materii zmieniło, ale szczerze mówiąc wątpię, ponieważ informatyka jaką znałem w sumie nie aż tak dawno temu, była parodią przedmiotu szkolnego.

Pierwsza z koncepcji nauki informatyki zakładała bowiem, że uczniowie mają komputery i doskonale wiedzą jak się nimi posługiwać.

Ja w liceum na informatyce zarabiałem na przykład pieniądze (mniej więcej 4 “newsy” w godzinę, to były wtedy dla licealisty astronomiczne kwoty wynagrodzenia), koleżanki siedziały na czacie, koledzy grali w gry flashowe na cda.pl (wtedy jeszcze cda.pl nie chciało zdetronizować Netflixa), mniej zinformatyzowani odpisywali niemiecki. Klasa humanistyczna, więc trudno było o porządną ekipę do Quake’a – choć i takie pojedynki miały miejsce od czasu do czasu.

W pierwszej klasie trochę się jeszcze peszyliśmy, gdy do sali weszła na przykład dyrekcja, ale ponieważ zwykle niespeszony był sam prowadzący zajęcia (“Gawlik, ja ci za to kampowanie postawię pałę”), to i nam z czasem przeszły wszelkie moralne opory. Na koniec roku cała klasa miała piątki, a ja nawet szóstkę, bo pisałem najszybciej na klawiaturze i uratowałem skórę pani pedagog, gdy raz ze łzami w oczach wpadła do klasy potrzebując przepisać jakiś wniosek w ciągu godziny na bardzo-ważny-konkurs. Taką więc mieliśmy informatyczną internet c@fe, modną jeszcze w tamtych czasach, tyle że za darmo.

Druga z koncepcji była bardziej ambitna i przydarzyła mi się w gimnazjum.

Pani prowadząca zajęcia, jak 99% nauczycieli informatyki w Polsce w tamtym okresie, była matematyczką/fizyczką/chemiczką w podeszłym wieku, której zapowiedziano, że albo nauczy się wykładać podstawy programowania komputerowego, albo jednak nie ma dla niej etatu.

Pani na komputerach znała się dość mizernie. Żeby nie było – ona naprawdę miała podstawy wiedzy na temat Excela, tworzenia stron w HTML czy programowania, jednakże było widać, że jest to wiedza wyuczona na pamięć bez zrozumienia, prawdopodobnie wyniesiona z kursów doszkalających. Wnosiliśmy to między innymi po całkowitej nieznajomości systemu Windows, problemach ze swobodnym poruszaniem się po systemie albo nieumiejętności instalacji sterowników do drukarki.

Służyliśmy nauczycielce pomocą w takich sprawach, zupełnie nienachalnie, ale niestety stała się rzecz, której często w takich sytuacjach można się spodziewać. Pamiętajcie, jeśli osoba będąca nad wami często bywa dla was opryskliwa, może to wynikać nie z tego powodu, że jest dupkiem, tylko po prostu boi się obnażenia swojej niekompetencji. I tak oto pani od informatyki w gimnazjum bardzo szybko zaczęła nas… zwalczać. Ostatecznie wyciągnęła nas na swój grunt, zdominowany przez swoją (matematyczną) dziedzinę i tam rzeczywiście utrzymywała nad nami przewagę. Jednakże nie jestem pewien czy to normalne, że półtora roku spędziliśmy z niejakim LOGO Komeniuszem.

Ostatecznie większość klasy, choć w świecie komputerów poruszała się o wiele sprawniej od prowadzącej, kończyła gimnazjum z trójkami z informatyki. Ja, prowadząc już wówczas kilka samodzielnie (dziękuję za korepetycje Pawłowi Wimmerowi) stworzonych stron internetowych i odpłatnie wykonując (w Swishu, taki nasz mały sekret) animacje flash dla klientów pozyskiwanych na forach internetowych lub przez Allegro, cudem załapałem się do grona czwórkowiczów. Wszyscy zgodnie podejrzewaliśmy, że zadziałała tutaj interwencja wychowawczyni, bo w przeciwnym wypadku nie dostalibyśmy na świadectwie czerwonego paska.

Moje doświadczenia z nauczaniem informatyki w szkole są więc następujące:

Nauczyciele raczej niekompetentni, podejście do przedmiotu często mniej poważne niż w przypadku WF-u i religii, a do tego program, który wydaje się… Program, który prowadzi nas przez podstawy komputera, przez pakiety biurowe, aż po tworzenie stron i programowanie w teorii nie wydaje się zupełnie zły. Ale jednak coś jest z nim nie tak, uwiera pewnego rodzaju oderwanie od praktyki i rzeczywistości.

Więc kiedy czytam dziś, że dla informatyki coraz bardziej brakuje miejsca w planach, które już od września jak chyba nigdy dotąd zapełnią się dodatkowymi zajęciami z historii, mam bardzo mieszane uczucia. Historia to bardzo ważny przedmiot, choć jest uczona nieco bezrefleksyjnie – ale być może to nie nauczyciel jest od tego, by wyciągać za nas stosowne wnioski. Pytanie brzmi, czy dla informatyki w formie takiej, jaką ja ją pamiętam, powinno być w ogóle miejsce w szkolnym planie nauczania. Z rozmów ze znajomymi czy nawet lektury historii opisywanych w internecie mam świadomość, że moje przypadki wcale nie stanowiły egzotyki.

Nikt nie powinien płakać po informatyce.

Dołącz do dyskusji

Advertisement