Ile wie o tobie współpasażer z pociągu? Być może więcej niż myślisz

Ile wie o tobie współpasażer z pociągu? Być może więcej niż myślisz

Ile wie o tobie współpasażer z pociągu? Być może więcej niż myślisz

Jak wiele informacji na twój temat mógł zdobyć jeszcze kilka lat temu współpasażer, podróżujący w tym samym przedziale wagonu?

Załóżmy, że milczałeś całą drogę, ale czytałeś książkę lub gazetę. Uważny obserwator mógł wyciągnąć szczątkowe wnioski na temat twoich zainteresowań. Wścibski podejrzałby do jakiego egzaminu się uczyłeś, jeżeli np. ślęczałeś w podróży nad skryptem z logiki. W dobie Facebooka wszystko uległo zmianie. Wystarczy naprawdę niewiele, by zdobyć mnóstwo informacji.

Jadąc pociągiem z północy Polski na jej zachód dzieliłem przedział z dwiema konsultantkami PR. Dowiedziałem się, jak się nazywają, gdzie mieszkają, jakie stanowisko zajmują, jakie szkoły skończyły. Informacji tych nie zdobyłem w rozmowie z nimi. W małym stopniu pochodzą z ich konwersacji. Wystarczyło, że jedna z nich, ta siedząca obok mnie, bez skrępowania zaczęła odpisywać na służbowe maile.

Nie musiałem się wysilać czy zapuszczać tzw. „żurawia”. Czytałem książkę i gdy przyszedł do przedziału konduktor mój wzrok przypadkowo zatrzymał się na sporych rozmiarów stopce pod wiadomością wysyłaną przez opisywaną kobietę. Ogromne logo, duży font, nawet osoba ze słabym wzrokiem dostrzegłaby szczegóły. Co mi tam? – pomyślałem i wstukałem w Google najpierw nazwę firmy. Następnie znalazłem się na stronie „O nas”, z której dowiedziałem się, jakie projekty prowadzi współpasażerka. Wiadomo, to nic tajnego, ale dzięki temu poznałem również nazwisko siedzącej naprzeciwko jej koleżanki. W trakcie jazdy do przedziału zajrzała jeszcze trzecia osoba. Również jej dane były widoczne na stronie.

Uzbrojony w tę wiedzę postanowiłem pójść za ciosem. Zajrzałem na facebookowe profile współpasażerek. Nie robiłem tego jednak dla samych informacji. Dziś już nawet nie pamiętam, jak nazywały się te kobiety. Chciałem sprawdzić, jak wiele mogę się dowiedzieć na podstawie tego, co zobaczyłem zupełnie przypadkowo. Ile można wyczytać, dysponując niewielką, przecież, dawką wiedzy na temat drugiej osoby.

Wnioski są smutne. Wystarczyłaby odrobina złej woli, by wykorzystać zdobyte informacje w niecny sposób.

Pracownice branży PR nie zadbały należycie o swoją anonimowość, a to wystarczyło, by złożyć sporą część puzzli słuchając ich rozmów. Nie padła w nich nazwa firmy, ani jej kontrahentów ale otwarty na oścież laptop pozwolił dodać dwa do dwóch. Z tego zaś wyłonił się obraz stosunków panujących w przedsiębiorstwie, jego słabych stron i szczegółów prowadzonej właśnie kampanii PR z globalnym koncernem. Oprócz tego pojawiło się sporo detali z życia prywatnego: imiona mężów, liczba dzieci, dokładne plany urlopowe z datami (bo panie omawiały grafik na październik). To, co usłyszałem podczas rozmowy było same w sobie bezwartościowe bez klucza, którym były dane podróżujących znalezione w sieci.

Kilka lat temu, w czasach, gdy Facebook nie był jeszcze w Polsce tak popularny jak dziś, przeprowadziłem ze swoim przyjacielem drobny eksperyment. Miałem dowiedzieć się czegoś o człowieku, który nie posiadał konta w serwisie i był przekonany, że jest mistrzem w chronieniu własnej tożsamości w sieci. Nie używał imiennych profili. Wszem i wobec chwalił się, że korzysta z fikcyjnej tożsamości. Poszperałem i o samym zainteresowanym rzeczywiście niewiele się dowiedziałem. Był jednak słaby punkt. Wiedziałem, że ma syna i poznałem jego imię i nazwisko. Niby niewiele, ale wystarczyło, by w szybki sposób zdobyć całkiem sporą ilość informacji z miejscem zamieszkania i sposobem spędzania wakacji włącznie. Przy czym trzeba dodać, że rzeczony człowiek naprawdę starał się „ukryć” w sieci. Nie przewidział tylko jednego, że koniem trojańskim jest jego potomek.

Opisywane sytuacje nie są wyjątkowe. Podróżując pociągiem czy komunikacją miejską uświadomiłem sobie, że to coraz częstsze zjawisko. Ma ono dwa poziomy. Z jednej strony ludzie nie zdają sobie często sprawy, jak wiele informacji udostępniają w sieci. Z drugiej nie chronią swoich danych osobowych. Nie trzeba być detektywem, by dojść po nitce do kłębka i dowiedzieć się, gdzie mieszka siedząca obok osoba, z kim się spotyka, jak bogato urządzone jest jej mieszkanie.

Dołącz do dyskusji

Advertisement