Lekarstwo na złe wieści, czyli moje małe “guilty pleasure”

Felieton/Media 03.08.2016
Lekarstwo na złe wieści, czyli moje małe “guilty pleasure”

Lekarstwo na złe wieści, czyli moje małe “guilty pleasure”

Zdradzę Wam mały sekret, moje ostatnie małe “guilty pleasure”. Wieczorami, po całym dniu ostatnią rzeczą jaką przeglądam w necie przed spaniem są… ckliwe artykuliki tym, jak ludzie ratują zwierzęta lub jak zwierzęta kumplują się między sobą. Najdziwniejsze – pomaga!

Tęsknię za czasami, gdy miałam kompletnie w nosie to, co dzieje się na świecie. Nie oglądałam żadnych wiadomości, nie wchodziłam na serwisy z newsami, a nawet jeśli mi coś mignęło, to i tak nie miało większego sensu i znaczenia. Jakimś cudem jednak uzależniłam się od newsów, tak to działa. Newsy wciągają, newsy przykuwają uwagę i nie pozwalają się od nich oderwać.

Zwłaszcza negatywne newsy. To znany i potwierdzony fenomen. Negatywne informacje – te o atakach terrorystycznych, katastrofach, korupcji i ogólnie problemach – przyciągają nas bardziej, niż pozytywne albo neutralne informacje, nawet jeśli wydaje nam się, że chcielibyśmy więcej pozytywnych newsów.

Naukowcy uważają, że wynika to w dużej mierze z tego, jak skonstruowany jest nasz mózg i jak ukształtowała nas ewolucja. Na przestrzeni tysięcy lat, gdy wiedliśmy całkowicie inny tryb życia staliśmy się wyczuleni na negatywne bodźce. Strach i obawy pozwalały nam unikać niebezpieczeństw więc staliśmy się na nie wyczuleni.

Dziś nie musimy wypatrywać już zagrożenia na każdym kroku, ale nasze mózgi wciąż działają tak, jak ukształtowały je tysiące lat ewolucji. Reagujemy na zagrożenia, lubimy je w dziwny, pewnie nieco perwersyjny sposób, dają nam kopa. Jednocześnie mają ogromny wpływ na naszą codzienność i nas samych.

Informacje o negatywnych wydarzeniach sprawiają, że stajemy się bardziej zestresowani i znerwicowani, i ma domiar złego zaczynamy inaczej postrzegać świat. Szukamy zagrożeń, zaczynamy obawiać się rzeczywistości i tak dalej.

Na mnie to też tak zadziałało i wciąż działa. Po każdej sesji newsowej, po każdej wizycie na serwisach informacyjnych czuję się gorzej, niż przed sesją. Czasem ogarnia mnie strach, czasem zniechęcenie. Rzadziej jestem zła, częściej zrezygnowana. Czasem do końca dnia towarzyszy mi drążący umysł, siedzące gdzieś w podświadomości uczucie, że nie może być dobrze, skoro tyle złych rzeczy dzieje się na świecie i prawie nikogo to nie obchodzi.

Muszę tłumaczyć sobie, że to nieprawda, że media uwielbiają karmić nas złymi doniesieniami, że nie jesteśmy skazani na zagładę. Muszę powtarzać sobie fakty, przypominać że świat jest bezpieczniejszy niż kiedykolwiek, że to nie główna portalów pokazuje prawdę o świecie, że to tylko amplifikacja kilku tych samych, ogranych motywów.

Jestem słaba, bo nie potrafię przestać czytać i oglądać tego dramatycznego festiwalu tragedii.

Czasem ktoś zapyta mnie, jak mogę oglądać relacje, w których widać śmierć, widać jak giną ludzie, kończą się życia, zaczyna się cierpienie dzieci, dorosłych. Jak mogę oglądać materiał, w którym ktoś odcina komuś głowę?

Bywam w internecie. Widziałam dużo, mało co robi na mnie wrażenie, pozornie. W miarę upływu czasu znieczulenie zaczyna działać, ale to znieczulenie pozorne. Może łatwiej czytać o śmierci, może cierpienie nie robi takiej natychmiastowej reakcji, nie każe odwrócić głowy i nie wykrzywia twarzy w obrzydzeniu. Człowiek potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego.

Jednak w środku, gdzieś tam głęboko, każda tragedia, każde skurwysyństwo odbija się głośno, uderza już nie w zewnętrzne mięśnie, ale głębiej.

Może to dobrze – może gdy przekarmi się nas złymi wiadomościami zbierzemy się w końcu w sobie i dostaniemy kopa do działania, motywację by coś zrobić, zmienić, pomóc, zaprotestować. Może potrzebujemy więcej, bo jeszcze nie przelała się czara goryczy.

Co wieczór zaglądam na TheDodo.com i kilka innych podobnych stron na Facebooku. Tam informacje o zdarzeniach wyglądają zazwyczaj tak: jakiś człowiek zrobił zwierzęciu coś złego. Zwierzę było silne i przeżyło, inni ludzie przyszli mu na ratunek, pomogli i pokochali. Czasem ta pomoc jest wysiłkiem grupowym.

Schemat jest prosty, ale uzależniający. Ma idealny, clickbaitowy schemat, balans między uzależniającą negatywnością a pozytywem zatrzymuje uwagę ale na końcu daje też takie ciepłe uczucie. Coś dobrego, stało się coś dobrego. Złe można zamienić w dobre. Można, da się.

Wiem doskonale, że to wszystko, by nabijać kliki. Wiem też jednak, że to taka miniterapia, odtrutka na setki doniesień, w których wszystko kończy się źle. Wiem też, że działa – nasze mózgi potrafią “wytrenować” pozytywne spojrzenie na świat, potrafią nauczyć się pozytywnej perspektywy.

Każdy negatywny news powinien mieć więc podpis małymi literkami “*przyjmowanie negatywnych informacji może mieć negatywne skutki dla zdrowia. Prewencyjnie poleca się przyjmowanie pozytywnych informacji”.

Dołącz do dyskusji

Advertisement