Tęsknię do czasów, gdy sprzęty elektroniczne były magią

Felieton/Sprzęt 27.08.2016
Tęsknię do czasów, gdy sprzęty elektroniczne były magią

Tęsknię do czasów, gdy sprzęty elektroniczne były magią

Co jakiś czas ludzie mówią mi, że to niesamowite jak szybko rozwinęły się technologie i co potrafią, zwykle w kontekście bezprzewodowych rozwiązań. Wszystko staje się inteligentne, podłączone do sieci i w ludziach, którzy wychowali się w niemal analogowym świecie czasem wzbudza zachwyt i sentyment. Ogromny sentyment.

Wróciłam myślą do przeszłości, przecież wcale nie aż tak dawnej i spróbowałam porównać ówczesną elektronikę z tą dzisiejszą. Nie ma porównania – mimo, że dzieciństwo które pamiętam przypada na drugą połowę lat dziewięćdziesiątych i pierwszą połowę lat zerowych wydaje mi się już, że to był inny świat. Świat, w którym było mniej ekranów, ale gdy już były wzbudzały wiele emocji.

Pamiętam że gdy miałam 3, może 5 lat, rodziców odwiedził jakiś znajomy ze Stanów. Przywiózł ze sobą KOMPUTER.

Komputer był czymś, co widywało się w telewizji i o czym słyszało się gdzieś przez znajomych znajomych.

Z zainteresowaniem z lekkiego dystansu obserwowaliśmy więc ów KOMPUTER. Był szarawy, wszystkie sprzęty komputerowe w dawnych czasach były lekko szarawe. Miał wielki monitor, mały ekran i musiał ważyć kilkanaście kilogramów. Nic z tego nie rozumieliśmy a na niebieskim ekranie wyświetlały się białe literki. Nie dowiedzieliśmy się wtedy do czego służy komputer, dziś nie jestem nawet pewna, czy sam właściciel wiedział po co przywlókł to cholerstwo przez cały ocean.

Jakiś czas później, miałam może 6 lat, syn znajomych podarował nam Commodore 64, już wtedy przestarzały sprzęt, ze stertą kaset z grami. Była to gruba klawiatura i… odtwarzacz kaset. Brata nie było, więc na mnie spadła nauka obsługi magicznej skrzyneczki.

Żeby odpalić grę trzeba było włożyć kasetę i zwykłym, ordynarnym śrubokrętem wyregulować głowicę. Na ekranie wyświetlały się dwa nierówne paski, obracając coś w głowicy śrubokrętem sprawiało się, że paski prostowały się – wtedy można było zacząć grać.

stary-komputer-shuuterstock

Nie potrafiłam pojąć, jakim cudem na kasetach, takich samych jak te na które nagrywaliśmy muzykę z radia i głupie rzeczy – mieszczą się gry. Jeszcze bardziej rozczarowujące było, że ów KOMPUTER nijak nie przypominał tych z telewizji i do obsługi wymagał śrubokręta. Szybko jednak okazało się, że na Commodore można było wpisywać tekst na ekran telewizora.

Może dziś to wydaje się głupie, ale możliwość sprawienia, że na ekranie pojawiało się to, co sami wklepywaliśmy w klawiaturę było tak niecodzienne, że spędziliśmy na tym długie godziny. Ulubione słowo? “Dupa” oczywiście.

Zazdrościliśmy trochę niektórym znajomym Pegasusów.

Na Pegasusach można było grać w Mario i Króla Lwa. My tymczasem posiadaliśmy jakieś inne cuda, które nie wiadomo do końca skąd przywiózł mój tato. Uwielbiałam starą konsolkę Mattel Intellivision, bo joysticki (tak, wtedy nie było padów tylko joysticki) wyglądały jak tonalne telefony i można było grać w Gwiezdne Wojny. Gwiazdę Śmierci rozwaliłam pewnie z tysiąc razy.

Jakoś w 1995 roku rodzice postanowili kupić nam komputer, poprosili kogoś o polecenie sprzętu. Komputer robił wrażenie, był taką płaską skrzynką z osobnym monitorem i peryferiami ale okazał się niewypałem, bo miał DOS-a. Nie wiedząc niemal nic o komputerach umieliśmy odpalić jedynie platformówkę Prehistoric. Komputer został oddany, następne podejście nastąpiło dopiero w 1997 roku.

Pamiętam to dokładnie, bo na komputer poszła część kasy z mojej komunii a sam sprzęt wyglądał już całkiem inaczej. Wysoka skrzyneczka miała nawet czytnik płyt CD. Brat szybko kupił CD-Action, w którym na płycie z demami znajdował się świeży i gorący Quake II. Próbowałam włożyć płytę i zablokowałam tackę. Wpadłam w panikę, wydawało mi się że popsułam wszystko. Znajomy “komputerowiec”, bo tak wtedy mówiło się na ludzi którzy ogarniali komputery, poprosił o nóż, podważył tackę i naprawił sytuację mówić mi jednocześnie co robi i żebym nie bała się sprzętu.

Do dziś pamiętam jego słowa, bo sprawiły, że zaczęłam odważniej traktować całą elektronikę. Przestałam się bać – od tego momentu zamiast panikować gdy Windows 95 wyświetlał monit o jakimś błędzie grzebałam w ustawieniach, zaglądałam starszemu bratu przez ramię i pytałam co robi i sama próbowałam nowych rzeczy. Wciąż jest to jedna z rad, które przekazuję ludziom proszącym mnie o pomoc przy komputerach: “nie bój się sprzętu, jak coś się popsuje to pewnie można to naprawić”.

Czasem mówię współczesnym dzieciom, że jak byłam w ich wieku potrafiliśmy z bratem i znajomymi spędzać długie godziny rysując głupie rzeczy w… Paintcie. Słuchają i nie wierzą nie odrywając wzroku od swoich smartfonów i tabletów, o ile wiedzą czym był Paint.

Wiem, że to tylko moje nic nieznaczące sentymenty, ale tęsknię czasem za tymi czasami. Za graniem w 8 osób przy jednym komputerze w Wormsy, za podniecaniem się wyprawą do sklepu po nowe czasopisma z płytami CD, na których znajdowały się wersje demo gier. W demówki grało się jak w pełne gry, bo przecież pełne nowe gry kosztowały małą fortunę a zdobycie choćby demówek było sukcesem i dniami zabawy.

Tęsknię za niedostępnością, niemal nieosiągalnością sprzętów.

W czasach, gdy internetu nie było lub był drogą fanaberią, ciężko było dowiedzieć się coś o sprzętach. Nie można było wygooglować wszystkiego, nie można było znaleźć rozwiązania problemów ze sprzętem na forach i serwisach. Trzeba było eksperymentować, uczyć się od siebie wzajemnie i liczyć, że nie popsuje się czegoś, bo koszt naprawy będzie zbyt wysoki.

Cholera, pamiętam czasy, gdy nie GameBoy a gierka “1000 w jednym” która miała tak naprawdę 3 gry powtarzane kilkaset razy z jednym pikselem w innym miejscu była obiektem pożądania. Tamagotchi, małe jajeczko w którym opiekowało się wirtualnym zwierzątkiem było obiektem pożądania wśród wszystkich dzieciaków na podwórku.

Każdy nowy sprzęt elektroniczny zachwycał, był niemal magiczny. Trochę dlatego, że był drogi, trochę dlatego że był cięższy w obsłudze, trochę dlatego że był jak samochody sprzed lat. Niby zaawansowany technologicznie, jednak rozbieralny śrubokrętem, do złożenia z różnych części i do naprawienia rajstopą.

Ostatnio przeglądałam zabawki dla dzieci. Za grosze można kupić już zabawki upakowane elektroniką, mówiące, świecące, uczące się. Smartfony całkiem przyzwoitej jakości można dostać już za kilkaset złotych, a potrafią więcej niż komputery mojego dzieciństwa. A ja przecież pamiętam, że pierwszy mój telefon, Nokia 3210 od kuzynki z Niemiec, przyciągała na długie godziny prostą grą w węża.

Czasem gdy wkurzam się na nowoczesne sprzęty przywołuję świat sprzed kilkunastu lat; przypominam sobie zwoje kabli, godziny spędzone na czekaniu aż coś się załaduje, to uczucie obcowania z czymś niezwykle zaawansowanym i nowoczesnym i porównuję to sobie z teraźniejszością.

Tak, żyjemy w niesamowitym świecie, w którym dosłownie z roku na rok zmienia się nasza codzienność a rzeczy, o których nie marzyliśmy kilkanaście lat temu stały się codziennością.

Dołącz do dyskusji

Advertisement