5 usług Google, z których nie mogę zrezygnować, choć próbowałem

Felieton/Blog Forum 11.08.2016
5 usług Google, z których nie mogę zrezygnować, choć próbowałem

5 usług Google, z których nie mogę zrezygnować, choć próbowałem

W tym artykule przedstawię Ci pięć usług, z których nie umiem przestać korzystać. Próbowałem zamienników, ale kiedy doszedłem do wniosku, że nie sprawdzają się tak dobrze u mnie – potulnie wróciłem do Google.

Widzisz, szanuję Google jako firmę. Jednocześnie się jej boję. Gdyby filmy SF o korporacji, która rządzi światem miały okazać się prorocze – taką korporacją byłby Google (czyt. Alphabet). W końcu oglądałem Terminatora i Matrixa, więc rozumiem powagę sytuacji.

Dlaczego? Ogromne ilości informacji jakie przetwarzają przez swoje serwery, ilość reklam jakie serwują, czy absolutna dominacja na rynku mobilnym za pomocą własnego systemu operacyjnego to jedna sprawa. Drugą jest uzależnienie użytkownika w swoim ekosystemie i sprawienie, że będzie z niego korzystać choćby próbował przestać.

Nie dlatego że chcemy, ale dlatego że oferta konkurencji jest dużo gorsza.

Powiem Ci na moim przykładzie. W wieku 14 lat złożyłem sobie obietnicę, że zostanę psychologiem. Dotrzymałem słowa i spełniłem obietnicę.

Niestety rynek pracy dla psychologów jest taki jaki jest, więc trzeba działać na własną rękę. Zresztą uważam, że siedzenie i czekanie aż „coś się samo zrobi” nie jest optymalną strategią (żeby nie było: próbowałem – nie zadziałało!).

Zacząłem więc prowadzić konsultacje przez Internet i wykorzystywać e-marketing do promowania własnej działalności. Czyli, mocno upraszczając sprowadza się to do wysyłania bardzo dużej ilości maili, tworzenia unikalnego contentu oraz analizowania swoich wyników.

W dużym skrócie.

Sprawdziłem 5 produktów Google, z których próbowałem bezskutecznie zrezygnować w imię swojej własnej, dziwnej ideologii:

1. Gmail

Jakiś czas temu stałem się posiadaczem iPhona i Macintosha w nadziei, że będę w stanie używać wbudowanego programu pocztowego bez żadnych problemów. Moim wymogiem było wysyłanie wiadomości z adresu email mojej domeny. Potrzebowałem jednak filtra antyspamowego, który posiada zarówno Gmail jak i Outlook Microsoftu. Zatem, musiałem podpiąć konto mailowe pod jakiegoś zewnętrznego dostawcę. Sprawdziłem iCloud, Gmail, Outlook oraz Yahoo.

Okazało się, że usługa Microsoftu na początku wygrała – można ustawić adres email z własnej domeny jako ten do podstawowej wysyłki.

Gmail proponuje to wyłącznie w obrębie własnej usługi webowej lub aplikacji mobilnej na smartfonie. Nie mogę podpiąć Gmaila do zewnętrznej aplikacji i wysyłać tych adresów z domeny. Reszta nie oferuje nawet tego. Są minimum 100 lat za nimi.

Przez ostatnie pół roku korzystałem z konta Microsofu podpiętego do Mail.app.

I wiesz co? Klienci od czasu do czasu skarżyli się, że nie odpisuję na maile. Ja ich po prostu nie dostawałem. Nawet nie wiesz ile razy musiałem przepraszać i ile mnie to kosztowało nerwów. Próbowałem też korzystać z webowej usługi outlook.com, ale na Macu istnieje dziwna kombinacja „alt + s” (czyli za każdym razem jak piszę „ś”!), która sprawia że wysyłam od razu kilka słów emaila. Nie trzeba dodawać, że wygląda to co najmniej nieprofesjonalnie.

Próbowałem też pełnoprawnej aplikacji Outlook na komputer z pakietu Office 365. Niestety mając włączoną dwustopniową weryfikację konta, było to zupełnie nieużywalne. Podając hasło aplikacji, po pewnym czasie system i tak prosił mnie o wpisanie nowego hasła. Nie wiem co robiłem źle, ale się poddałem. Pięć razy dziennie podawać hasło aplikacji wygenerowane ze strony Microsoftu nie było tym, czego oczekiwałem. Jasne, pewnie da się coś z tym zrobić (np. wyłączyć dwustopniową weryfikację), ale to w moim stylu.

mail

Korzystałem więc z Mail.app podpiętego do konta Microsoftu na komputerze i na smartfonie. Były sytuacje, że „serwer zwrócił błąd…”. Nie raz zdarzyło się, że wiadomości nie dostawałem lub dostawałem z dużym opóźnieniem. O funkcji „push” nawet nie wspominam.

Serio – jestem cierpliwym człowiekiem, ale stwierdziłem, że dziękuję za współpracę.

Podpiąłem więc email z mojej domeny do Gmaila, ustawiłem przekierowanie i ściągnąłem aplikację mobilną na smartfon. Żadnych problemów od kilku miesięcy. Ta usługa rzeczywiście działa jak należy. Wersja na iOS nie ma fajerwerków, ale nie tego potrzebuję.

Pro Tip: Tym, co mnie do końca urzekło w Gmailu, to możliwość instalacji wtyczek. Szczególnie niesamowita jest Hubspot Sales, która informuje o tym, czy odbiorca otworzył maila i nawet czy kliknął w link. Ponadto, pokazuje godzinę otwarcia wiadomości oraz miasto.

mail2

2. Google Chrome

Lubię przeglądarkę Safari i na smartfonie korzysta się z niej lepiej niż dobrze. Działa szybko, wyświetla wszystkie strony perfekcyjnie oraz jest estetyczna.

Na komputerze również korzystałem z Safari, ale kiedy zauważyłem jak wiele świetnych rozszerzeń jest dostępnych wyłącznie dla Chrome… zainstalowałem go i zacząłem używać.

Początkowo tylko okazjonalnie, a teraz jest to moja podstawowa przeglądarka ze względu na niesamowicie przydatne rozszerzenia.

Jakie?

Od kiedy przestałem korzystać z dedykowanej aplikacji pocztowej i przestawiłem się na Gmail w przeglądarce, chciałem mieć powiadomienia push. To zapewnił mi Checker Plus For Gmail. Działa niezwykle sprawnie.

mail3

Używam też pixela Facebooka, żeby zobaczyć czy wszystko jest monitorowane poprawnie na danej podstronie. Jest dostępny wyłącznie na Google Chrome.

Korzystam ponadto ze wspomnianego wcześniej Hubspot Sales do sprawdzania czy email został otwarty i Checker Plus For Google Calendar (tego samego autora).

Do umilania strony startowej zainstalowałem rozszerzenie Momentum, które nie jest super funkcjonalne – ale codziennie mam ładną tapetę na pierwszej stronie. Drobna rzecz, której w Safari i próżno szukać.

3. Kalendarz Google

Przetestowałem chyba wszystkie kalendarze jakie są na rynku (przesadzam, ale sprawdziłem naprawdę mnóstwo). Szybko dowiedziałem się, że wygląd i przejrzystość nie są najważniejszymi sprawami.

Tzn. są ważne – jasne. Natomiast pierwszym wymaganiem jest rozpoznawanie naturalnego tekstu i tworzenie na tej podstawie wydarzenia.

Korzystam z kalendarza nie tylko do planowania sobie spotkań czy jakichś spraw zawodowych. Jeżeli go ustawiam, to planuję go sobie tak, że mam wypełniony co do 15 minut. Wiem nawet kiedy zacznę robić jedzenie, posprzątam etc. To bardzo dobrze organizuje dzień i wzmacnia produktywność, bo skoro mam co do 15 minut zaplanowane – trzymam się tego oraz dokładnie wiem co zrobić w następnej kolejności. Oczywistym minusem takiego podejścia jest fakt, że trzeba wpisywać bardzo dużo rzeczy w kalendarzu na każdy dzień (później część z nich się automatyzuje, więc można je pominąć).

Kalendarz Apple jest fatalny pod tym względem, bo kiedy wpisuję np. Drugi posiłek jutro od 14 do 14.30, to jeszcze trzeba wybrać ręcznie godzinę rozpoczęcia i zakończenia tej czynności.

W Kalendarzu Google od razu jest to uwzględnione i takie zwroty jak „jutro”, „pojutrze” „od” i „do” wyjaśniają wszystko.

Być może wydaje Ci się to banalne i myślisz, że się czepiam. Prawda jest jednak taka, iż to nieprawdopodobnie przyśpiesza dodawanie wszystkiego do kalendarza.

Żebym był sprawiedliwy, to z wielu aplikacji na smartfon, bardzo dobrą alternatywą dla programu Google, okazał się Calendars 5 – również rozpoznaje „język potoczny” (co prawda tylko po angielsku, ale nie odbieram tego jako jakiejś dużej krzywdy ;))

4. Mapy Google

Powiedzieć, że Google Maps są dobre, to tak jakby nic nie powiedzieć. One są wręcz bezkonkurencyjne i nie wyobrażam sobie ich nie mieć zainstalowanych na smartfonie oraz nie korzystać z wersji w przeglądarce (tak, Chrome).

Był taki czas, że zachłysnąłem się świetnym wyglądem map Apple. One naprawdę są niezwykle estetycznie zrobione i moim zdaniem program wygląda o niebo lepiej od usługi Google. Tym bardziej, że były zainstalowane fabrycznie na moim telefonie…
Niestety było kilka sytuacji, w których okazały się po prostu niedokładne. Chociaż nie, niedokładne to może być spasowanie elementów w Fiacie Uno. Te mapy po prostu kłamały i pokazywały coś, czego nie ma.

Pozwól, że podam Ci przykład: W mojej okolicy (Warszawa), pokazywały sklep Biedronka. Cóż… Żyję tam od kiedy pamiętam i tankuję paliwo w pobliżu miejsca, gdzie według nich miał znajdować się ten sklep.

Na początku pomyślałem sobie, że może ja coś przeoczyłem i gapa ze mnie. Następnym razem bardzo dokładnie szukałem Biedronki w pobliżu.

Pewnie się domyślasz, że bez efektów.

Zgłosiłem ten błąd do Apple i w ciągu tygodnia go naprawili oraz podziękowali za to.

Raz bym przebolał taką wpadkę. Niestety niesmak pozostał, bo jeszcze chyba dwa razy ta usługa okazywała się tak fatalna.

Lubiłem Here Drive za ich dokładność i możliwość zapisywania offline całych krajów. Design aplikacji bardzo odstawał od tego co znam z Google Maps (o mapach Apple nie wspominając), ale używałem jej za granicą ze względu na roaming. W tym roku darowałem sobie tę pozorną oszczędność transmisji danych i z sukcesami korzystałem z Google Maps na Krecie. Nie żałuję i do Here Drive już nie wrócę.

5. Pakiet Biurowy Google

Z tym akurat sprawa nie jest tak oczywista. Mam wykupiony abonament MS Office 365 Personal, ale prawdę powiedziawszy zrobiłem to wyłącznie dla 1TB w Onedrive. Aplikacje Excel czy Word mam zainstalowane na komputerze i zupełnie z nich nie korzystam.

Jestem fanem arkuszy kalkulacyjnych, bo wykorzystuję je do rozpisywania różnych rzeczy na czynniki pierwsze i analizowania ich. Dzięki temu wygląda to bardzo przejrzyście i mam podgląd w każdej chwili.

Na przykład, w jednej kolumnie ustalam sobie tematy tekstów, które mam do napisania i w innej wstawiam źródła i linki do badań, do których się będę odwoływać.

To bardzo proste rzeczy, ale ułatwiają mi codzienną pracę. Do tego wszystkiego wykorzystuję pakiet biurowy Google ze względu na prostotę użycia i to, że działa naprawdę niezawodnie.

Dodatkowo, korzystam z moim wspólnikiem z funkcji edytowania tego samego dokumentu. Dzielimy się robotą i wychodzi to więcej niż dobrze. Pakiet od Google sprawdza się również jako prosty edytor tekstu w zastępstwie aplikacji MS Word. Prawda jest jednak taka, iż przy tworzeniu nieco bardziej rozbudowanych tekstów, nic nie jest w stanie przebić legendarnego Scrivenera.

Jasne, istnieje analogiczna usługa Microsoftu (Office Online) oferująca takie podstawowe funkcje jak pakiet Google. Korzystałem i ciężko powiedzieć złe słowo. Natomiast możliwość integracji z zewnętrznymi aplikacjami stawia Google na zwycięskiej pozycji (np. podłączenie do usługi CoSchedule, z której zamierzam zacząć bardzo intensywnie używać w najbliższym czasie)

PS A Ty masz jakieś dobre zamienniki na usługi Google? Z przyjemnością poczytam o nich w komentarzach 🙂

Tekst ukazał się pierwotnie na Blog Forum Spider’s Web. Blog Forum jest miejscem, w którym Czytelnicy Spider’s Web mogą publikować swoje własne teksty blogowe, a najlepsze z nich trafiają na stronę główną serwisu oraz na naszego Facebooka i Twittera.

Autor: Piotrek Deptuch, Zyskiwanie Przewagi

Dołącz do dyskusji