Opera jest świetna, ale… zostanę jednak z Chrome. Mimo jego wad

Opera jest świetna, ale… zostanę jednak z Chrome. Mimo jego wad

Opera jest świetna, ale… zostanę jednak z Chrome. Mimo jego wad

Ostatnio przez moją tablicę aktualności na Facebooku przetoczyło się kilka postów świeżo upieczonych użytkowników Opery, którzy zarzekają się, że nie będą już korzystać z Firefoksa i Chrome’a.

Co wychwalają? Przede wszystkim natywne blokowanie reklam. Uwagę przyciąga też funkcja oglądania klipów w osobnym oknie. Oczywiście kluczowym argumentem jest wpływ na wydajność komputera. Zresztą pomijając zachwyty znajomych trzeba przyznać, że twórcy Opery starają się, by była ona coraz lepsza. O dwóch drobnych, ale przyjemnych nowościach pisał ostatnio Łukasz.

Rozumiem ten entuzjazm. Sam mam zainstalowanych kilka przeglądarek. Oprócz Chroma używam czasem Firefoksa, właśnie Opery, kibicuję też rozwojowi Vivaldiego.

O przeglądarce Chrome można powiedzieć wiele. Złego i dobrego. Jest moim oknem na wirtualny świat od ładnych paru lat i mimo licznych pokus nie potrafię się z nią pożegnać. Zawsze gdy próbuję, wracam po krótkim czasie. Od dawna staram się zrozumieć ten fenomen, bo zdarza się, że proporcje irytacji do wygody bywają mocno zaburzone.

Przez lata używania Chrome’a najbardziej w kość dawała mi jego zasobożerność. Jestem użytkownikiem, który pracuje na maksymalnie 7-8 kartach na raz. Więcej staram się  nie używać, bo mam wówczas poczucie bałaganu. Nie zainstalowałem też dużej liczby rozszerzeń. Taki model powinien zapewniać w teorii w miarę bezproblemową obsługę. Nie zawsze tak się dzieje.

Ileż to razy kląłem w kamienie, gdy mój kilkuletni, ale jeszcze przyzwoity notebook zaczynał się dławić podczas pracy z przeglądarką. Prawdziwym dramatem stał się zaś dla niego Chrome po aktualizacji do Windows 10. Z dnia na dzień korzystanie z produktu Google na najnowszym systemie Microsoftu stało się mordęgą. Pomogło dopiero zwiększenie RAM-u. Co ciekawe problem dotyczył też (choć w mniejszym stopniu) Firefoksa, za to Vivaldi i Opera radziły sobie dobrze.

Mimo litrów żółci i zaciśniętych często pięści nie umiem i nie chcę rezygnować z przeglądarki Google.

Co mnie trzyma? Oczywiście synchronizacja. Jasne, oferują ją też pozostałe produkty. Jako użytkownik Androida chwalę sobie jednak wymianę w czasie rzeczywistym. Nie mógłbym też funkcjonować bez zarządzania hasłami, które oferuje Google. Z witryny passwords.google.com, jak i związanej z nią funkcji przeglądarki korzystam bez przerwy. Być może nadejdzie kiedyś czas, gdy – mówiąc kolokwialnie – przejadę się na tym dobrodziejstwie, wspomagającym pamięć, ale właśnie funkcja przechowywania, synchronizowania, a także (a może przede wszystkim) podglądu haseł i loginów zapewnia mi wygodną pracę. Nie wyobrażam sobie, by było inaczej. I choć – znowu – konkurencja oferuje swoje rozwiązania, nie korzysta mi się z nich tak dobrze, jak w Chrome.

Dziś już rzadko przeklinam produkt Google na pececie. Nie pamiętam już, która aktualizacja przyniosła poprawę wydajności (i czy w ogóle taka była). Faktem jest, że ostatni raz, gdy “zamuliłem” Chrome’a do utraty płynności miało to miejsce podczas dość długiego seansu z trybem 3D w Mapach Google. Zdarza się za to, że narzekam na Chrome’a w smartfonie. Powody są w zasadzie podobne. Próbowałem innych rozwiązań, żadne mi nie odpowiadało.

Mimo wad pozostanę z przeglądarką firmy z Mountain View. Przynajmniej do momentu, gdy pojawi się lepsze oprogramowanie. Korzystając z Chrome’a na wielu różnych urządzeniach mam przyjemne poczucie, że jestem w domu. Być może to głównie przyzwyczajenie. Jeżeli tak, bardzo silne.

Dołącz do dyskusji