Przeciwnicy GMO są jak antyszczepionkowcy

Felieton/Nauka 04.07.2016
Przeciwnicy GMO są jak antyszczepionkowcy

Przeciwnicy GMO są jak antyszczepionkowcy

Zwykle o tym nie mówię. Zresztą nawet nie pamiętam, bo nie był to nawet miesięczny epizod w moim życiu. Zostawił jednak niesmak, o którym przypomniałam sobie teraz czytając o tym, że 107 zdobywców nagrody Nobla apeluje do Greenpeace’u o zmianę stanowiska w sprawie genetycznie modyfikowanych roślin, a szczególnie złotego ryżu.

Złoty ryż to odmiana ryżu siewnego przygotowana z myślą o krajach, w których panuje niedobór witaminy A u dzieci, co skutkuje utratą wzroku lub osłabieniem układu immunologicznego i w konsekwencji śmiercią jednego do dwóch miliona dzieci rocznie. Porcja 100-150 gramów ugotowanego złotego ryżu zaspokaja nawet do 80 proc. zapotrzebowania na witaminę A u dzieci w wieku 6-8 lat.

Greenpeace sprzeciwia się dostarczeniu złotego ryżu do środowiska argumentując, że wszystkie genetycznie modyfikowane rośliny niszczą środowisko, monopolizują je, zmieniają przemysł rolniczy i że to krótkowzroczne rozwiązanie. Niedobór witaminy A powodowany jest brakiem zróżnicowanej diety i biedą, i to te problemy trzeba likwidować. Ryż według Greenpeace’u jest złym i długofalowo szkodliwym rozwiązaniem.

Według organizacji, każda modyfikowana przez człowieka roślina to grzebanie w naturze, które nie powinno się odbywać.

Richard Roberts, laureat nagrody Nobla z 1993 roku za osiągnięcia w sekwencjonowaniu genomu, w wypowiedzi dla The Washington Post mówi, że działania Greenpeace’u są antynaukowe i wycelowane w straszenie ludzi, co jest sposobem na zbieranie środków.

Kojarzycie ludzi w zielonych kamizelkach Greenpeace’u, którzy w centrach dużych miast zaczepiają ludzi i próbują przekonać ich do ustawienia zlecenia przekazywania co miesiąc środków na rzecz organizacji?

Lata, lata temu, zaraz po szkole średniej, przez chwilę byłam taką osobą, zwaną foundraiserem. To zwykła praca. Większość z foundraiserów to studenci chcący dorobić, jednak kilka osób z ówczesnej grupy było starymi wyjadaczami z imponującymi umiejętnościami sprzedażowymi.

Greenpeace’owe szkolenie polegało na puszczeniu kilku filmów o historii organizacji i kilku ważnych problemach, w tym GMO. Przekazano nam, nowym adeptom, listę tematów i argumentów, po czym wypuszczono na ulicę byśmy zaczepiali ludzi.

Oprócz tego, że nie mam żadnych umiejętności wpychania ludziom czegoś, czego nie chcą – tutaj polecenia zapłaty – to szybko okazało się, że wcale nie wierzę w takie zerojedynkowe pokazywanie problemów. Wolnymi chwilami grzebałam w sieci szukając informacji i zaczęłam wątpić. Czy GMO faktycznie jest takie złe? Czy elektrownia atomowa w Polsce byłaby faktycznie tak złą rzeczą zważając na to, że dziś prąd czerpiemy głównie z węgla? Coraz mniej przekonana rzuciłam to nagabywanie i poszłam do call center. Tam przynajmniej nie musiałam udawać, że pracuję w imię jakiejś ideologii – było to zwykłe wpychanie ludziom telefonów. Niepotrzebnych, faktycznie, ale bez nimbu walki o sprawę na poziomie wszystko albo nic.

Dziś w dyskusji o GMO widzę dwie strony – tych anty i tych za

Jak w każdej szerokiej dyskusji, obie strony nie potrafią się porozumieć i dla marketingowej klarowności przekazu, zgodnie z każdą szkołą masowego prania mózgów, używają radykalnych, prostych, a wręcz prostackich komunikatów wzbudzających emocje i zachęcających do reakcji.

Najbardziej boli mnie, że ruch antyGMO jest trochę jak ruch antyszczepionkowy, czyli zakorzeniony po lewej stronie politycznej – tej, która z założenia powinna opierać się na rozumie, faktach, nauce i empatii. Boli, bo antygieemowcom zależy na dobru Ziemi, klimacie i hamowaniu szkodliwych procesów niszczący nasz wspólny dom. Strona, która tak chętnie posługuje się faktami i nauką, w tym jednym temacie ignoruje brak dowodów i wyciąga daleko idące wnioski.

Druga strona często zachowuje się jakby ignorancja była cnotą i kierując się rozumem nie zauważa, że niektóre argumenty antygieemowców nie są wyssane z palca i wywodzą się z obawy przed korporacyjnym charakterem zmian w modyfikowanych roślinach. Niektóre z tych obaw – jak te o pestycydach czy patentowaniu zmian a potem wykorzystywaniu tych patentów do monopolizacji rynków – powinny być dyskutowane. Tymczasem jedna strona straszy, wyolbrzymia i krzyczy sloganami OPŁACENI PRZEZ MONSANTO, a druga ignoruje te obawy i wciąż powtarza swoje.

To żaden sposób na rozwiązanie problemów z GMO. Greenpeace i inne ruchy antyGMO wprowadziły w mainstream retorykę strachu bez rzetelnych podstaw, która rozprzestrzeniła się wraz z ruchami wszelkiej maści naturalistów i ludzi, którzy nie potrafią zrozumieć, że żyjąc w sposób wyłącznie naturalny nie tylko nie zjedliby nigdy współczesnego banana czy brzoskwini, ale nie dożyliby 40 roku życia.

Strach często nie jest racjonalny. Będąc pod wpływem strachu stajemy się bardziej podatni na propagandę, myślenie grupowe i odwołania do emocji. Greenpeace strasząc odniósł sukces – sprawił, że dziesiątki milionów ludzi na całym świecie boi się GMO jak ognia i wierzy, że gdy zje coś z GMO to umrze w przeciągu kilku miesięcy. Przy okazji jednak zrobił też sobie niedźwiedzią przysługę. W oczach kolejnych dziesiątek milionów osób traci wiarygodność.

Działania noblistów zasługują na ogromny szacunek. W spokojny sposób, opierając się na światowym autorytecie nagrody Nobla, bez antagonizowania, nakreślają problem z uproszczonym stanowiskiem Greenpeace’u.

Nie wiem, czy to pomoże

Z doświadczenia wiem natomiast, że wielu z działaczy Greenpeace’u to ludzie z dobrymi intencjami ale bez umiejętności racjonalnego oceniania niuansów.

 

PS Bardzo chciałam obejrzeć nowy film dokumentalny twórcy Gaslandu, How To Let Go Of The World And Love All The Things Climate Can’t Change odnoszący się trochę właśnie do tego tematu, czyli zmian, które dokonują się na Ziemi przez człowieka. Okazało się jednak, że film póki co znajduje się na platformie HBO, a HBO bardzo nie chce moich pieniędzy. Nie obejrzałam więc. Może mi ktoś streścić?

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement