W obronie prepaidu, czyli prawda o ludziach zbierających nakrętki ze śmietnika

Felieton 26.07.2016
W obronie prepaidu, czyli prawda o ludziach zbierających nakrętki ze śmietnika

W obronie prepaidu, czyli prawda o ludziach zbierających nakrętki ze śmietnika

Obowiązek rejestracji kart SIM w usługach prepaidowych znów doprowadził do nielichej internetowej burzy. Ale nie tyle o konieczność samej rejestracji, ale – jak zwykle – o to, kto jest gorszy i biedniejszy.

I nie mam żadnych wątpliwości – podobne przepychanki, czy to na Twitterze, czy Facebooku, będą się ciągnąć jeszcze latami. Może w końcu trafią na jakieś Medium. Może już tam trafiły.

Geneza pojedynku „abonament kontra prepaid” jest dość prosta, podobnie jak źródło pochodzenia stereotypów, którymi przerzucają się obie strony. Kiedyś, możliwe, że nawet wtedy, kiedy w Pokemony grało się na Game Boyu. telekomunikacyjna oferta rynkowa dla klienta prywatnego była dość wyraźnie podzielona. Były abonamenty – drogie, „wypasione” (jak na ówczesne standardy i oczekiwania klientów) i mogły w jakiś sposób określać nasz status społeczny.

Oferty przedpłacone były natomiast przeważnie dużo słabsze, często rozumiane jako propozycja dla tych, którzy niekoniecznie będą mogli opłacić kolejny miesiąc usług albo, no, napiszmy to wprost – dla dzieci, których rodzice obawiali się o dramatyczne przekroczenie podstawowej kwoty abonamentu. A nawet jeśli tak nie do końca było, to taki podział wyrył się w pamięci większości osób.

I tak teraz, po kilku czy kilkunastu latach, niektórzy nadal tak postrzegają prepaidy. Powtarzając koszmarne pierdoły.

Podstawowa zasada dyskusji w Internecie: im mniej wiesz na dany temat, tym częściej powinieneś zabierać głos w tych dyskusjach.

W rezultacie w ciągu zaledwie kilku ostatnich dni przeczytałem m.in. o tym, że prepaidy są dla ludzi ubogich, dla tych, którzy uwielbiają zbierać nakrętki z fanty i nie mają nic ciekawszego do roboty w życiu, dla tych, którzy czas poza wygrzebywaniem butelek i nakrętek ze śmietników spędzają na porównywaniu ofert i szukaniu oszczędności na poziomie 35 groszy w skali 432 lat. A już w ogóle jak się zawalisz (prawniczymi obowiązkami) to zapomnisz doładować telefonu i stracisz na pół dnia możliwość wykonywania połączeń. A przy okazji honor, dziewczynę i dwa koła z samochodu (ale po skosie, nie z jednej osi).

Tak sobie siedzę, czytam i myślę „cholera, to co ja mam, abonament?”.

Sprawdzam lekko spocony (po trochu, bo się boję, po trochu, bo na dworze jest 31 stopni), ale szybko okazuje się, że nie. Korzystam z oferty na kartę i nie spotkałem się jeszcze z absolutnie żadnym z tych problemów. I trochę nie wiem, jak można się z tym spotkać.

Ale po kolei.

Oferty na kartę są dla biedaków zbierających nakrętki i porównujących oferty co do grosza.

A niech nawet częściowo będą, co kogo to tak naprawdę obchodzi. Trzeba jednak pamiętać o jednym – takie stereotypy budowane są głównie na bazie komentarzy zostawianych w Internecie. A kto jest zainteresowany zostawianiem takich komentarzy? Tak, osoby, które polują na promocje, które zbierają nakrętki i wyliczają, że tu 1 GB wychodzi za 2,8493849032849340932 zł, a gdzie indziej za 2,327837821843942432 i ci pierwsi to skończeni złodzieje.

Mało kto wejdzie natomiast w news o jakiejś promocji, jeszcze np. sieci, w której nie jest i zostawi komentarz „mam to gdzieś”. Bo i faktycznie ma to gdzieś – ma swojego prepaida, z niego korzysta, jest zadowolony, nie traci czasu na czytanie niepotrzebnych newsów i udzielanie się w komentarzach.

Więc jest trochę tak, jak z usterkowością wszelakich sprzętów ustanawianą według wpisów na forach tematycznych. Nikt nie zakłada tematu, w którym pisze np. że jego samochód jeździ idealnie i na nic nie narzeka. Wejdzie dopiero po to, żeby napisać, że obróciły mu się panewki i zjadły jego wegeburgera.

To, że dana grupa jest głośna, nie znaczy, że jest liczna. A nawet gdyby była, to nie udawajmy już takich hipsterów, którym wszystko co popularne tak strasznie przeszkadza. Wysłano z iPhone’a.

Pakiety, promocje, usługi, dodatki, złote wróżki z kółkami

Ok, nie wiem, o co chodzi z tym ostatnim. Ale tak samo nie jestem pewien, o co chodzi z podnoszonymi przez wielu posiadaczy abonamentów problemami z komplikacją usług prepaidowych.

Gdyby świat prepaidów wyglądał tak, jak oni to sobie wyobrażają, to żeby korzystać komfortowo z mojego telefonu musiałbym aktywować dokładnie 16,32 pakietów, 2 promocje, 1 usługę dodatkową, założyć ogumienie mieszane na te kółka u wróżki i trzy razy podskoczyć na jednej nodze w odległości 3,25 m od trzeciego najbliższego mnie PokeStopa.

A mówiąc wprost, wiele osób żyje nadal w przekonaniu, że oferty przedpłacone wymagają doskonałej znajomości taryf, kruczków, gwiazdek i wyboru przynajmniej kilku pakietów, żeby to wszystko miało sens.

Tymczasem prepaidy przez lata bardzo upodobniły się do abonamentów, co jest szczególnie miłe dla osób tak leniwych jak ja. Owszem, wybierasz często coś, co nazywa się pakietem, ale jest – w rozumieniu abonamentowym – po prostu taryfą.

Mój przykład – 35 zł za nielimitowane wszystko poza Internetem. Internetu mam tylko 2 GB (z lejkiem), ale mi to całkowicie wystarcza.

Aktywowałem to RAZ. Miesiące temu. Nawet nie wiem teraz jak to się nazywa. Nie wpisuję co miesiąc żadnego kodu. Ba, chyba nigdy nie wpisywałem, bo wszystko aktywowałem przez stronę internetową.

A kiedy miesiąc mija, wszystko aktywuje się całkowicie automatycznie na kolejny okres.

Ba, ja nawet tej oferty nie szukałem. Skończyła mi się umowa, karta SIM automatycznie przeszła na… kartę, a ja aktywowałem, co mi tam się wyświetliło na liście i mi pasowało. Pewnie są lepsze. Może nawet dużo lepsze oferty.

To pewnie musisz dopłacać, jak ci się skończy pakiet!

Kolejnym z argumentów przeciwko prepaidom jest brak stałości opłat. Tyle tylko, że to również argument z kategorii „a teraz porzucam w ciebie prawdami ze świata tech prosto z roku 2006”.

Nie, w 2016, kiedy w prepaidach powszechnie już obowiązuje nolimit na większość usług, nasze konto nagle nie oczyści się do zera, a my nie będziemy musieli godzić się z kompromitacją na całej linii. A jak skończy się pakiet na Internet? Cóż, w większości abonamentów też się kończy i potem przychodzi tzw. lejek.

Ale i tak ktoś mi pewnie jutro znowu napisze, że „prepaid to problem, bo jednego miesiąca doładujesz za 20 zł, a innego za 80 zł”.

A jak zapomnisz doładować?

Litości. Raz, że nikt nie broni doładować od razu na kilka miesięcy do przodu, a potem ustawić u operatora przypomnienia nawet na dwa tygodnie czy miesiąc przed końcem.

No i kto broni ustawić w 3 minuty polecenie stałego, regularnego doładowania konta telefonicznego? Nikt.

A skoro mamy stałe opłaty miesięczne, stałe doładowanie (więc nie grozi nam np. rozłączenie w połowie rozmowy z powodu braku środków), to jaka jest różnica miedzy abonamentem a prepaidem.

No właśnie…

To dlaczego ten cały prepaid?

Tu nawet nie chodzi o to, że jest taniej. Bo prawdę mówiąc, nie wiem, czy faktycznie jest taniej. Nie porównywałem ofert. Tak mi się trafiło i uznałem, że 35 zł to uczciwa cena, a jeśli zacznie mnie uwierać – zmienię sobie w dowolnej chwili.

I właśnie o to chodzi – o wolność. A jeśli to za duże słowo, to przynajmniej swoboda. Nie, nie przejdę do innej sieci, bo oszczędzę 3,42 zł miesięcznie – po prostu mi się nie chce. Ale jeśli mój obecny operator z jakiegoś powodu mnie wkurzy albo ktoś zrobi prawdziwą rewolucję (choć patrząc na moje potrzeby, w pełni teraz zaspokojone, wątpię), to może nad tym pomyślę.

I będę mógł to zrobić w każdej chwili, w kilka czy kilkanaście godzin. Nie będę płakał w komentarzach pod wpisem o awarii jakiejś sieci, że nie mogę już z danym operatorem wytrzymać, a zostały mi jeszcze 33 miesiące umowy. Nie będę też męczył biednego konsultanta tym, że jestem w tej sieci już od całych 3 lat i domagam się w zamian za wybitne osiągnięcia iPhone’a 7 przed premierą za 1,23 zł. Jakby za to, że korzystamy z czyichś usług, za które zresztą uczciwie płacimy, cokolwiek więcej nam się należało.

Mam więc wszystko, czego potrzebuję w kwestiach telekomunikacyjnych – komfort abonamentu, bez żadnych wyrzeczeń z mojej strony, przy jednocześnie najkrótszym okresie obejmowania umowy – zerowym. Czy mój sposób używania telefonu zmniejszył się po przejściu na kartę? Nie. Czy z czegoś musiałem zrezygnować? Nie. Czy czuję jakąkolwiek różnicę? Nie.

Czyli jak, każdy ma przejść na prepaid?

Nie, pewnie nie. Pewnie niektórym opłaca się wrzucić to w koszty. Pewnie niektórzy dalej żyją przekonaniem, że telefon kupowany w abonamencie wychodzi taniej. Ewentualnie znajdą coś, co abonament jest w stanie zaoferować, a prepaid nadal jest w tej kategorii słaby – tutaj przykładami może być np. roaming (choć ten argument niedługo nie będzie aktualny), pojedyncze promocje (jak Tidal w Play) czy oferty nielimitowanego internetu, wciąż raczej niedostępne w prepaidach.

Ale w normalnych warunkach, dla średnio wymagającego klienta, nie mam bladego pojęcia, dlaczego ktoś chciałby z własnej woli wiązać się z którymkolwiek z operatorów na rok, dwa czy absolutnie szalone trzy lata. Chyba, że nie udało ci się w życiu tak jak chciałeś i nie możesz kłuć w oczy sąsiadów najnowszym BMW. Wtedy, jeśli taka twoja natura, możesz wyskrobać gdzieś z kieszeni te 30 zł co miesiąc na abonament, a potem chodzić po znajomych, którzy wybrali prepaid i krzyczeć im prosto w twarz: jesteś biedny, bo masz prepaida.

A najlepiej, jeśli to samo zrobisz w Internecie. Bo i zasięg przecież większy.

Dołącz do dyskusji