Dziennikarz ma dziś bawić, a nie informować

Felieton/Media 02.07.2016
Dziennikarz ma dziś bawić, a nie informować

Dziennikarz ma dziś bawić, a nie informować

Wiele lat temu siedząc w czytelni biblioteki UMCS w Lublinie zauważyłem dziennikarza telewizyjnego, który studiował wypożyczone książki. Przygotowywał się do jednego ze swoich programów. Ten widok pamiętam do dziś, bo w dużym uproszczeniu definiuje różnicę między dziennikarzem i media workerem.

Gdy zaczynałem ponad 20 lat temu swoją przygodę z dziennikarstwem, przyszedłem do redakcji „Kuriera Lubelskiego” z ręcznie zapisanymi kartkami z zeszytu. Już w wieku licealnym, chciałem wykonywać ten szanowany (wtedy) zawód. W czasach, gdy Internet nie trafił jeszcze pod strzechy, oprócz umiejętności w miarę sprawnego posługiwania się piórem, trzeba było wykazać się zdolnością zdobywania informacji.

Wraz z rozpowszechnieniem się Internetu sytuacja zmieniła się diametralnie. Co prawda pełnokrwisty dziennikarz nadal zdobywa informacje raczej „na mieście” i w bezpośrednim kontakcie z ludźmi, to w zawodzie zaczęli dominować media workerzy.

Kim jest media worker? To człowiek, który produkuje treści. Przy czym słowo „produkuje” jest tu bardzo adekwatne. Nie mam intencji deprecjonowania czyjejkolwiek pracy. Sam w rubryce zawód wpisuję „dziennikarz”, choć bardzo często czuję, że bardziej prawidłowym określeniem byłby właśnie media worker.

Dlaczego? Od lat pracuje w serwisie internetowym. Nie muszę ruszać się sprzed komputera, by wykonywać swoją robotę. Oczywiście w toku kariery, która wykracza też poza obecne zajęcie, robiłem  wywiady, pisałem recenzje, relacje, felietony. Mówiąc krótko: zdobyłem potrzebne kompetencje, by określenie nie było na wyrost, jak pokojowa Nagroda Nobla dla Baracka Obamy. Nie mam więc wyrzutów sumienia, gdy nazywam siebie dziennikarzem. Chodzi raczej o precyzję w nazewnictwie.

Wróćmy do sytuacji z pierwszego akapitu. Dziennikarz telewizyjny przesiadujący w bibliotece zrobił wówczas na mnie wrażenie. Przybytek wydaje się nadal sensownym miejscem do poszukiwania informacji czy tropów do programu historycznego, bo taki kręcił. Zapewne dziś rozpocząłby kwerendę od wyszukiwarki internetowej. Niewykluczone, że musiałby i tak udać się do biblioteki.

Rzecz oczywiście nie w sposobie pozyskiwania informacji. Gdybym miał się porównywać z wieloma dziennikarzami sprzed dekad, chodzącymi encyklopediami i królami fiszek, musiałbym uznać ich wyższość. Przede wszystkim warsztatową.

Nie kieruje mną fałszywa skromność. Po prostu doskonale zdaję sobie sprawę z możliwości, jakie daje mi Internet. To przewaga, która przypomina raczej środki dopingujące niż stopień naukowy. Dziś jeśli czegoś nie wiem jestem w stanie uzupełnić braki w kilka sekund. Gdy sprawa jest bardziej zawiła, zajmie mi to kilka do kilkunastu minut. Byłbym rzecz jasna głupcem, gdybym tych narzędzi nie używał. Na tym też polega postęp, że korzysta się – mówiąc oldschoolowo – z nowoczesnych środków technicznych.

Po trosze zmieniła się też rola dziennikarza. Jego zadaniem jest bardziej zabawianie odbiorców, niż informowanie.

A przynajmniej to drugie musi być podporządkowane temu pierwszemu. Praca media workera nie kończy się na napisaniu tekstu. Musi zadbać o to, by ten się sprzedał. Przyłożyć się do wymyślenia tytułu, wypromować materiał w mediach społecznościowych itp. Media worker musi być jednocześnie dziennikarzem, PR-owcem, social media menadżerem itp.

Świat się zmienia, wraz z nim społeczeństwa i w konsekwencji dziennikarze. Czasem oglądam programy informacyjne sprzed dekad. Zwracam wtedy uwagę na anatomię newsa. W XXI wieku trudno wyobrazić sobie, by prezenter odczytywał długie fragmenty tekstu, a materiał filmowy do informacji trwał kilkakrotnie krócej niż wprowadzenie. Podobnie nie przeszłoby czytanie na wizji całych oświadczeń np. klubu parlamentarnego. Widz po 20 sekundach zmieniłby kanał. Oglądając choćby „Wiadomości” telewizyjne z początku lat 90. czy przeglądając gazety z tamtego okresu czuję się nieswojo. To niesamowite, bo w praktyce widz mógł wówczas dowiedzieć się z programu znacznie więcej, niż teraz.

Dziennikarz, w klasycznym tego słowa znaczeniu, staje się reliktem. Czy to źle? Można by temu zagadnieniu poświęcić całe strony. Nie o to chodzi w tym tekście. Oczywiście mocno sprawę uprościłem, stawiając na równi człowieka od kontentu i „pismaka” (jak to się pogardliwie mówiło), którego zadaniem było dostarczenie „prawdziwej bomby”. Obecnie bomba kończy się na zajawce, a niegdyś była nią sama treść.

Świat nadal potrzebuje takich dziennikarzy jak choćby Glenn Greenwald, który ujawnił rewelacje Edwarda Snowdena o programie inwigilacyjnym amerykańskich i brytyjskich agencji wywiadowczych. Potrzebuje zdeterminowanych reporterów z „Boston Globe”, stojących za ujawnieniem afery pedofilskiej z Kościele katolickim.

Tyle tylko, że dziś potrzebni są też media workerzy, bo to oni dotrą z newsem do tłumów.

Dołącz do dyskusji

Advertisement