Euro 2016 – dzień #24. Jeśli Niemcy się kogoś boją na tym świecie, to tylko Włochów

Artykuł 02.07.2016
Euro 2016 – dzień #24. Jeśli Niemcy się kogoś boją na tym świecie, to tylko Włochów

Euro 2016 – dzień #24. Jeśli Niemcy się kogoś boją na tym świecie, to tylko Włochów

Z jednej strony Walia zagra w półfinale Euro, więc nic już mnie chyba nie zdziwi. Ale wszystkie znaki na niebie i ziemi, kronikach piłkarskich i w kartach tarota wskazują, że kolejnym z półfinalistów będą Włosi, którzy jeszcze nigdy za mojego życia nie mieli aż tylu tak niewybitnych piłkarzy w składzie. 

Coś musi być na rzeczy w tym włoskim DNA, o którym pisałem przed kilkoma tygodniami. O ile defensywa Włochów broni się głośnymi nazwiskami Juventusu, tak pomoc i formacja ofensywna wyglądają zupełnie nieokazale. A jednak Włosi są jedną z lepiej grających ekip turnieju. Kibice Chelsea muszą być wniebowzięci, bo Antonio Conte najwyraźniej wyrasta właśnie w naszych oczach na piłkarskiego Salomona. Juventus zastał drewniany, a zostawił stalowy i teraz gra z Włochami zdecydowanie powyżej ich kadrowego potencjału.

Ostatecznym sprawdzianem tej kombinacji geniuszu Conte i genetyki włoskiej drużyny będzie mecz z Niemcami, którego faworytem są… Włosi. Oczywiście nie przemawia za tym logika sportowa, Niemcy to aktualni mistrzowie świata (Włosi nie wyszli wtedy nawet z grupy), mają dwa razy cenniejszą jedenastkę i względnie obsadzone wszystkie pozycje.

A jednak nigdy w historii Niemcy nie pokonali Włochów. My mamy Anglię, a sąsiedzi mają Włochów. Sam mam w pamięci dwa takie mecze, obu byłem naocznym (telewizyjnym świadkiem). Do obu Niemcy przystępowali z pozycji zdecydowanych faworytów. Już w 2006 roku, a w 2012 roku zwłaszcza Włosi mieli być “nie tą potęgą, co jeszcze kilka lat temu”, zaś Niemcy z kolei “wreszcie mieli pójść po swoje”.

I nic się nie działo, rozmontowywali ich Włosi, na spokojnie, śmiejąc się z rywali pod nosem. Bezczelnie kpili sobie z niemieckiej solidności i determinacji prezentując przebłyski geniuszu i nienachalnego wyrachowania. Przed czterema laty w Warszawie Mario Balotelli zagrał nawet mecz swojego życia i co naiwniejsi pomyśleli, że oto narodziła nam się nowa gwiazda znana z czegoś więcej, niż głupkowate reakcje.

Dziś, na papierze, gdy Marco Veratti zmaga się z kontuzją, a w ataku biega naturalizowany Eder czy 30-letnie Graziano Pelle o zupełnie nieimponującym przebiegu kariery, dysproporcja sił pomiędzy Niemcami a Włochami wydaje się być największa w znanej mi historii. Oznaczać to może tylko jedno – albo Niemcy przełamią wreszcie klątwę, która ciągnie się za nimi od kilkudziesięciu lat, albo też Włosi wygrają ze 3-0.

Dołącz do dyskusji

Advertisement