Zostaną po nas bity i bajty. Czy zainteresują kogokolwiek w przyszłości?

Felieton/Media 21.07.2016
Zostaną po nas bity i bajty. Czy zainteresują kogokolwiek w przyszłości?

Zostaną po nas bity i bajty. Czy zainteresują kogokolwiek w przyszłości?

Co zostanie po twórcach treści w Internecie? Czy zamienione na bity i bajty informacje będą miały znaczenie dla potomnych?

W połowie lipca media technologiczne pisały o przypadku Dennisa Coopera, artysty, który z powodu blokady nałożonej przez Google stracił dorobek 14 lat pracy. Sytuacja Coopera to oczywiście modelowy antyprzykład. Naiwności i bezmyślności. Nawet dziecko wie, że każdy, kto prowadzi działalność w Internecie, powinien robić kopie zapasowe. Nie to jest dla mnie interesujące.

Na długo zanim usłyszałem o niefrasobliwym artyście zacząłem zastanawiać się, co zostanie po nas, twórcach treści w Internecie. Zawsze dochodzę do raczej ponurych wniosków.

Karierę w zawodzie zaczynałem w mediach tradycyjnych. Do dziś przechowuję kolekcję wycinków własnych artykułów z różnych tytułów prasowych. Trzymam też numery periodyków, w których pojawiały się moje teksty. Daje to bardzo fizyczny namacalny kontakt z tamtą epoką. Stara gazeta jest rodzajem wehikułu czasu. Oglądanie tego typu zbiorów sprawia po latach ogromną przyjemność.

Na przełomie wieków (tak, wiem jak to brzmi) zacząłem pisać również w sieci. Niektóre z tych treści można jeszcze odnaleźć w Internecie. Część wpadła w cyfrowy niebyt. Jeszcze inną sam wykasowałem. Oczywiście wiem, że istnieje Internet Archive. Korzystałem z Wayback Machine. Zupełnie inaczej sięga się w przeszłość mając przed sobą fizyczne archiwum niż, gdy siedzimy przed komputerem i wyszukujemy treści w sieci.

Rzecz zresztą nie tylko w technice wyszukiwania. Materiały w Internecie po prostu wydają mi się bardziej ulotne. Może zabrzmi to dziwnie, ale są dla mnie mniej realistyczne. Dodajmy do tego fakt niskiej żywotności treści w Internecie. Nawet ważne teksty szybko tracą na aktualności. To kwestia formatu. Tak już jest.

Nie, nie chcę przez to wszystko powiedzieć, że kiedyś było lepiej. Nie zamierzam nurzać się w retoryce wyższości analogowego nad cyfrowym. Nie tęsknie za tym, co minęło.

Intensywnie korzystam z dobrodziejstw technologii. Zastanawiam się tylko, czy którakolwiek część mojej dzisiejszej twórczości będzie miała wartość dla moich potomków?

Pytanie wydaje się paradne i buńczuczne. Od lat jednak żyję z pisania, dlatego dopada mnie czasem potrzeba przemyślenia sensowności tego, co robię. W takich chwilach miewam kryzysy. Bo kogóż, do cholery, interesować będą za 30-50 lat wynurzenia na temat kolejnej wersji iOS-a czy Androida? Fakt, pisałem też o ważniejszych rzeczach: postępie w nauce czy zmianie klimatu. Stworzyłem sporo tekstów o polityce, kulturze, przeprowadzałem wywiady z ciekawymi ludźmi. Niewiele zmienia to w perspektywie wieczności i potomności.

Jakiś czas temu dyskutowaliśmy w gronie znajomych o znaczeniu nośników. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim muzyki i różnicy między kupnem płyt, i serwisami streamingowymi. Sam dziś korzystam z jednego z nich i cieszę się dostępem do milionów utworów. Z drugiej strony streaming pozbawia mnie tego, co dawała płyta. Swoistego rytuału.

W latach 90., gdy wychodził nowy krążek ulubionego artysty w dniu premiery szedłem do sklepu muzycznego (to były wspaniałe miejsca, dziś niestety prawie wymarłe). Na miejscu mogłem porozmawiać ze znajomym sprzedawcą. Po powrocie do domu rozpakowywałem płytę, przeglądałem wkładkę, czytałem teksty, a nawet podziękowania muzyków. Po włożeniu krążka (czy wcześniej kasety) do odtwarzacza delektowałem się poznawaniem nowych dźwięków. Dziś zdobycie premierowej płyty nie wymaga żadnego wysiłku. Niby mógłbym starać się odtworzyć powyższy rytuał, ale byłaby to tylko jego parodia. Żadnego ze sklepów, w których robiłem zakupy już nie ma, a ulubieni sprzedawcy dawno zmienili branżę. Zamiast kameralnych sklepików są empiki i Media Markty.

Jaki to ma związek  z tematem tekstu? Wbrew pozorom spory. Chodzi różnicę w przyswajaniu treści, gdy są one „zakorzenione” w nośniku i gdy stają się wyłącznie strumieniem bitów, do których dostęp otrzymamy po wpisaniu nazwy utworu czy artysty w wyszukiwarce. W pewnym sensie doszło do redukcji ludzkiej twórczości.

Z artykułami dziennikarzy pracujących w Internecie jest jeszcze gorzej. Dobra muzyka nie zestarzeje się nawet po dekadach, a teksty prasowe pachną nieświeżo już po tygodniu czy dwóch. Dobre reportaże bronić się będą dłużej. Analogia nie jest oczywiście do końca trafna, bo gazetowe materiały dotyczące np. dziur w jezdni po latach zainteresują bardzo nielicznych.

Co po nas zostanie?

Czy to wszystko oznacza to, że praca moja i tysięcy moich kolegów po fachu na całym świecie nie ma sensu? Mimo wszystko wierzę, że tak nie jest. Po prostu zmieniły się czasy, potrzeby ludzi są inne. Inaczej przyswajamy informacje.

Nie jest moją intencją użalanie się nad sobą. Nie jestem Władysławem Reymontem, Hermannem Hesse czy Trumanem Capote. Nie tworzę wiekopomnych dzieł. Mimo wszystko wykonuję twórczy zawód, dlatego stawiam pytania. Bo czasem warto się zatrzymać tylko po to, by znaleźć motywację do dalszej pracy.

Dołącz do dyskusji

Advertisement