Mój świat ma 4 cale

Felieton 29.06.2016
Mój świat ma 4 cale

Mój świat ma 4 cale

I to jest wielki świat. I chyba trochę smutny.

kładę się z nim i z nim się budzę
myję się z nim, śniadanie jem
pod ręką mam go gdy się nudzę

Katarzyna Groniec, Z nim śpię

Wątpię, żeby Katarzynie Groniec chodziło o smartfon. Ba, nawet na pewno nie chodziło o niego. Może wręcz wykorzystywanie tego cytatu w takim kontekście jest niestosowne. Ale cóż zrobić, skoro tak doskonale pasuje. W końcu poezja powinna być uniwersalna. Tak samo jak, prawdopodobnie, jest ten problem.

30 sekund

Tyle, a może nawet jeszcze mniej czasu upływa od momentu, kiedy się budzę, do momentu, kiedy odruchowo sięgam po smartfon. Praktycznie w tym samym momencie, kiedy otwieram oczy, mam przed sobą ten niewielki ekranik starego już iPhone’a.

Nie, nie ma wcześniej porannej herbatki, nie ma porannego spaceru w piżamie po ogródku, nie ma tej dodatkowej chwili ciszy i spokoju, chwili dla siebie. Nawet pomimo tego, że przeważnie mogę sobie na nią pozwolić.

Zamiast tego jest regularne, rytualne wręcz sprawdzanie tego wszystkiego, co pojawiło się od momentu zaśnięcia, w tym moim małym, 4-calowym świecie. A dzieje tam się wszystko – ludzie piszą (wszelkimi dostępnymi kanałami), w technologii wszystko potrafi zmienić się w ciągu kilku godzin, więc i tu trzeba nadrobić 1000 pozycji w RSS-ach, w motoryzacji zawsze też dzieje się coś ciekawego, nie mówiąc już o zbieranych na wielkich portalach wiadomościach z dziedzin wszelakich.

I przeglądam. Przeglądam. Przeglądam.

Klikam. Przewijam. Podaję dalej. Szydzę. Załamuję się. Cieszę się. Niepokoję się. Pełny wachlarz emocji w przeciągu zaledwie kilkudziesięciu minut.

Chcę więcej. Chcę wiedzieć więcej, chcę zobaczyć więcej. Więc chłonę i chłonę dalej, nie zwracając już nawet uwagi na to, że treści, które chłonę, nie tylko przestają mnie dotyczyć, ale też często w ogóle mnie nie interesują.

I tak mija poranek. Poranek, który mogłem mieć – bez szkody dla swojej pracy – zupełnie dla siebie. Godzinę, pół godziny, chociażby kwadrans. Ale nie, jakoś nie potrafię. W końcu mógłbym coś przegapić.

A tak wiem, wiem prawie wszystko, choćbym tylko przeskoczył wzrokiem po nagłówkach. Ktoś dzieli się ze mną jakąś informacją – z rozbawieniem odpowiadam, że to już jest stara wiadomość, czytałem o tym rano. Fakt, że jest dopiero południe niewiele zmienia – w końcu od tego czasu natłok kolejnych informacji sprawił, że wspomniane przez znajomego wydarzenie wydaje się być niesamowicie odległe.

I tak… dalej

Bo i chłonięcie nie kończy się rano. Ono trwa przez cały czas. Ze smartfonem idę absolutnie wszędzie. WSZĘDZIE. Nawet kiedy leżę na kanapie przed konsolą czy koszę trawę w ogródku – muszę wiedzieć, że jestem w zasięgu telefonu. Albo że zegarek, którego nie zdejmuję nawet na chwilę z ręki, jest w jego zasięgu. Ani minuty odłączenia.

Bo coś może się stać. Bo ktoś może czegoś chcieć (i przeważnie chce). Bo wszystko w dzisiejszych czasach jest pilne, tracąc na znaczeniu w kilka chwil po dostarczeniu. Jeśli znikniesz na kilka, kilkanaście godzin, nie mówiąc już o kilkudziesięciu, praktycznie przestajesz się orientować i tracisz sporo czasu na nadrabianie.

Nie wspominając już nawet o zdziwieniu tych, którym nie odpisuje się w ciągu kilkudziesięciu sekund. Minuty zwłoki? 10 wiadomości o treści „żyjesz”?

No właśnie tego nie jestem pewien.

Niewiele potrafię znaleźć elementów życia, których nie realizuję albo nie jestem w stanie przenieść do cyfrowej rzeczywistości. Albo, co gorsza, dla których jestem w stanie się od niej oderwać.

Kontakt ze znajomymi i ludźmi z pracy? No przecież łatwiej niż przez Internet się tego nie da załatwić. Łatwiej, choć nie znaczy lepiej.

Nawet zwykłe wyjście gdzieś, wyjazd na rower czy wycieczka w góry nie jest tym czymś, czym mogłoby być. Nie dość, że przymus utrzymywania cyfrowego kontaktu cały czas siedzi gdzieś w głowie, nawet jeśli nie sięgam po telefon, to zamiast tego mam świadomość, że to wszystko jest rejestrowane. Każdy metr do przodu, każdy metr w górę, każde pojedyncze uderzenie serca.

I muszę, po prostu muszę to wszystko mieć pod kontrolą. A końcowe wyniki nie mogą być złe – najlepiej, żeby były co najmniej lepsze od poprzednich. Nie ma mowy o zatrzymywaniu się, jakimś pikniku czy coś. Trzeba przeć do przodu. Żeby cyferki w podsumowaniu były lepsze.

Bo przecież wszystko da się wyrazić cyframi i wykresami albo chociażby gwiazdkami.

Całe to mierzenie i rejestrowanie życia potrafi tak człowieka usidlić, że brakuje już miejsca na samo życie.

Nieistotne staje się to, co robisz. Istotne staje się to, jakim elementem układanki jest ta czynność. Nie wspominasz potem wieczornego spaceru jako czegoś przyjemnego, niezobowiązującego, jako chwili relaksu dla siebie. Rozpatrujesz te chwile jako brakujące 2000 kroków.

I od razu po jego zakończeniu uruchamiasz aplikację, żeby przeanalizować, kiedy danego dnia byłeś aktywny, a kiedy powinieneś być bardziej. A może wirtualny asystent podeśle jakąś poradę, uwalniając nas już zupełnie od myślenia? Zostaje tylko ruszać nogami – prawa, lewa, prawa, lewa. I będzie cudownie, przecież po to to zostało zaprojektowane, zaprogramowane i dostarczone do mnie.

I taki jest ten świat, zamknięty w 4 przepotężnych calach.

Idealny, łatwy do opisania cyframi i wykresami, prosty, czytelny, wygodny, przepełniony wiedzą, którą przecież każdy chce chłonąć. Przepełniony kontaktem ze znajomymi, dającym nam złudne poczucie, że zawsze są gdzieś niedaleko.

Czyli niemal zupełnie inny, niż ten świat rzeczywisty.

Jednocześnie świat, w który wręcz absurdalnie łatwo zanurzyć się zbyt głęboko, szczególnie jeśli poruszanie się po nim stanowi element naszej pracy. A gdy przekroczymy dość cienką linię, wszytko przybiera zupełnie inny obraz. Statystyki naszego życia przestają je opisywać – zaczynamy nimi żyć. Dosłownie, podporządkowując wszystko pod jak najwyższe słupki tu i tam. Wiedza i wiadomości, które tak namiętnie chłoniemy, okazują się być pustymi zapychaczami, przyswajanymi w bezradnych próbach stymulowania czymkolwiek zobojętniałego mózgu. Przyjemność z kontaktu ze znajomymi i ludźmi z pracy przeradza się w obrzydzenie na dźwięk kolejnego słyszanego powiadomienia.

Tak, można powiadomienia wyciszać. Można kasować aplikacje takie jak np. Twitter czy Facebook. Ale w końcu dopada nas znowu obawa o to, że coś przegapiamy. Aplikacja wracają nagle w magiczny sposób na telefon. A my wracamy do starych nawyków.

Takie są te 4 cale, które mieszczą i zamykają w sobie cały świat. A może to ja jestem w nich zamknięty?

Nie, ten tekst nie ma żadnej pointy. Może by miał, ale muszę sprawdzić powiadomienia, które dotarły do mnie w trakcie jego pisania.

Przepraszam więc na chwilę.

Dołącz do dyskusji