Euro 2016 – Dzień #6. Urodzony na środku oceanu, czyli ile Francji jest w reprezentacji Francji?

Artykuł 15.06.2016
Euro 2016 – Dzień #6. Urodzony na środku oceanu, czyli ile Francji jest w reprezentacji Francji?

Euro 2016 – Dzień #6. Urodzony na środku oceanu, czyli ile Francji jest w reprezentacji Francji?

Didier Deschamps nie powołał na turniej Euro 2016 Francuza Karima Benzemy, za co w opinii sporej części francuskiej społeczności został okrzyknięty… rasistą. 

Legenda francuskiej piłki, Zinedine Zidane, pochodziła z Algierii. Ale popularny Zizou przyszedł na świat już w Marsylii, gdzie wcześniej wyemigrowali jego rodzice. Blisko dwadzieścia lat młodsza współczesna kadra, nawet jeśli nie wskazuje na to uroda, to też Francuzi urodzeni na francuskiej ziemi, czasem nawet w kolejnym już pokoleniu.

Kiedy myślicie sobie “Francuz”, zapewne – podobnie jak ja – oczami wyobraźni widzicie dżentelmena w berecie, koszulce w paski i z powabnym wąsem i wreszcie koszykiem pełnym świeżo upieczonych bagietek w dłoni. Z pierwszej jedenastki Francuzów do tego rysopisu – na siłę – dałoby się dopasować chyba tylko Antoine Griezmanna.

Tymczasem kiedy po boisku biegają Francuzi, przekrój etniczny występujących tam postaci wskazywałby raczej na myśl o może jeśli nie jakimś zespole ze środka Afryki, to przynajmniej Republice Południowej Afryki, ostatecznie Stanów Zjednoczonych. Skąd aż taka dominacja czarnoskórych piłkarzy w kadrze europejskiego zespołu? Zakładam, że odpowiedź “bo aktualnie są najbardziej utalentowani” was nie zadowala, a francuskiej polityki imigracyjnej w XX wieku nie muszę Wam tłumaczyć – jej ogólne założenia znacie i są one zupełnie w tej dyskusji wystarczające.

Mało kto jednak wie o tym, że Francuzi brzydzą się futbolem. No, oczywiście nie wszyscy, ale we Francji piłka nożnej to sport pogardzany przez elity, uważany za rozrywkę dla gorszej klasy obywateli. Tymczasem imigranci tudzież ich potomkowie często niestety nie są w stanie przez lata poprawić swojej sytuacji życiowej, a dla wielu z nich sport jest możliwością ucieczki z bylejakości. Podczas gdy francuskie elity nie angażują się przesadnie w szkolenie, mniej zamożni Francuzi, często wywodzący się z krajów afrykańskich, poświęcają jej długie godziny – co po latach przyniosło stosowne efekty.

Ten syndrom imigranta jest zresztą widoczny też w innych krajach. Najsłynniejszym uciekinierem z Półwyspu Bałkańskiego jest chyba Zlatan Ibrahimović. Ale wojna na Bałkanach uzbroiła istotną część reprezentacji krajów ościennych, w szczególności Austrii i Szwajcarii, czego rezultat obserwujemy na obecnym turnieju. A długo można by było wyliczać piłkarzy, którzy lata szkolenia spędzili w tych krajach, ale ostatecznie zdecydowali się grać dla Serbii czy Chorwacji.

Oczywiście zjawiskiem nadal widocznym jest swego rodzaju olisadebyzacja francuskiego futbolu, czyli Francuzom nadal zdarza się podbierać zdolnych reprezentantów uprawnionych do gry w innych reprezentacjach. I tak oto na przykład w Kamerunie pierwsze kroki stawiali Evra i Umtiti. Fenomenalna jest historia Rio Mavuby, który na turniej się nie załapał. Pomocnik Lille przez zdecydowaną większość swojego życia był bowiem… bezpaństwowcem, po tym jak urodził się na statku gdzieś u wybrzeży Angoli. Wprawdzie korzenie ma zdecydowanie afrykańskie, jednak zgodzicie się zapewne, że w takim wypadku znacjonalizowanie go przez Francuzów nie wydaje się aż tak rażącym wypaczaniem idei rywalizacji narodowej.

Zupełnie – z mojej perspektywy – nie wypacza jej również kwestionowanie francuskości Dimitriego Payeta, który tak pięknie czarował nam swoimi podaniami (a w końcu golem) w pierwszym meczu turnieju. Otóż urodził się on na Reunion, maleńkiej wysepce w pobliżu Madagaskaru, która jest terytorium zależnym Francji. Nawet nie trzeba było kombinować z paszportami. Widziałem już wypowiedzi kibica, który się oburzał zaciąganiem do reprezentacji zawodników związanych z macierzystym krajem taką drogą, ale hej… Do Clarenca Seedorfa nie mieliście pretensji za występowanie w barwach Oranje, choć urodził się w odległym, przez lata zależnym od Holendrów, Surinamie!

Reprezentacja Tricolores może nie wpasowywać się w ramy stereotypowych Europejczyków z naszych wyobrażeń, ale w zdecydowanej większości są to zawodnicy urodzeni, wychowani i wyszkoleni we Francji. Trudno jest też zarzucać selekcjonerowi tendencje rasistowskie. Zresztą, gdybym trener Francuzów naprawdę był rasistą – na turnieju byłoby mu bardzo trudno skompletować przyzwoitą jedenastkę. W 1998 wkurzałem się przez Zinedine Zidane’a, w 2000 roku płakałem przez Wiltorda i Trezegueta (który ma, swoją drogą, korzenie… argentyńskie), nie czuję się na siłach by oceniać stan społeczeństwa, ale francuskiej piłce ewidentnie służy więc ten brak uprzedzeń.

Dołącz do dyskusji

Advertisement