Co mnie wkurza w wegetarianizmie, pewnej religii, Apple Watchu i… wapowaniu

Felieton/Technologie 06.05.2016
Co mnie wkurza w wegetarianizmie, pewnej religii, Apple Watchu i… wapowaniu

Co mnie wkurza w wegetarianizmie, pewnej religii, Apple Watchu i… wapowaniu

Latamy w kosmos, ale nadal jesteśmy tylko zwierzętami wiedzionymi przez nałogi i instynkty. Szczerze mówiąc nie myślę o tym zbyt często, chyba że akurat mam w swoim otoczeniu palacza. A ponieważ jestem człowiekiem bardzo głęboko uduchowionym, szybko udziela mi się panująca wokół niego nerwowa atmosfera, kiedy na przykład w samolocie nie może zapalić papierosa. 

Nie mam nic przeciwko rowerzystom, ale uważam, że taka np. warszawska masa krytyczna to czysta ludzka złośliwość. Jestem wielkim, choć biernym, fanem wegetarianizmu, ale trochę denerwują mnie znajomi, którzy budują wokół tego esencję swojego jestestwa robiąc z tego centralny punkt każdego wyjścia do restauracji. Wreszcie uważam, że niektóre religie są dobre, czasami niosą za sobą słuszne zasady moralne i pomagają się przynajmniej tymczasowo uporać z problemami ludzkiej egzystencji, jednak irytują mnie odłamy (mamy na myśli jeden konkretny), które każdego miesiąca uprawiają sakralną inkwizycję dzwoniąc do moich drzwi.

Nie mam też nic przeciwko palaczom papierosów, nie oceniam. Wszyscy mamy jakieś nałogi, mnie pewnie wykończy kofeina. Ale ja swoją kawą nie oblewam losowo napotkanych przechodniów. Wiecie już do czego zmierzam?

A potem pojawił się e-papieros

E-papieros miał być rozwiązaniem na miarę XXI wieku. Dla mnie osobiście to taki protoplasta Apple Watcha – samo urządzenie i sposób korzystania z niego strasznie głupio wygląda, ale uzależnionym już i tak nie robi to różnicy. Nowoczesne rozwiązania sprawiły, że użytkownicy e-papierosów ponoć mniej się truli (a może nawet w ogóle się nie truli, tutaj jesteśmy świadkami sporów w doktrynie pomiędzy przedstawicielami świata nauki), na swój nałóg wydawali mniej, a na dodatek unikali różnych innych ograniczeń, takich jak np. ustawowe zakazy dotyczące tradycyjnych papierosów, wieku nabywców i korzystania z nich w publicznych miejscach.

A potem Unia Europejska postanowiła stworzyć tzw. dyrektywę tytoniową i markom produkującym papierosy utrudnić dość mocno życie, m.in. ograniczając możliwości reklamy czy wygląd samych opakowań. Polska powinna wdrożyć w swoim prawie tę dyrektywę do 20 maja i na pewno to zrobi, lecz wszystko wskazuje na to, że będziemy w niedoczasie. Zresztą nasz kraj wcale nie jest przesadnym entuzjastą tej inicjatywy, wszak przy okazji w tle europejskiej walki z palaczami oberwało się także papierosom mentolowym (zakazanym od 2020), w których produkcji nasz rynek ma sporo do powiedzenia.

E-papierosy oberwały jako część dealu z koncernami?

Szczerze? Zabawię się tutaj trochę w Maxa Kolonko, ale obserwując jak bardzo Unia Europejska boi się operatorów telekomunikacyjnych rozciągając proces znoszenia roamingu na niemal 10 lat, jestem przekonany, że w tym wypadku o utrudnieniach dla e-papierosów zadecydowali przede wszystkim lobbyści konserwatywnych koncernów tytoniowych. E-papierosy i nowe ograniczenia dla nich to taki przysłowiowy ochłap, który Wspólnota rzuciła gigantom na pocieszenie.

Nie znalazłem żadnych dużych badań, które w sposób jednoznaczny wskazywałyby na znaczącą szkodliwość używania e-papierosów, a nawet gdyby takie były, to zawsze zaprzeczają im dwa kolejne. Naukowcy się sprzeczają, jedne i drugie koncerny na pewno na swój sposób na nich oddziałują, ale czy to dostateczny powód, by wprowadzać tak surowe regulacje?

Prywatnie pewnie nawet i cieszyłbym się z zakazu korzystania z e-papierosów w miejscach publicznych. Przyjemność rozmowy z Piotrkiem Grabcem bez przerwy korzystającym z e-papierosa jest mniej więcej taka sama, jak z kolegą jedzącym kebaba – nigdy nie wiem czy mnie słucha, czy też buszuje aktualnie myślami po świecie baraniny z ostrym sosem na cienkim.

Ale z drugiej strony nie chciałbym być psem ogrodnika, który w imię własnych fanaberii, zupełnie jak postawy krytykowane przeze mnie w drugim akapicie powyższego artykułu, chciałby dyktować pozostałym jak mają żyć. Rozmawianie z innymi trzymając cały czas czarną rurę w buzi i wypuszczanie ledwo wyczuwalnego, niezbyt intensywnego zapachu (który jest ponoć dla mnie zupełnie nieszkodliwy), nie bardziej przykrego niż aromat kolegi spotkanego na ulicy po godzinie siłowni, w mojej ocenie – w 2016 roku – nie jest wciąż aż tak wapującym problemem (wybaczcie, ale fani e-papierosów są na punkcie słowa “palenie” narwani i obiecałem sobie, że nie użyję go ani razu w tym tekście) by regulować je ustawowo.

W świetle obecnie znanych mi przesłanek używanie e-papierosa powinno, tak jak bawienie się smartfonem w teatrze, wciąż pozostać w sferze kultury osobistej.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji