Patrzę na FindFace i widzę, że po prywatności w Sieci nie pozostał kamień na kamieniu

Artykuł/Technologie 21.05.2016
Patrzę na FindFace i widzę, że po prywatności w Sieci nie pozostał kamień na kamieniu

Patrzę na FindFace i widzę, że po prywatności w Sieci nie pozostał kamień na kamieniu

Spotykasz przypadkową dziewczynę. Jest ładna, podoba ci się. Jesteś trochę nieśmiały, więc wstydzisz się zagadać. Zamiast tego robisz jej zdjęcie i… po chwili wiesz o niej wszystko. Odezwiesz się do niej na fejsie, bo jesteś znacznie odważniejszy zza klawiatury. Dobry pomysł? To teraz wyobraź sobie, że obca osoba robi zdjęcie twojemu dziecku.

W ostatnich latach dużą popularność zdobyły grupy internetowe typu „spotted”. Nieśmiali romantycy mogą tam powzdychać do nieznajomych osób, które spotkały przypadkiem w autobusie, klubie, czy na uczelni. Ci bardziej otwarci mogą spróbować znaleźć kontakt do takiej osoby.

FindFace, czyli Spotted 2.0

Wydawać by się mogło, że grupy „spotted” są przykładem na to, jak daleko zabrnęliśmy z technologią. Statystycznie wystarczy kilka „podań ręki”, by poprzez siatkę swoich znajomych dotrzeć do dowolnej osoby na świecie. Każda osoba może być na wyciągnięcie ręki.

FindFace sprawi, że tej ręki nie będzie trzeba daleko wyciągać. To powstała w lutym aplikacja, która obecnie jest hitem w Rosji. Jeśli się nad nią zastanowić, nie jest ona niczym odkrywczym. Aplikacja łączy algorytmy rozpoznawania twarzy z wyszukiwarką działającą na podstawie obrazów. Obie te technologie są z nami już od jakiegoś czasu, ale ich połączenie jest bardzo niepokojące.

Aplikacja FindFace pozwala na zrobienie zdjęcia przypadkowej osobie, a następnie przeczesanie Internetu w poszukiwaniu wszystkich profili społecznościowej tej osoby. Dzięki temu można znaleźć cały ogrom zdjęć konkretnych ludzi. Ludzi, których nawet się nie zna.

FindFace stworzyli 26-letni Artem Kuczarienko i 29-letni Aleksander Kabakow. Początkowo miała to być aplikacja randkowa działająca w oparciu o serwis VKontakte, czyli rosyjski odpowiednik Facebooka. Algorytmy dwóch informatyków okazały się być tak dobre, że aplikacja szybko rozrosła się na inne serwisy. Obecnie skuteczność wyszukiwania twarzy wynosi 70%, przy założeniu, że robimy komuś zdjęcie en face.

To oznacza, że w 7 na 10 przypadków możemy dostać się do bazy zdjęć przypadkowo spotkanych osób. Możemy zrobić komuś zdjęcie zimą, i po chwili oglądać zdjęcia tej osoby np. z plaży, w stroju bikini.

I wszystko odbywa się w pełni legalnie!

Choć zasada działania aplikacji brzmi przerażająco, to tak naprawdę przerażać powinno to, co udostępniamy w Internecie. Aplikacja nie hakuje przecież kont i nie włamuje się na prywatne dyski. FindFace po prostu korzysta z otwartej bazy zdjęć dostępnej publicznie. A jako że większa część młodzieży jest na bakier z pojęciem prywatności w sieci, „wolnych” fotografii są całe tony.

Jestem przekonany, że podobne technologie były dotychczas wykorzystywane przez służby bezpieczeństwa, np. na lotniskach, czy w monitoringu miejskim. Być może są służby, które mogły w ten sposób namierzyć każdego. Teraz sytuacja zaszła dużo dalej, bowiem dostęp do tej technologii uzyskał każdy człowiek, który ma smartfona.

Przerażające, naprawdę przerażające, w jakich czasach żyjemy. A przy tym – jakże fascynujące.

Nie oszukujmy się, aplikacji pokroju FindFace będzie coraz więcej. Ich rozwoju nie zatrzymamy. Zamiast tego możemy jednak rozsądniej podchodzić do materiałów, które udostępniamy publicznie w sieci. To jedyny sposób na zachowanie resztek prywatności w tym nowym, cyfrowym świecie.

Dołącz do dyskusji