Spotkałam ostatnio człowieka, który miał obsesję na punkcie swojego Facebooka

Facebook/Social media 24.05.2016
Spotkałam ostatnio człowieka, który miał obsesję na punkcie swojego Facebooka

Spotkałam ostatnio człowieka, który miał obsesję na punkcie swojego Facebooka

Gdy jakiś jego post nie dostał lajka w kilka minut, skasował go. Widocznie post był nic niewarty.

Trochę go rozumiem. Facebook wykreował go jako całkiem rozpoznawalną w pewnych kręgach postać. Jednak zdradzę wam tajemnicę – szanse, że kogoś interesuje, co piszecie, jeśli nie jesteście kimś istotnym, są niemal zerowe. A nawet jeśli, to i tak zapomina o tym po kilku minutach.

Nikt nie widzi, nikogo to nie obchodzi

Facebook co chwilę zmienia algorytmy wyświetlające posty, więc tak naprawdę nie da się raz na zawsze określić, jaka część znajomych widzi to, co piszemy. Jeśli jednak niewiele zmieniło się od 2013 roku, to to co wrzucamy, dociera w miesiącu do nieco ponad 60 proc. znajomych. Posty bez lajków i komentarzy widzi natomiast niecałe 30 proc. znajomych, a te z aktywnościami średnio 35 proc.

Istnieje niewielka grupa wyjątkowo aktywnych ludzi, którzy wrzucają treści na Facebooka, zbierają komentarze, lajki i udostępnienia i na tym opierają swoją facebookową markę. Reszta – jakieś 98,7 proc. (ok, to ślepy strzał, ale rozumiecie o co chodzi) – to zwykli, przeciętni, nudni użytkownicy, jak my. Gdybyśmy umarli dziś, to Facebook zapłakałby standardowym płaczem gwiazdek i wspominek, po czym wszyscy wróciliby do feedu ze zdjęciami z wakacji i szerami śmiesznych obrazków i memów.

Era brandingu

Jest w nas coś, co każe – nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy – budować lepszą, fajniejszą wersję siebie w mediach społecznościowych. Świadomie i często nieświadomie filtrujemy to, co wrzucamy w internet, bo chcemy dorównać znajomym (którzy też zresztą kreują nieistniejącą rzeczywistość) lub sami chcemy uwierzyć, że nasze życie jest ciekawsze według facebookowego czy instagramowego standardu. Cenzurujemy samych siebie w nadziei na to, że ściema kiedyś się ziści. Każdy robi sobie domowy, nieumiejętny i niepotrzebny branding.

Zaczęliśmy żyć w świecie, który chociaż tak naprawdę nie istnieje, to codziennie staje się coraz bardziej i bardziej rzeczywisty, bo sami go takim robimy. Wyciągamy nieistniejące przefiltrowane momenty i przenosimy je do reala.

Ja i moja opinia są ważne

Lata pieprzenia o tym, że zdanie blogerów jest ważne, że powstaje coś takiego jak dziennikarstwo obywatelskie, że to zwykli ludzie dostali realną władzę nad markami i mogą wywierać na nie presję, przyniosły skutki. Uwierzyliśmy, że nasze opinie i przeżycia mają znaczenie.

Tymczasem w głębi wszyscy wiemy, że tak nie jest. Nieważne jak mocno będziemy wmawiać sobie nieprawdę, ta i tak pozostanie nieprawdą. Nie mamy znaczenia. Oprócz tego, że zachowujemy się zwykle zgodnie z prawami instynktów stadnych i prezentujemy nieprzemyślane opinie lub po prostu frustracje dnia codziennego, to giną one w tłumie takich samych egomaniaków jak my lub trafiają do tych, którzy i tak są już przekonani. Echochamber – tak nazywa się to zjawisko po angielsku.

Róbta co chceta

Sama przejmowałam się tym wszystkim, kreowałam swój wizerunek i dałam się przekonać, że zostanę kiedyś takim Winkelriedem internetu. Codziennie było mi źle, gdy nie dostawałam wystarczającej liczby lajków i retweetów, obsesyjnie sprawdzałam swoje konta społecznościowe i porównywałam liczbę obserwujących. Doszłam do ściany frustracji.

Potem coś się zmieniło. Przestało mi zależeć. Nie do końca wiem dlaczego. Może miałam już po prostu dosyć sztuczności, w pułapkę której sama wpadłam. Powtarzałam sobie codziennie, że nie jestem marką, że jestem człowiekiem, a człowiek nie powinien myśleć o sobie w kontekście brandingu w social media. Człowiek nie powinien czytać postów samozwańczych ekspertów publikowanych na dziwnych, dizajnerskich blogach dedykowanych dla firm i brać ich do siebie.

To stare, ograne i tandetne powiedzenie, ale człowiek powinien być sobą. Nawet jeśli oznacza to zero widoczności i brak lajków w mediach społecznościowych. Nawet, jeśli okaże się, że nie jesteśmy lubiani tak, jak byśmy chcieli. Bo wyciąganie wniosków z reakcji otoczenia a dostosowywanie się do niego żeby być lubianym to dwie różne sprawy.

Dołącz do dyskusji