Wpuściłem do domu Marka Zuckerberga. Pozwoliłem mu rozsiąść się na mojej kanapie

Felieton 14.04.2016
Wpuściłem do domu Marka Zuckerberga. Pozwoliłem mu rozsiąść się na mojej kanapie

Wpuściłem do domu Marka Zuckerberga. Pozwoliłem mu rozsiąść się na mojej kanapie

Ile wie o tobie Facebook? Co można powiedzieć po obejrzeniu twojego konta na Instagramie?

Gdy patrzę na swoje profile widzę, że jest to sporo informacji. W sieciach społecznościowych się meldujemy, udostępniamy interesujące linki, wrzucamy zdjęcia swoje i rodziny, bierzemy udział w wydarzeniach, komentujemy, wyrażamy gniew lub zadowolenie. Przede wszystkim zaś chwalimy się i lansujemy. „Po to jest Facebook” – powie uważny czytelnik. Czy rzeczywiście?

12 kwietnia Mark Zuckerberg, niczym natchniony przywódca religijny, mówił o tym, jak zmienia świat, czyni go otwartym, łączy ludzi. Zaprezentował też kilka nowych rozwiązań, które pojawią się na Facebooku i w komunikatorze Messenger. Przede wszystkim snuł wizję ludzkości podłączonej do darmowego Internetu. Ten ostatni, co prawda chleba czy wody nie zastąpi, ale będzie przecież w domyśle źródłem wiedzy i narzędziem edukacji. Jezu, jaka to piękna wizja. Człowiek o wrażliwej psychice mógłby nawet uronić łzę.

Co znajduje się pod tymi wszystkimi sloganami? O tym świetnie napisała już Ewa Lalik w swoim tekście “Bajki Pana Zuckerberga”. Prawda jest brutalna. Na ostatniej konferencji nie pojawił się zbawiciel, guru, mąż opatrznościowy, mędrzec, lekarz dusz i ciał, święty wskazujący drogę innym. Na scenie konferencji F8 wystąpił wyrachowany biznesmen, twórca potężnej maszyny do zarabiania pieniędzy, wizjoner przyszłości udziałowców, słowem człowiek, który wie, jak zarabiać pieniądze. I oczywiście nie ma w tym nic zaskakującego, bo celem każdej spółki jest generowanie zysków. Trudno jednak nie dostrzec fałszu w człowieku, który stroi się w piórka zatroskanego proroka, chcącego naprawiać świat.

“Ale to takie wygodne” – powie wielu użytkowników nie tylko Facebooka, ale też Google i innych serwisów i usług w sieci. W rzeczy samej. Również mam z tym problem. Ba, wygoda czy raczej lenistwo determinuje fakt, że korzystam z wielu tych rozwiązań, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że to kiedyś źle się skończy. Jeżeli nie dla mnie jednostkowo, to dla społeczeństwa.

Co bowiem robię, przechowując hasła do wielu witryn w przeglądarce, geotagując zdjęcia na Instagramie, korzystając z porównywarek cen, wirtualnych programów lojalnościowych, dając bankowi możliwość kategoryzowania moich zakupów? Karmię bestię. Przekazuję tysiące informacji na swój temat. Dostarczam swoją mikroskopijną cegiełkę do szklanego pałacu w futurystycznym mieście Big Data, w którym te wszystkie dane zamieniane są w algorytmy i narzędzia do sprzedawania mi jeszcze większej ilości niepotrzebnych rzeczy, tworzenia profili, symulacji. Niestety, nie tylko zakupowych.

Gdy uświadamiam sobie, co robią Facebook czy Google, ile te amerykańskie firmy wiedzą o mnie, jest mi niedobrze.

A przecież nikt mnie nie zmuszał, nikt nie kazał. Nawet nikt specjalnie nie nagabywał. Wybrałem sam. Bo przecież “to takie wygodne”. Czegoś nie wiem, zaraz się dowiem. Wystarczy, że wpiszę frazę w Google. Wszystko jedno na komputerze, tablecie czy smartfonie. Chcę gdzieś dojechać, znaczę trasę w Mapach Google. Mało tego, pozwoliłem, by firma z Kalifornii rejestrowała historię mojej lokalizacji. Po wejściu na konto mogę zobaczyć, gdzie byłem w takim czy innym dniu, miesiącu, roku. Wchodząc tam widzę slogan “Wszystko pod kontrolą”. Ktoś racjonalizuje za mnie rezygnację z prywatności. Uspokaja, że to przecież normalne. Na tym nie koniec. Gdzieś na serwerach w Mountain View, a pewniej w Indiach czy Bóg wie gdzie, znajduje się kilka, może kilkanaście niewinnych bajtów czy kilobajtów informacji o słowach, których używam na co dzień. Jak to możliwe? Przecież korzystam na smartfonie z klawiatury Google, a ma ona sens wówczas, gdy na bieżąco powstaje mój prywatny słownik. Dzięki niemu otrzymuję podczas pisania podpowiedzi. Przecież to takie niewinne. I oczywiście takie wygodne. To tylko kilka przykładów. Mógłbym je mnożyć.

Czytając, co sam napisałem wyżej czuję się, jakbym sprzedał, a w zasadzie oddał za bezcen własną duszę. Nie, nie jestem paranoikiem. Nie twierdzę, że mnie śledzą (choć w istocie, to ma miejsce w sieci), chodzą za mną, próbują zabić lub skrzywdzić. Nie mam w zanadrzu teorii spiskowych. Te przynajmniej mogłyby być poetyckie, nadawać ukryty sens tej machinie biznesowej. Uświadamiam sobie, że do własnego domu wpuściłem Marka, Larry’ego, Jeffa i innych biznesmenów i pozwaliłem im wygodnie rozsiąść się na kanapie. Dobrowolnie i z uśmiechem dałem im klucze do części mojego życia. Najgorsze zaś w tym wszystkim jest to, że nie bardzo chcę (potrafię?) ich wygonić. Bo przecież to takie wygodne.

Dołącz do dyskusji