Czy warto kupić najtańszego Maca Mini?

Artykuł/Sprzęt 06.04.2016
Czy warto kupić najtańszego Maca Mini?

Czy warto kupić najtańszego Maca Mini?

Wydajność ultramobilnego laptopa, brak możliwości poważniejszej rozbudowy, cena jak za komputer, który mógłby się już nawet nadawać do sporadycznego grania. Teoretycznie nic nie przemawia za zakupem najtańszego Maca Mini. Mimo to model ten wciąż budzi spore emocje, a ja regularnie otrzymuję pytania, czy warto zdecydować się właśnie na niego. 

Powód jest prosty – to absolutnie najtańszy sposób, żeby spróbować tego, jak smakuje komputerowy system od Apple.

Najtańszy MacBook Air to wydatek rzędu 4300 zł za wersję 11 cali lub 4800 zł wersję 13 cali. 13-calowy MacBook Pro bez ekranu Retina – 5300 zł. O iMacach lepiej nie wspominać – 5300 zł kosztuje wersja z ekranem o przekątnej 21,5 cala, z najsłabszym dostępnym procesorem.

W takim towarzystwie Mac Mini, którego cena zaczyna się w sklepie Apple od 2300 zł (poza tym sklepem można go kupić jeszcze odrobinę taniej), wydaje się być wręcz okazyjna. Jasne, trzeba do tego jeszcze doliczyć koszt zakupu monitora (lub dwóch), klawiatury i myszki, ale… pewnie każdy ma w domu któryś z tych dodatków, więc może nie trzeba doliczać całego kompletu.

Warto jednak przed decyzją o jego zakupie poważnie się zastanowić.

Dlaczego kupiłem najsłabszego Maca Mini?

Jakiś czas temu zdecydował się na wymianę mojego eksperymentalnego, zakupionego bardzo tanio i lekko już przestarzałego, Apple’owego parku maszynowego. Założyłem, że nie będę trzymał się nie tylko OS X, ale i iOS, więc kupowanie Maca, ze względu na jego cenę, nie było rozsądne.

Padło na (bardzo przyjemny swoją drogą) komputer z Windowsem. Wszystko było (o dziwo!) w porządku, do momentu, kiedy uznałem, że jednak nie zamierzam rozstawać się z iPhone’em ani iPadem. A skoro tak, to jednak Mac był po prostu obowiązkowy.

Dodając do tego fakt, że cebula jest we mnie mocna, po krótkich poszukiwaniach udałem się do sklepu po najtańszego Maca Mini. Z nisko taktowaną i5-tką, 4 GB RAM i dyskiem talerzowym o prędkości zdechłego żółwia.

Dlaczego? Założyłem i/lub sprawdziłem wcześniej kilka rzeczy:

  • Niezbyt potężny procesor całkowicie mi wystarcza – nie robię na komputerze nic, co mogłoby wymagać naprawdę wyjątkowego zapasu mocy obliczeniowej. Tutaj nie miałem wątpliwości
  • 4 GB RAM są wystarczające – tutaj zaryzykowałem bardzo mocno, ale momentami miałem też 4 GB w poprzednim Macu Mini i MacBooku Pro. I było ok.
  • Dysk twardy i tak idzie do wymiany – w końcu w poprzednim Macu Mini też wymieniłem go bez problemu na SSD, więc po co przepłacać.

I tak Mac Mini pojawił się na moim biurku, podłączony do dwóch monitorów.

Pierwszy lęk – RAM

To chyba główny czynnik, który powoduje, że ludzie, którzy wiedzą, że kupiłem Mini, regularnie zadają mi pytanie, czy warto. Dopłata do 8 GB jest spora, a samodzielnie dołożenie chociażby jednej kości – w przeciwieństwie do poprzednich generacji tego sprzętu – nie jest możliwe. Tyle RAM-u, ile wybierzemy na stronie Apple’a, będzie nam towarzyszyć do końca użytkowania sprzętu.

Najprostsza odpowiedź to oczywiście „to zależy”. Osoby intensywniej korzystające z możliwości komputera z pewnością na 4 GB nie powinny nawet patrzeć. Nie jest jednak tak źle, jak mogłoby się wydawać.

W tym momencie mam otwartych 5 kart w Safari w dwóch osobnych oknach, Slacka, Twittera, aplikację pocztową, Pages, Reedera, Wiadomości, Kalendarz, Przypomnienia i kilka jeszcze drobniejszych aplikacji. Czyli mniej więcej mój standardowy zestaw aplikacji, które działają przez cały czas, kiedy siedzę przy komputerze – więcej przeważnie nie potrzebuję.

Monitor aktywności pokazuje, że taki pakiet wymaga około 3,3 GB RAM. Zostaje mi więc zapas – niewielki, ale całkiem rozsądny, żeby porobić coś jeszcze, równie umiarkowanie obciążającego komputer. Przy czym przeważnie sprowadza się to do absolutnie podstawowej obróbki kilku czy kilkudziesięciu grafik.

Nie ma więc większych problemów, ale nie będę ukrywał, że czasem zdarza mi się nabić RAM „pod koreczek” i czasem zużycie oscyluje w okolicach 3,7 GB, czyli zapas ten robi się bardzo, bardzo niewielki.

I choć może niektórzy (ja nie) obrażą się w tym miejscu, to takie użytkowanie można spokojnie wrzucić do jednej szufladki z „przeglądaniem kotów i Facebooka”. Jeśli nasze potrzeby właśnie takie są, 4 GB RAM spokojnie wystarczy nam na długo.

Trzeba jednak pamiętać o dwóch sprawach. „Długo” niekoniecznie musi oznaczać, że na zawsze. Dziś jeszcze nie montujemy filmów, ale może się okazać, że za 2 lata będziemy zmuszeni to robić. Albo aplikacja, która będzie nam potrzebna do pracy, będzie potrzebowała tego RAM-u więcej. Jako przyszłościoodporny komputer, Mac Mini z 4 GB raczej się nie sprawdzi. Chyba że osiągnęliście „cyfrową stabilizację”.

Po drugie, Maca z 4 GB RAM może być trudno sprzedać. Właśnie dlatego, że wszyscy się tych 4 GB RAM mocno obawiają. Czy więc warto dopłacić około 450 zł (czyli mniej więcej 20% wartości bazowego komputera)? Tu już niech każdy odpowie sobie sam.

Drugi lęk – wydajność

Tutaj właściwie nie miałem żadnych obaw. Wprawdzie procesor i5 z rdzeniami taktowanymi z prędkością 1,4 GHz nie sugeruje niezapomnianych osiągów, ale… przy moim użytkowaniu Monitor aktywności i tak przez większość czasu większość swojej mocy gromadzi w zakładce „Nieaktywny”.

Gdybym zdecydował się na dopłatę do mocniejszego procesora, prawdopodobnie obserwowanie tego, jak ten po prostu się nudzi, byłoby nie do wytrzymania.

A co do ogólnej wydajności i płynności, to czas przejść do kluczowego elementu tego komputera i przy okazji jego prawdziwego „wąskiego gardła”.

Trzeci lęk, a właściwie koszmar

Utarło się u niektórych przekonanie, że u Apple płaci się za znaczek. Że marże na jego produktach są nieproporcjonalnie wysokie i firma sprzedaje nam stare, i niewydajne sprzęty w kosmicznych cenach, wmawiając, że nie liczą się cyferki, a amazing. Zaprzeczę w niemal każdym punkcie, postaram się zbić prawie każdy argument. Z wyjątkiem tego.

Dysk, który Apple zdecydowało się umieścić w najtańszej, choć w rynkowych realiach wcale nie takiej taniej, wersji Maca Mini, to nic innego niż dramat. Nie mam pojęcia, gdzie jeszcze w 2016 roku umieszcza się HDD 5400 RPM, ale prawdopodobnie gdyby zmieścić w Macu chomika na kołowrotku, uzyskano by lepszą wydajność.

Pomińmy już kwestie charakterystyczne dla samego HDD, w tym np. chrupanie, wyraźnie słyszalne przy niemal absolutnie bezgłośnej reszcie „Miniacza”. Po prostu doskonale czuć, że tam, gdzie pojawiają się jakiekolwiek opóźnienia – a te lubią się raz na jakiś czas pojawić, czasem nawet w pozornie niezbyt wymagających sytuacjach – to powoduje je HDD. Słychać jak chrupie i jak męczy się z powierzonym mu zadaniem.

Już samo uruchamianie systemu jest naprawdę długie. Operacje na plikach (nawet te proste) również potrafią go zmusić do ogromnego wysiłku. Strasznie kontrastuje to z ogólną płynnością systemu w miejscach, gdzie nie opiera się głównie na prędkości HDD.

O ile więc zakup 4 GB RAM do normalnej pracy biurowej mogę (choć nie bez zastrzeżeń) polecić, tak samo jak najsłabszą wersję i5 (do tych samych zastosowań), o tyle HDD odradzam i to bez zastanowienia. Bo jest po prostu smutne i bardzo negatywnie wpływa na odbiór tego komputera.

Mamy więc dwie opcje:

Możemy dopłacić do dysku HDD przy składaniu zamówienia. Tyle tylko, że przy najtańszym Macu mini jedyną opcją jest… Fusion Drive 1 TB, czyli dodatek o wartości 1200 zł – ponad połowa wartości bazowego komputera. SSD od pojemności 256 GB można dokupić tylko do wersji i5 2,6 GHz i również kosztuje to prawie 1000 zł.

Drugą, dużo tańszą i oferującą więcej kombinacji jest zakupienie dysku SSD samodzielnie wmontowanie go do Mini zamiast koszmarnego HDD.

Tak, w przeciwieństwie do RAM-u, dysk w Macu Mini jest wymienny.

Proces jest wprawdzie dość skomplikowany i może wymagać dodatkowych narzędzi (nie są przesadnie drogie), ale jak najbardziej jest możliwy. I dopiero po nim najtańszy Mac Mini naprawdę zyskuje skrzydła.

Choć może te „skrzydła” są określeniem trochę na wyrost – po wymianie HDD na SSD uzyskujemy bowiem specyfikacje właściwie tożsamą z… najtańszym MacBookiem Air. Czyli do codziennego, niezbyt wymagającego użytkowania – idealnie.

Najtańszy Mac Mini – czy warto?

Korzystam z najtańszego Maca Mini w absolutnie bazowej konfiguracji (z lenistwa nie wymieniłem jeszcze HDD na SSD) od kilku ładnych miesięcy. Działa bez przerwy przeważnie po 10 lub więcej godzin dziennie, podpięty do dwóch monitorów, z otwartą sporą grupą aplikacji. Mogłoby się wydawać, że to dla takiego malucha zbyt dużo, ale wcale tak nie jest.

Od dnia zakupu ani razu jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym żałował braku dodatkowych 4 GB. Ani razu nie naszła mnie myśl, że można było jednak zamówić wersję z wydajniejszym procesorem. Do tych elementów nie mam żadnych zastrzeżeń.

Wiem, że niektórzy oburzą się na myśl, że takie wykorzystanie można nazwać „pracą”, ale taką właśnie rolę pełni przeważnie komputer domowy. Przeglądarka, zdjęcia, muzyka, filmy, etc. Poważniejszych, a może po prostu bardziej wymagających obliczeniowo prac, nikt nie będzie najtańszemu Makowi Mini zlecał.

Jedyne, co faktycznie boli, to dysk HDD. Ale to już kilkaset złotych dopłaty na zakup odpowiedniego dysku i trochę czasu na samą operację, oczywiście opierając się na instrukcjach z Internetu. Nic koszmarnie trudnego.

Czy polecę takiego Maca Mini każdemu (zakładając, że czym prędzej pozbędzie się HDD)? Jeśli ktoś szuka najtańszego sposobu na spróbowanie OS X, jego praca (o ile ma być to komputer do pracy) nie obejmuje „ciężkich” programów, a do tego od grania ma konsolę, to tak, nie jest to zły wybór.

A 4 GB, jakkolwiek strasznie by nie brzmiały, niekoniecznie trzeba się aż tak okrutnie bać. Trzeba je po prostu dobrze… przemyśleć.

Dołącz do dyskusji

Advertisement