Facebook ma podobno problem. Nie dziwne, bo stracił ważne połączenie z użytkownikami

Felieton/Social media 09.04.2016
Facebook ma podobno problem. Nie dziwne, bo stracił ważne połączenie z użytkownikami

Facebook ma podobno problem. Nie dziwne, bo stracił ważne połączenie z użytkownikami

Facebook ma podobno problem. Ludzie – tacy zwykli, z krwi i kości – udostępniają coraz mniej treści. W 2015 roku użytkownicy udostępnili o 21 proc. mniej osobiście tworzonych treści, całościowo dzieląc się o 5,5 proc. rzadziej. Facebook podobno wpadł w panikę i powołał zespół zaradzenia kryzysowi, w tym samym czasie tworząc też Facebook Live i sprawiając, że 800 tys. osób ogląda na żywo eksplodującego arbuza.

Facebook ma problem z określeniem tożsamości. Lata temu Zuckerberg obiecywał, że będziemy dzielić się wszystkim w czasie rzeczywistym – tym, jakich utworów słuchamy, jakie artykuły i książki czytamy, co oglądamy i gdzie jesteśmy. To oczywiście nie wyszło, bo w sieci robimy zbyt dużo wstydliwych rzeczy i tak naprawdę nie lubimy sporej części naszych facebookowych znajomych.

Facebook chciał stać się miejscem dla firm – promował tworzenie fanpejdży, zachęcał marki do dołączania, obiecywał złote góry. Gdy odniósł w tym sukces i gdy nawet warsztaty samochodowe i pralnie z Koziej Wólki stworzyły sobie profile, by promować biznes, okazało się, że profili jest tak dużo, iż przebić się do ludzi bez wydawania pieniędzy niemal się nie da.

W międzyczasie Facebook ogłaszał większe zmiany w algorytmie dobierającym to, co widzimy: a to promowane będą zdjęcia, a to jakościowe posty, a to dziennikarstwo, a to coś innego.

Facebook próbował i wciąż próbuje stać się magazynem z treściami. Sam stworzył profile wybierające ciekawe posty z serwisu, zaczął zachęcać serwisy do przenoszenia treści bezpośrednio na Facebooka. Gdzieś pomiędzy tym wprowadził obsługę hashtagów chcąc konkurować z nieporównywalnie lepszym w ogarnianiu wydarzeń na żywo Twitterem. Chcąc konkurować z YouTube’em unowocześnił swój odtwarzacz, zaczął promować te treści.

Tych pomysłów na siebie Facebook miał mnóstwo.

Większość z nich przyjmowała się, ale nie tak, jakby chciał Zuckerberg – nie masowo, nie w pełni, a tylko częściowo. Facebook nie zrewolucjonizował nic, raczej płynął z prądem zmian, których kierunek wyznaczali inni. Czasem, jeśli nie umiał poradzić sobie z konkurowaniem, kupował konkurencję.

Kilka dni temu Facebook zapowiedział wprowadzenie streamowania wideo na żywo dla wszystkich użytkowników. Wideo to wielka rzecz dla portalu, bo pozwala mu walczyć z coraz potężniejszymi aplikacjami i serwisami, przywiązuje i angażuje użytkowników, i jest odpowiedzią na rosnącą w niesamowitym tempie konsumpcję treści audiowizualnych w sieci.

Tymczasem raporty donoszą, że Facebook martwi się niechęcią użytkowników do publikowania własnych treści. Dziwi się, że kombajn jakim się stał nie zachęca do wrzucania fotek z wakacji czy tekstów o tym, co słychać.

Ludzie przenoszą się w miejsca, w których można publikować szybciej, gdzie nie wszystko jest permanentne i będzie wracać przez lata. Gdzie komunikację prowadzi się tylko z wybraną grupą osób i w których prywatne rzeczy nie będą wyświetlane obok wideo BuzzFeeda z wybuchającym Arbuzem, pomiędzy clickbaitem z jakiegoś fanpejdża a informacją o tym, że znajomy, którego nie widziało się 3 lata, dołączył do jakiegoś głupiego wydarzenia. Jest takie powiedzenie, że jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Jest w nim wiele prawdy.

Facebook stał się wielką platformą, jednak przy okazji zaczął swoją wielkością odstraszać nas, małych szaraczków. Stracił też emocjonalne połączenie z użytkownikami. A bez zaangażowania użytkowników staje się tylko dostarczycielem treści do biernych osób, które klikają lajki, serduszka i emoji. I oglądają wybuchające arbuzy.

Bierny użytkownik też przyniesie przychód, jednak będzie miał mniejsze opory, by porzucić platformę.

Dołącz do dyskusji