Kanye West ma rację – wydawanie albumów muzycznych jest dziś kompletnie bez sensu

Artykuł/Technologie 08.03.2016
Kanye West ma rację – wydawanie albumów muzycznych jest dziś kompletnie bez sensu

Kanye West ma rację – wydawanie albumów muzycznych jest dziś kompletnie bez sensu

Nie przepadam za tym artystą, ale nie mogę mu odmówić tego, że rozumie o co chodzi. Kanye West – bo o nim mowa – mówi jak jest: wydawanie albumów muzycznych i to na płytach CD w drugiej połowie drugiej dekady XXI w. jest bez sensu.

Może i z niego niepoprawny bufon. Może i megaloman, lekkoduch, na dodatek blisko bankructwa, ale po raz kolejny przekonuję się, że jako jeden z nielicznych tuzów branży muzycznej naprawdę rozumie zmiany technologiczne i społeczne, które zmieniają to, w jaki sposób konsumuje się muzykę.

Pomyślmy tylko.

Gdy rodziła się rynkowa branża muzyki rozrywkowej, gdzieś pewnie na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie było Internetu, nie było komputerów. Piosenki nagrywało się na taśmach magnetycznych, na jedno-, dwuśladowych sprzętach zapisujących dźwięk. Dystrybucja muzyki polegała na fizycznych nośnikach dostarczanych do sklepów muzycznych w dniu zapowiedzianej wcześniej premiery.

Stąd wykształciły się naturalne rodzaje wydawnictw: singiel jako jedna piosenka, album jako zbiór piosenek oraz – już nieco później – tzw. epka, czyli mniejszy zbiór piosenek najczęściej w oparciu o główny singiel. Zmieniały się nośniki fizyczne: płyty winylowe, kasety magnetofonowe, płyty CD, ale nie zmieniał się charakter ich wydawania.

Wszystkie te wydawnictwa miały bowiem charakter cykliczny – zespoły na dorobku nagrywały albumy raz na półtora roku, względnie raz na dwa lata, które były poprzedzane jednym, dwoma lub trzema singlami zapowiadającymi duże wydawnictwo.

Wokół tego ustawiony był cały cykl promocyjny: wydanie singla, wizyty w telewizjach i radiach, wywiady w prasie promujące go i zapowiadające nowy album; potem wydanie głównego albumu i roczna trasa koncertowa promująca płytę.

W połowie lat 90. przyszedł Internet i zmienił wszystko.

To, co zapoczątkował Napster, dziś wieńczy era streamingu muzyki – legalnego, abonamentowego dostępu do całego (w zamyśle) katalogu muzycznego w dorobku ludzkości. Internet stał się nie tylko obowiązującym nośnikiem muzyki, ale także głównym miejscem jej dystrybucji.

Dlatego klasyczny podział na single, epki, albumy jest dziś nonsensem. To relikt przeszłości rynku muzycznego, który wręcz spowalnia rozwój branży i hamuje jej innowacyjność.

I Kanye jako jeden z nielicznych doskonale to rozumie

Spójrzcie na to, co koleś w ostatnich tygodniach robi wokół wydania swojego najnowszego albumu. Zaraz, albumu? No właśnie!

Najpierw była medialna saga z nazewnictwem nowego dzieła Kanye Westa. „So Help Me God”, „Swish”, „Waves” – to wszystko miały być nazwy nowej płyty Westa, co ten skrzętnie zdradzał na Twitterze. Przy okazji organizował głosowania, zmieniał zdanie, obrażał zwycięzców, itd. W końcu postawił na „T.L.O.P.”, czym oczywiście wzniecił kolejną falę dyskusji, która miała rozszyfrować o co artyście chodzi w tym skrócie. Ten w końcu wyjawił, że pełna nazwa płyty to: „The Life of Pablo”, czym znowu rozpalił Twittera, który zastanawiał się o jakiego Pablo chodziło.

Okładka nowego albumu (?) Kanye Westa
Okładka nowego albumu (?) Kanye Westa

Czysty zabieg promocyjny? Nie do końca. West zdekonstruował cały proces twórczy wokół muzyki w oparciu o narzędzia, które dostępne są dla współczesnego muzyka. I jak się można domyśleć, nie chodzi tylko o zabawę z tytułem nowego wydawnictwa. West zorganizował premierę albumu w słynnej nowojorskiej hali Madison Square Garden i połączył to z… pokazem mody. Nowe kawałki służyły jako podkład do prezentacji nowej kolekcji ubrań, oczywiście autorstwa samego Kanye.

Ale to jeszcze nie koniec! Po premierze na pokazie mody West wrzucił nowe utwory do serwisu streamingu Tidal, ale… dzień później je stamtąd usunął. Oficjalnie, by poprawić miks jednego z kawałków, ale tak naprawdę po to, by dalej dekonstruować to, co nazywamy nowym albumem muzycznym. Nowa płyta wróciła do Tidala, ale wzbogacona o dodatkowych kilka kawałków. Kanye co kilka dni je zmienia, coś tam dodaje, coś tam usuwa, coś miksuje i sampluje. O wydaniu tego na płycie CD nie ma w ogóle mowy.

Cały proces ma charakter ciągły – nie ma momentu, w którym West powiedziałby: oto jest nowa płyta, kończę ten projekt, kupcie CD. „The Life of Pablo” cały czas ewoluuje, zmienia się, a z każdą kolejną aktualizacją pojawiają się niezliczone wzmianki medialne, które oczywiście promują dzieło.

Można to nazywać niedojrzałością Westa, można się śmiać z jego niedoskonałości artystycznych, a mnie się wydaje, że mąż Kim Kardashian tworzy zupełnie nową odsłonę rynku muzycznego, który nie jest oparty na cyklicznym wydawaniu płyt, lecz na ciągłym procesie twórczym i promocyjnym.

Podczas IEM 2016 miałem okazję rozmawiać z jednym z wiceprezesów Intela nt. internetu rzeczy. Rozmawialiśmy akurat o rynku motoryzacyjnym, który również przechodzi gigantyczne zmiany w ostatnich latach. W głowie utkwiła mi jedna kwestia, które wypowiedział mój rozmówca:

pomyślmy o fotelu pasażera obok kierowcy. Został on zaprojektowany w podobny sposób, co fotel kierowcy, mimo iż nie ma żadnych logicznych przesłanek, że tak musi być. Lata mijają, a żaden producent samochodów nie zdecydował się na przykład obrócić fotel pasażera do tyłu, czy w ogóle się go stamtąd pozbyć.

No właśnie. Podobnie jest z rynkiem muzycznym. Lata mijają, a klasyczny podział na cykliczność wydawnictw: singiel, płyta, wciąż obowiązuje.

I wtedy wchodzi on – Kanye West. Cały na czarno.

Dołącz do dyskusji

Advertisement