Gilfer – Tinder dla staruszków. Największe dzieło mojego życia zawodowego i porażka życia osobistego

Felieton/Technologie 04.01.2016
Gilfer – Tinder dla staruszków. Największe dzieło mojego życia zawodowego i porażka życia osobistego

Gilfer – Tinder dla staruszków. Największe dzieło mojego życia zawodowego i porażka życia osobistego

Od dawna marzyłem, aby stworzyć własną aplikację na telefony, która da mi sławę, pieniądze i wielką karierę. Tylu już było takich cwaniaków, którym to się udało. Czemu mi miałoby się nie udać. Zwłaszcza że wpadłem na świetny pomysł: przejąć rynek 60+, o którym dziwnym trafem wszyscy jakby zapomnieli. Nie wiedziałem czemu. Ale teraz już wiem.

Mój pomysł był prosty: przerobić jakąś popularną na całym świecie aplikację na inną grupę docelową i pić mleko prosto z kokosów na wyspach Republiki Kiribati, na cześć której co roku w Sylwestra moi sąsiedzi strzelają petardami już w południe. Wybrałem Tindera, bo – jak wiadomo – najlepiej sprzedaje się seks. Seks i przemoc.

Ale nie ma na razie żadnej aplikacji, która by pozwalała wyżywać się w internecie pełnym agresji frustratom. Z wyjątkiem mobilnego Facebooka oczywiście.

Zatrudniłem programistę, bo sam nie potrafiłem niestety pisać kodu takich rzeczy, jak aplikacje na telefon. Moja kariera hakera zatrzymała się na drugiej klasie liceum, kiedy kleiłem strony w Pajączku. I to też nie za dobrze mi wychodziło. Wszystko przez te cholerne boczne ramki. Kto wie, o co chodzi, ten wie, o co chodzi. W każdym razie mój programista złożył całość w dwa dni. Zapytałem, jak udało mu się zrobić to tak szybko. Odpowiedział, że po prostu skopiował kod Tindera i zmienił w nim możliwość ustawienia pasku wieku na ponad sto lat. Genialne, rzekłem uradowany. „Cztery tysiące złotych na fakturę”, uśmiechnął się programista. Zapłaciłem, a on wyszedł z mojego biura w przedpokoju mieszkania matki gwiżdżąc wesołą melodię.

Uruchomiłem aplikację i rozesłałem znajomym. Poprosiłem, aby pokazali ją swoim dziadkom. I tu pojawił się pierwszy problem. Większość mojej grupy docelowej kiepsko sobie radziła z obsługą smartfonów. Większość mojej grupy docelowej w ogóle nie miała smartfonów. Zadzwoniłem po programistę. Powiedział, że da się przerobić naszego Gilfera na telefony stacjonarne. Genialne, rzekłem uradowany. „Osiem tysięcy złotych na fakturę”, szepnął do słuchawki programista. Zgodziłem się i usłyszałem wesołe gwizdanie.

Po tygodniu moja aplikacja działała już na każdym telefonie. Na Nokii 3310, na MOTOROLI RAZR V3 (ulubiona mojego dziadka), na starym bakelitowym telefonie z obrotową tarczą z 1933 r. i na budce telefonicznej.

Staruszki z całej Polski zaczęły się umawiać na szybki seks w kolejce do laryngologa. Albo na lepienie pierogów na blacie w kuchni. Wszystko szło świetnie. Żeby jeszcze bardziej ulepszyć moją aplikację, postanowiłem sam się do niej zalogować i przetestować, jak wygląda flirtowanie na emeryturze. Stworzyłem profil 80-letniego testera gier zręcznościowych z dużego miasta, z własnym basenem, kaczką i kroplówką. Dziewczyny leciały na mnie jak szalone. Wszystkie oprócz jendnej.

Jednej takiej Miss Kostnicy Miejskiej. Co ja się namachałem cyferblatem, żeby ją wyrwać, to wie tylko Bóg i dział księgowy w Telekomunikacji Polskiej S.A. W końcu umówiliśmy się na Tweetup PiS w klubie Hybrydy.

– Ładnie tu – powiedziała, odstawiając balkonik i siadając na kanapie. – Jak na Powązkach.

– Tylko trochę spokojniej – uśmiechnąłem się i zakręciłem doklejonego, sztucznego wąsa.

Postawiłem jej piwo. Potem mojito. Potem wódkę z sokiem. Potem Doppelherz z Amolem, bo rozbolało ją serce. Miałem już się zbierać do domu, bo test aplikacji wypadł pozytywnie, ale postanowiłem jeszcze wypić jedno piwo. I jedno mojito. I wódkę z sokiem. Dużo wódki z sokiem. I z Amolem.

Obudziłem się u niej w mieszkaniu. Balkonik leżał przewrócony na ziemi, a ona leżała obok mnie. Spała. Nago.

Uśmiechała się przez sen. Uniosłem kołdrę. Też byłem nago. Serce mi się zatrzymało. Ale na szczęście na szafce obok łóżka stał Doppelherz. Napiłem się, wstałem i ubrałem. Przeszedłem przez korytarz, torując sobie drogę między głodnymi kotami i wydostałem na klatkę. Wziąłem taksówkę. Wróciłem do domu. Zadzwoniłem do programisty. Powiedziałem mu, żeby skasował to całe gówno. Powiedziałem, żeby skasował całego Gilfera. „Dziesięć tysięcy na fakturę”, odpowiedział. Zgodziłem się. Programista zaczął znów coś gwizdać. Pierdolnąłem słuchawką o telefon, aż tarcza odpadła. Jednak nie zostanę potentatem branży IT, pomyślałem. I chuj.

karol mrozinskiKarol Mroziński - poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement