Karol Kopańko / 04.01.2016

Kałamarnice, diamenty i haszysz, czyli skarby Tajlandii i Nepalu za grosze

23 interakcje Przejdź do dyskusji

Czwarta część cyklu Skromny Budżet – tym razem kupujemy kałamarnicę, kamienie szlachetne, doktorat i haszysz w Tajlandii i Nepalu!

Wcześniejsze części: 1, 2, 3

Tajlandia

Tajlandia nazywana bywa Niemcami Azji. A to dlatego, że wszystko jest w niej tak bardzo ułożone i gra ze sobą. Rozkłady jazdy są w miarę przestrzegane, służby publiczne raczej pomocne, a generalnie kraj należy do bogatszych w regionie.

Przejażdżka na słoniu

W wielu miejscach, a np. w Pai czy Chang Mai – za 15 złotych można odbyć półgodzinne „safari” na grzbiecie słonia. Tego niestety nie mogę wam polecić i to nie dlatego, że z poziomu kilku metrów nad ziemią można oczekiwać nieprzyjemnego spotkania czwartego stopnia, nie dlatego słoń ma bardzo przenikliwą, specyficzną woń i nie dlatego, że złości się kiedy jakieś małe ludziki głaszczą go po kręgosłupie.

Dosiadania słoni nie polecam, gdyż uczestnicząc w tym procederze godzimy się na wykorzystanie słoni w charakterze zabawki. Tymczasem miejsce tego zwierzęcia nie jest w turystycznych ośrodkach, a w dżungli.

Na poniższym zdjęciu widzicie też słonia, który nieco kuleje na prawą, tylną nogę – widać na niej blizny. Być może kontuzji nabawił się w dżungli, skąd został uratowany przez swoich obecnych panów. Niestety o wiele bardziej prawdopodobną opcją wydaje mi się taka, w której okaleczony został już w niewoli.

 

 

Wypadki zdarzają się również bardzo często ludziom, ale nie miejscowym, a turystom. Zwłaszcza tym, którzy wypożyczają skuter, a nie jeździli nigdy bardziej skomplikowaną maszyną niż rower. W Azji od przyjezdnych nie wymaga się bowiem prawa jazdy, a tylko pieniędzy. Ten akapit możecie potraktować zaś jako zapowiedź większego artykułu dotyczącego “turystycznych kontuzji”.
tajlandia (11)

Prawdziwe kamienie szlachetne

Na każdym ryneczku czy innym targu jest kilku ludzki chodzących od osoby do osoby i proponujących niesamowitą okazję – prawdziwy diament za dziesiątą część ceny. No kto by się nie skusił?

Najczęściej są to oczywiście kawałki starannie pociętego szkła, które mają udawać coś bardziej wartościowego niż w rzeczywistości. Co ciekawe proceder ten jest częścią o wiele poważniejszego przekrętu.

Jeśli sprzedawca zauważy, że ma do czynienia z wyjątkowo naiwnym turystą, to zaprasza go do siedziby swojej “firmy”, gdzie lokalny “diamentowy watażka” zaproponuje mu współpracę. W zamian za niewielką opłatę (2000 dol. – niewielką w stosunku do wartości rzekomych diamentów) może on się stać partnerem firmy i sprzedawać jej diamenty w swoim ojczystym kraju.

Zapłacić można niestety tylko kartą… Dopiero później okazuje się, że terminal jest felerny i z konta giną nie tylko 2 tys. dol., ale i pozostałe pieniądze.

Więcej o tym jakich tricków lokalnych sprzedawców należy się wystrzegać w tym wpisie:

13 azjatyckich oszustw, przez które można stracić pieniądze. O mały włos nie wpadłem w sidła jednego z nich

 

 

Jeśli już o pieniądzach mowa, to wyjątkowo pomysłowi Tajowie znaleźli się zaraz u wejścia do mojego hostelu z bankomatem na kółkach. Choć CIMB to prawdziwy bank, to gdyby zagadnąłem ludzi w kantorze (to okienko po sąsiedzku do bankomatu) to nie mogli znaleźć żadnego dokumentu, ani legitymacji potwierdzającej, że pracują do CIMBu. Przypadek?

Najlepszy sposób na jakikolwiek sen w okolicach typowo backpackerskiej ulicy Bangkoku – khao San road – to hotel…

Posted by Karol Kopańko on Sunday, December 7, 2014

 

Dokumenty na każdą okazję

W ramach nauki do egzaminu przypominam sobie ciekawy sklepik w Tajlandii. Jak głosi plakat można tam nabyć:-…

Posted by Karol Kopańko on Wednesday, December 2, 2015

Przekąski prosto na ulicy

“Oferta czasowo niedostępna” – ulice Bangkoku roją się od sprzedawców jedzenia, ale… sprzedawcy też ludzie i należy im się chwila przerwy.

Ważne aby nie opuścić stanowiska pracy!

 

 

Przenosimy się na północ – z Bangkoku do Pai.

To co widzicie na wzgórzu to mój hostel.To czego nie widzicie to widok jaki rozciąga się z jego balkonu.Wreszcie…

Posted by Karol Kopańko on Thursday, December 4, 2014

Pai jest pięknym, malowniczo położonym miasteczkiem w północnej Tajlandii. W świecie słynie z hippisowskich osiedli, jakie zaczęły tu powstawać przed laty. Hippisi przywieźli ze sobą zamiłowanie do narkotyków, co skrzętnie wykorzystali miejscowi, którym sprzyjał klimat. Tyle tytułem wstępu…

Jadąc niewielkim skuterkiem przez jedną z piaszczystych dróg zostałem nagle porażony krzykiem dobiegającym z jednego z mijanych domów. Co się stało? Może wjechałem na jakieś pole minowe, albo przekroczyłem granicę obłożonego klątwą pola? Nic z tych rzeczy.

Odwracam się i widzę za sobą panią w średnim wieku, która na zmianę próbuję łapać oddech zaburzony nagłym podbiegiem i wykrzykuje coś w moim kierunku. Macha ręką, abym się za nią udał. Idziemy w kierunku krzaków na pobliskie pole. Mam zostać kilka metrów za przewodniczką, która na osobności wyciąga coś zza miniaturowej tui.

„Haszysz”?

Podziękowałem… nie dość, że nie uśmiechało mi się wydawać 30 zł na małą torebeczkę, to jeszcze jechałem skuterem.

 

 

#foodporn

Pieczone kasztany – temu smakowi, choć nie wyszukanemu, przyznałbym Gwiazdkę Michelin! I tylko 10 zł/kg.

#chesnut #yummy #hot #food #foodporn #thaiKK #pai #thailand

Film zamieszczony przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

tajlandia (2)Tajskie przysmaki – paczka – gigant chipsów o smaku… kałamarnicy. Jadłem i bardzo mi smakowały, zwłaszcza, że starczyły na cały, 9-godzinny przejazd z Pai do Bangkoku. tajlandia (6)

Moja dzisiejsza kolacja #foodpornPo tygodniach stołowania się na azjatyckich ryżowo-makaronowo-kurczakowych…

Posted by Karol Kopańko on Friday, December 5, 2014

Paliwo

Pośrodku niczego wyrasta dystrybutor. Co za szczęście – właśnie kończy mi się paliwo. Niestety wszystko opisane jest szlaczkami. Na szczęście udaje mi się znaleźć kogoś do pomocy i po kilku chwilach wracam na drogę z pełnym bakiem. Taki wolno-stojący, samoobsługowy dystrybutor spotkałem tylko raz. Częściej w jego miejsce trafiały się osoby, które z półtoralitrowymi butelkami stały na poboczu.

 

Nepal

Górzysty Nepal zachwyca pięknem swoich krajobrazów, ale i chyba najniższymi w Azji Pd-Wsch. cenami, choć tylko na poniżej 2 tys. m.n.p.m. Na początek Pokhara, w której spędziłem najwięcej czasu i widok na jej dolinę i jezioro Phewa Tal z oddalonego o 10 km przystanku autobusowego.

 

 

Pokhara jest szóstym największym miastem Nepalu, zamieszkiwanym przez ćwierć miliona mieszkańców. Jest też niezwykle malowniczo położoną bazą wypadową w Himalaje. Po tym jak wróciłem z trekkingu w regionie Annapurny musiałem oddać do prania część ze swoich ubrań. Nie miałem wątpliwości, że nie skończą one w bębnie pralki, a w jeziorze.
Niewiele ma to wspólnego z ekologią, ale tak samo nepalskie mieszkania niewiele mają wspólnego z pralkami. Cena jest za to bardzo akceptowalna – zaledwie złotówka za jedną rzecz.

Im wyżej pniemy się w góry tym więcej musimy płacić za podstawowe rzeczy takie jak woda czy jedzenie. Litr tej pierwszej potrafi kosztować nawet 5 zł, a przeciętny posiłek 20 zł. Trzeba płacić nawet za ładowanie smartfona – 3 zł.

 

 

Najlepsze jak zwykle dostaje się za darmo. Nie mam tu na myśli widoków, a… wspólne posiedzenie przy miejscowym trunku. Ten biały nektar jaki widzicie obok Pana w środku to nepalski bimber wytwarzany z ryżu.

Los skrzyżował mój szlak z drogą Nepalczyków i za sprawą padającego śniegu zagnał po wspólny dach. Na znajomość angielskiego niestety nie było szansy, ale rozpoznać gest poczęstowania trunkiem wcale nie było trudno. Większe wyzwanie stanowiło już przełknięcie owego nektaru, co aby nie urazić miejscowych z trudem wykonałem.

 

 

Przenosimy w tereny zurbanizowane.

Widok na Katmandu w drodze powrotnej z Nangarkot, niesamowite kolory! #nepalKK #azjaKK

Film zamieszczony przez użytkownika Karol Kopańko (@karolkopanko)

Przeważnie miejskie warsztaty zlokalizowane są w Azji wprost na ulicy, gdzie np. zegarmistrz nakręca zegarki, albo zapraszają do swojego wnętrze szeroko otwartymi drzwiami, sprawiając, że majstrowie pracują praktycznie na widoku przechodniów. Z jeszcze większym natężeniem tyczy się to rękodzieła.

 

 

Niezależnie czy jest to grawerowanie niewielkich płytek, jak na fotografii powyżej czy snycerstwo jak poniżej, każdy przechodzień może zajrzeć wprost do stół rzemieślnika i na własne oczy ocenić czy warto zainwestować w jego umiejętności i kupić coś z manufaktury.

Płytki z pierwszego warsztatu to koszt ok. 30 zł, natomiast płaskorzeźby w drewnie zależnie od rozmiaru to nawet 20 – 200 zł.

 

 

W tych zawodach, które często kojarzą nam się z płcią piękną, często występują również mężczyźni. Piorą, gotują, a także szyją.

 

PS. Jeśli chcesz wiedzieć więcej o podróżach to zapraszam na mojego Snapa – tam zawsze szerzej omawiam wpisy.

12168140_1075888852451624_2046202008_n