Netflix i chłód, czyli moja nieudana kariera Casanovy kanapowego

Felieton 11.01.2016
Netflix i chłód, czyli moja nieudana kariera Casanovy kanapowego

Netflix i chłód, czyli moja nieudana kariera Casanovy kanapowego

Wreszcie nadeszła chwila, której oczekiwali wszyscy polscy amanci mojego pokroju, czyli telewizyjno-kanapowi. Netflix pojawił się w naszym kraju, a wraz z nim możliwość zapraszania jego pięknych mieszkanek na akcje jeden na jeden, znane na całym świecie pod kryptonimem „Netflix and chill”. Biorąc pod uwagę, że na razie na polskim Netfliksie nie ma nic, liczyłem na wszystko. Ale, oczywiście, wyszło jak wyszło.

Zaraz po dołączeniu do Netfliksu, zaprosiłem do siebie Zosię. Zosia jest fanką kina. Zwłaszcza amerykańskiego. Uwielbia „Gwiezdne wojny”. Te nowe. Ale nie te ostatnie. Część I i część II. Jej ulubioną postacią jest Jar Jar Binks. Pomyślałem, że łatwo pójdzie, bo Zosia wiele razy mi mówiła, że przypominam jej tego kosmitę.

Na wieczór z Netfliksem przygotowałem się należycie. Wyjąłem brudne gary ze zlewu w kuchni i poupychałem je w szafkach. Sprzątnąłem puste puszki po piwie po plastikowego worka i wrzuciłem go pod łóżko. Ogoliłem się. Założyłem koszulkę z Jar Jarem, którą dostałem na czternaste urodziny. Udało mi się to już za ósmym razem, bo cały dzień nic nie jadłem i jeszcze zapiąłem się w taki specjalny gorset, który zostawiła kiedyś u mnie moja była dziewczyna, Kruszynka. Przećwiczyłem w lustrze w łazience wszystkiego najlepsze miny i odzywki ulubieńca mojej Zosi, włączyłem Netflix i czekałem.

Zosia przyszła. Przywitała się. Zapytała od razu, czy lubię koty. Odpowiedziałem, że uwielbiam, i że mój pies Fajfus także je uwielbia. Wtedy moja Zosia otworzyła wielką torbę, którą miała na ramieniu i wypuściła z niej dwa wielkie kocury. „To Jar, a to Binks”, powiedziała. „Uwielbiam się do nich tulić, kiedy oglądam filmy”. OK, odrzekłem. Koty natychmiast rozbiegły się po mieszkaniu, budząc mojego psa, który spał zamknięty w kiblu. Pies zaczął szczekać, a koty miauczeć. Może włączę jakiś musical? – zaproponowałem Zosi. – Jakiś bardzo głośny musical? „Nie, nie” – odpowiedziała. – „Włącz Gwiezdne wojny”. OK. Włączyłem „Gwiezdne wojny”.

Usiadłem obok Zosi i objąłem ją ramieniem. Nie zauważyła. Wypatrywała na ekranie swojego ulubionego uchola z kosmosu.

Koty się uspokoiły. Wlazły do otwartej szafki w kuchni i żarły resztki jedzenia z brudnych talerzy. Przynajmniej jeden plus bycia brudasem, pomyślałem. Pies także siedział cicho. Wszystko szło dobrze, dopóki na telewizorze nie pojawił się ten pieprzony Jar Jar.

jar-jar-binks-min
Gwiezdne wojny: Jar Jar Binks

Zosia aż podskoczyła. „Zobacz, zobacz”, krzyczała, „Jar Jar Binks! To jest Jar Jar Binks!”.

OK, odpowiedziałem, to jest Jar Jar Binks. „Zobacz, jakie ma śmieszne uszy!” OK, faktycznie bardzo śmieszne uszy. „Jakbyś miał takie uszy, to bym chyba oszalała”, powiedziała Zosia. Takie uszy? – zapytałem. „Chyba bym się na ciebie rzuciła”. OK. Mogę mieć takie uszy, rzekłem. I wymyśliłem, że wyjmę z brudnych rzeczy do prania dwie stare skarpetki i założę je na uszy. Jeżeli to tak dostanę się swoim Sokołem Millenium do jej Gwiazdy Życia, to niech będzie.

Poszedłem cichutko, na palcach do łazienki, otworzyłem drzwi, wszedłem. Pies Fajfus spał w wannie. Wygrzebałem z kosza dwie skarpetki, jedną białą, drugą czerwoną i założyłem ja na uszy. Wyszedłem z kibla z miną zawodowego uwodziciela. Zosia spojrzała na mnie i zaczęła głęboko oddychać. Była podniecona. Zbliżyłem się, a wtedy mój pies wyskoczył z łazienki i poleciał jak torpeda prosto do kuchni. Zaczął ganiać koty, Jara i Binksa. Koty zaczęły uciekać po stole, po blacie, po parapacie. Pies leciał za nimi, a ja za nim.

Zosia krzyczała. Koty pozrzucały świeczki, które pozapalałem wszędzie dla nastroju. Jednemu z nich zajarał się ogon. Piszczał jak Luke Skywalker, kiedy mu Vader obciął łapę. Próbowałem go ugasić, jedną ręką trzymając psa, a drugą polewając go winem deserowym. Nic to nie dawało. Puściłem psa, zdjąłem koszulkę i zarzuciłem ją na kota. Kot zgasł. Zosia płakała, a ja stałem przed nią w gorsecie mojej byłej dziewczyny, Kruszynki, z dwiema skarpetkami na uszach, jedną białą, drugą czerwoną, z osmalonym kotem w ręku, zawiniętym w koszulkę z Jar Jar Binksem. Tak zakończyła się moja pierwsza przygoda z Netfliksem i chłodem.

Jeśli mogę coś doradzić innym Casanovom, to polecam przygotować na takim wieczór coś zimnego, aby w razie potrzeby ostudzić nieco atmosferę.

karol mrozinskiKarol Mroziński - poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement