Bioniczny bej – twój najlepszy przyjaciel od kielicha

Felieton/Technologie 26.01.2016
Bioniczny bej – twój najlepszy przyjaciel od kielicha

Bioniczny bej – twój najlepszy przyjaciel od kielicha

Wiele razy w mojej karierze rozrywkowej było tak, że nie miałem z kim się napić. Z każdym rokiem kandydatów do wspólnego pijaństwo było coraz mniej. Moi znajomi zakładali rodziny, firmy, konta oszczędnościowe i nie mieli już czasu na wspólne tracenie zdrowia i gotówki. Problem ten doskwierał mi tak bardzo, że postanowiłem stworzyć maszynę, która zawsze będzie mogła towarzyszyć mi w nocnych na miasto wycieczkach. Tak powstał Drunkenstein.

Swojego elektronicznego przyjaciela zbudowałem na patencie japońskim. Musiałem tylko nieco zmodyfikować jego konstrukcję, bo w krainie Kwitnącej Wiśniówki nie ma problemu z pokazaniem się na mieście w towarzystwie 14-letniej, nakręcanej Lolity, natomiast u nas mogłoby to wzbudzić niepotrzebne zainteresowanie odpowiednich służb. Przerobiłem więc powłokę zewnętrzną Drunkensteina, aby wyglądem przypominał mojego szwagra Marcina, stukilowego przedstawiciela handlowego z Czerwińska nad Wisłą.

W korpusie mojego replikanta zainstalowałem zbiornik na alkohol z pompą filtrującą, która od razu przerabiała etanol na energię elektryczną zasilającą układy e-szwagra. Produkty uboczne wydalane zaś były z powrotem do naczynia, z którego miał pić mój android, za pomocą rurki w dłoni. Wystarczyło, że nakrył ręką szklankę po piwie, a ta niepostrzeżenie napełniała się jego bionicznym moczem. Było to rozwiązanie proste i w prostocie swej genialne, jak sam sobie przyznałem.

Kiedy Drunkenstein był gotowy, zamówiłem taksówkę i pojechałem z nim w piątkowy wieczór na obchód najlepszych lokali w mieście. Zaczęliśmy od baru Baron, praskiej mordowni z automatami do gier, piwem i kłopotami w gratisie. Zażądałem dwóch jasnych piw. Wypiliśmy je z Drunkiem w minutę. Wziąłem jeszcze dwa piwa. Wypiłem swoje i poszedłem odlać się do kibla.

Wróciłem. Obok mojego androida stał jakiś człowiek o wyglądzie zawodowego dusiciela. Zmęczonego zawodowego dusiciela.

– Postaw piwo – mówił do Drunkensteina. – Ale postaw piwo. Postaw piwo. Postaw piwo. Postaw piwo.
Mój robot był zaprogramowany na pijacką empatię, ale nie miał przy sobie gotówki. Podał więc dusicielowi swoją szklankę z piwem, a ten napił się z niej i natychmiast wypluł wszystko na mojego e-szwagra.
– O, ty kurwo łódzka, jebana! – krzyknął do niego. – Coś ty tu, kurwa, naszczał do tego?
– Napij się jeszcze, napij się jeszcze – odpowiedział Drunkenstein. Tak go zaprogramowałem.
– Ja ci się, kurwo, napiję – rzekł dusiciel i wywalił mojemu robotowi lepę z ucha na pysk w ryj.
Trzeba było pryskać.

Prysnęliśmy na przystanek, a z niego autobusem do Śródmieścia. Poszliśmy tym razem do nieco wytworniejszego lokalu. Usiadłem z Drunkensteinem przy barze i zamówiłem nam whisky z colą. Jakaś blondynka dwa miejsca dalej uśmiechnęła się do mnie. Ja też się do niej uśmiechnąłem, po czym poprosiłem barmana, żeby nalał jej soku pomidorowego. Dziewczyny lubią pić zdrowe napoje.

Wieczór mijał nam przyjemnie. Rozmawiałem z tą blondynką o składzie chemicznym lakierów do paznokci, konstrukcji pomp ciśnieniowych i nowym chłopaku Taylor Swift. Piliśmy drinki. Drunkenstein siedział obok i także pił, a co jakiś czas sikał do szklanki. Byłem już nieźle zalany. Ta dziewczyna też. Postanowiłem zaprosić ją do siebie. Zgodziła się, ale kiedy schodziłem ze stołka barowego, straciłem równowagę i przypierdoliłem łbem o podłogę.

Obudziłem się w swoim mieszkaniu. Leżałem na łóżku w sypialni. Spojrzałem w prawo. Obok mnie leżał e-szwagier. Był nagi.

Ja także byłem nagi. Jezus Mariam, pomyślałem. Co ja znowu odjebałem? Spróbowałem się podnieść i wtedy do sypialni weszła ta blondynka. Była nago, tylko w męskiej koszuli zapiętej na dwa dolne guziki. Uśmiechnęła się do mnie i podeszła. Wskoczyła do łóżka.
– Cześć – szepnęła.
– Cześć odpowiedziałem.
– Masz ochotę na jeszcze?
– Ile tylko zechcesz – odpowiedział jej Drunkenstein, a ona przytuliła się do niego i włożyła rękę pod kołdrę.
– Serio dasz jeszcze radę? – zamruczała mu ta dziewczyna.
– Ile tylko zechcesz – szepnął Drunkenstein. Tak był zaprogramowany.

karol mrozinskiKarol Mroziński - poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement