Sentymentalna podróż w przeszłość – jak działały ziny, czyli… blogi technologiczne na dyskietkach

Artykuł/Technologie 09.12.2015
Sentymentalna podróż w przeszłość – jak działały ziny, czyli… blogi technologiczne na dyskietkach

Sentymentalna podróż w przeszłość – jak działały ziny, czyli… blogi technologiczne na dyskietkach

Dochodzi południe, siedzę przed ekranem i na jednym z technologicznych blogów czytam newsa na temat nowego modelu monitora. Opis wciąga, szukam więc dalszych informacji – kilka “klepnięć” w klawiaturę i Google “wypluwa” z siebie dziesiątki linków. Są techniczne specyfikacje, są zdjęcia, są testy i opinie użytkowników. Sprytne reklamy obok podpowiadają już gdzie taki monitor mogę kupić – tu i teraz! Oczywiście najtaniej.

Co w tym niezwykłego? Nic, zupełnie nic. Takie czasy – informacja podana na przysłowiowej tacy. Do czego jednak zmierzam? Wracam czasami myślą do moich komputerowych początków (wczesne lata 90.) i przypominam sobie jak trudno było wtedy o taką ilość informacji dotyczących jakiegoś komputerowego sprzętu, jaką mamy dzisiaj. Jasne, nie ma kompletnie sensu porównywać tamtych czasów z teraźniejszością. Jakiekolwiek strony czy blogi technologiczne wtedy nie istniały z prozaicznej przyczyny – bo nie było dostępu do Internetu lub był on mocno ograniczony (w Polsce). Informacje tego typu czerpało się z gazet (których też nie było wiele) oraz z tzw. zinów – i właśnie o nich chciałbym dzisiaj wspomnieć.

Czym były ziny? W wielkim skrócie można je uznać za… darmowe elektroniczne gazety. Naturalnie, dzisiejsze blogi technologiczne również możemy określić takim mianem, różnica leży jednak w nośniku. Do ww. blogów dostęp uzyskujemy kilkoma kliknięciami myszki (czy gestami dłoni), z zinami nie było to takie proste. Przede wszystkim trzeba było
należeć lub chociaż “kręcić się” w pobliżu tzw. demosceny, która to owe ziny w ogromnej większości produkowała.

ziny-1

Oczywiście produkcje scenowe (w tym ziny) pojawiały się także “w ofercie” wszelkich giełd komputerowych, w tamtych czasach bardzo popularnych. Swoje pierwsze disk-magi (tak również nazywano ziny ale o tym za chwilę) kupiłem (tak, to nie pomyłka!) na giełdzie w bydgoskim Bartoszu – tak zresztą zaczęła się moja przygoda ze sceną… Niemniej to już temat na zupełnie inny artykuł.

Dlaczego więc zapłaciłem skoro wcześniej pisałem, że ziny były darmowe? No cóż – wtedy nie należałem jeszcze do wspomnianej demosceny – a ziny czyli z angielskiego (maga)zines były wydawane właśnie przez nią. Nie wgłębiając się mocno w rozległą, wbrew pozorom, tematykę sceny można uogólnić, że istniały na niej skupiska utalentowanych osób, które organizowały się w grupy, które to z kolei grupy wydawały różnego rodzaju produkcje. Między innymi ziny. Za ile to robili zapytacie – otóż za nic – tamte czasy nie były jeszcze tak mocno skomercjalizowane i ziny, tudzież inne scenowe dobra (dema, intra) robiło się za tzw. free. Jedyną motywacją była chęć uczestniczenia w scenowej rywalizacji i ewentualny “fejm” na scenowych chartsach (znaczy notowaniach – tak, istniało coś takiego!).

ziny-2

Dlaczego więc ziny = disk-magi?

Oczywiście od angielskiego disk magazine czyli po naszemu magazyn dyskowy – lub też jak kto woli magazyn na dyskietce. Dla niektórych może to być zaskoczenie, ale w tamtych czasach Internet nie istniał, a dystrybucja disk-magów odbywała się na dyskietkach 3,5″ (w przypadku sceny C64 także na elastycznych 5,25″). Jak przekazywało się dyskietki? No cóż, popularnym “snailem” czyli pocztą. Nie było szybkich łączy, LTE i netu w telefonach – na początku lat 90. w ogóle niczego nie było.

Gwoli ścisłości trzeba wspomnieć o łączach telefonicznych i dopiero raczkujących wtedy w Polsce, serwisach typu BBS (Buletin Board System) – zapewniały one jednak jedynie ułamek możliwości dystrybucyjnych.

Dyskietki

Zmora wszystkich ludzi sceny (i nie tylko) w tamtych czasach. Nie dość, że jakość nośników pozostawiała sporo do życzenia, to podczas transportu w kopertach dyskietki często ulegały uszkodzeniom. Czy to z powodu warunków atmosferycznych czy też niebywałej siły pań/panów stemplujących owe przesyłki na poczcie. Zdarzały się “sendy” wręcz przebite pieczątką! Oczywiście z dyskietek nie było wtedy co zbierać…

ziny-3

Dystrybucja i cykl wydawniczy

Hmmm… cykl wydawniczy w przypadku zinów właściwie nie istniał. Kolejny numer magazynu ukazywał się wtedy, kiedy redakcja uznała to za stosowne (np. podczas imprezy typu copy-party) lub kiedy zgromadziła wystarczającą liczbę artykułów. Czasami powodowało to pewne zawirowania bo zdarzało się, że np. numer trzeci jakiegoś magazynu ukazywał się w przeciągu miesiąca po wydaniu drugiego, ale już na czwarty trzeba było czekać kolejne pół roku. Naturalnie dochodziło też do większych “obsuw”, nawet kilkuletnich!

Dystrybucją, oprócz różnych, szemranych giełd komputerowych zajmowali się tzw. swapperzy czyli ludzie odpowiedzialni w grupie za dystrybucję oprogramowania (tzw. stuffu). Oczywiście nie rozsyłali tylko produkcji swojej grupy – przez ich ręce przechodziło wszelkie “scenowe i niescenowe dobro” – dema, intra, gry, obrazki no i ziny.

Wspomniałem wcześniej o BBS-ach – one także uczestniczyły w dystrybucji i należy dodać, że z biegiem czasu ich znaczenie
rosło (szczególnie na zachód od Odry) – tzw. traderzy byli w stanie w kilka godzin rozesłać najnowszy numer jakiegoś zina po wszystkich znaczących BBS-ach na świecie.

W Polsce jednak “rządził snail mail” i dystrybucja na dyskietkach.

Nazwy

Pełna dowolność – od “Poczytaj mi mamo” i “Fat Agnusa”, po swojskie “Bigoz” i “Nie z tej beczki” aż po angielskobrzmiącego “Excessa”. Połowa lat 90. to istny “wysyp” disk magów (przynajmniej na scenie amigowej) – te ww. to zaledwie ułamek wszystkich wtedy wydawanych. Można wspomnieć jeszcze o “Silesii”, “Gedanie”, “Taboo” lub “Barbapapie”.

ziny-4

Inna sprawa, że w tamtym okresie jedynie polska scena była tak płodna w ziny (niestety ta liczba nie przekładała się na jakość) – Europa miała swoje angielskojęzyczne “Raw”, “Upstream” czy “Seenpoint” i stawiała raczej na jakość tych magazynów niż na ich liczbę.

Zawartość

No cóż – zróżnicowana. Dominowała oczywiście scena i tematy około scenowe ale porządny diskmag zawierał także inne, równie interesujące działy. W zdecydowanej większości były to materiały poświęcone grom komputerowym, testy sprzętu i oprogramowania, różnego rodzaju cheaty i instrukcje. Nazwy tego typu działów nie były wymyślne – najczęściej było to „hard & soft”, „software & hardware” i podobne. Rozpiętość tematów ogromna – od testu monitora OptiView 155 po programowanie w asemblerze.

ziny-5

W tym miejscu właśnie dochodzimy do sedna tego tekstu. W tych nieco zamierzchłych już czasach, właśnie działy dotyczące sprzętu oraz oprogramowania były kopalnią wiedzy dla głodnych wiedzy komputerowej młodych (i nie tylko) ludzi. Podobnie jak dzisiaj istniał oczywiście rynek prasy papierowej ale nie dość, że nie był zbyt rozległy (przypomnijmy, że była to pierwsza połowa lat 90. – czas wielkiej biedy i przemian ustrojowych) to posiadał te same ograniczenia co aktualnie a mianowicie: cykl wydawniczy oraz objętość! O ile cykl wydawniczy możemy pominąć – bo w mniejszym lub większym stopniu dotyczył on także zinów, to jednak objętość pozostawała w zasadzie nieograniczona – podobnie jak w dzisiejszych blogach. Naturalnie, ktoś mógłby się uprzeć i powiedzieć: „jak to bez ograniczeń, skoro dyskietka miała skończoną pojemność?”. Hmmm… w chwili obecnej nie ma sensu tego tłumaczyć, w każdym razie w przypadku kiedy materiałów było za wiele, dodawało się… kolejnę dyskietkę i w tym momencie wydanie stawało się po prostu dwu dyskietkowe! Ot i cała tajemnica.

Wracając do tematu, jeżeli tylko ktoś miał dostęp do scenowych magazynów, mógł czerpać z nich nieprzebranymi garściami. Pozostawały oczywiście problemy z szybkim wyszukiwaniem potrzebnego artykułu (tzw. żonglerka dyskietkami) czy wydrukowaniem go na papier (drukarek w domach praktycznie nie było), niemniej pewne analogie do dzisiejszych technicznych blogów nadal są widoczne.

ziny-6

Na koniec należy dodać, że magazyny dyskowe to nie tylko scena i komputery. Gro z nich zawierała też działy dotyczące szeroko pojętej rozrywki (kawały, gagi), opowiadania czy fora wyrażające opinie czytelników (niekoniecznie na scenowe tematy). W zasadzie każdy numer każdego magazynu zawierał też tzw. wstępniak z informacjami o twórcach zina (creditsy), adresem redakcji czy słowem wprowadzającym pisanym przez redaktora naczelnego (a jakże! Była taka funkcja!). Niektóre grupy we wstępniakach zamieszczały także statystyki dotyczące liczby artykułów i ich autorów, a praktycznie wszystkie apelowały do czytelników o przysyłanie swoich tekstów.

Właśnie! Istotna uwaga. O ile aktualnie redakcje blogów mają grupę swoich redaktorów, to w przypadku niegdysiejszych zinów było to trochę bardziej skomplikowane. Owszem, istniało coś na kształt redakcji – były osoby odpowiedzialne za dobieranie, weryfikację, pisanie tekstów, ich korektę i kolorowanie – był redaktor naczelny, który niejako firmował swoją ksywą stronę merytoryczną projektu. Ogromna większość artykułów tworzona była jednak przez czytelników niezwiązanych z grupą wydającą magazyn. Ot, taka osobliwość. Sytuacją zupełnie normalną był fakt, że osoba związana z jedną grupą, pisała teksty do diskmaga tworzonego przez inną, konkurencyjną grupę. Miało to często związek z cyklem wydawniczym.

 

Wygląd

Co do wyglądu, możecie sobie wyrobić opinię na podstawie zamieszczonych w tekście screenów. Dodam jedynie, że wszystkie grupy starały się „obudować” swojego zina w jak najbardziej efektowną oprawę graficzną i muzyczną. Niektórym udawało się to bardziej, innym w ogóle się nie udawało… Większość zinów trzymała jednak pewien poziom, miała przyjemną i przejrzystą szatę graficzną, intuicyjną nawigację między działami i artykułami, możliwość zmiany muzyki (kilka modułów do wyboru), niektóre umożliwiały nawet słuchanie w tle wybranej przez siebie muzyki (wtedy to było coś!). Ciekawostką mogą być rozdzielczości graficzne w jakich tworzone były ziny (dotyczy Amigi). Otóż na początku lat 90. najczęściej było to 320×256 px i 640×256 px przy 16 czy 32 kolorach! Tak, wiem, że teraz lepszą grafikę to macie w zegarku, ale takie były wtedy realia. Zanim malkontenci wypomną mi te 32 kolory to dodam, że w Amidze 500 były tryby EHB (do 64 kolorów) i HAM6 (do 4096 kolorów), ale nie o to tutaj chodzi i wspominam o nich jedynie z kronikarskiego obowiązku.

Inne udogodnienia? Owszem, niektóre magazyny umożliwiały także podmianę fontu czy jego wielkości, zmianę kolorów tekstu i tła czy wyszukiwanie ciągów tekstu. Zdarzało się, że diskmag pozwalał na zapisanie wybranego tekstu na dyskietce czy dysku twardym (później).

I to by było na tyle…

W dużym uproszczeniu i dużym skrócie. Oczywiście, pewne aspekty pominąłem (np. chartsy artykularzy), o innych napisałem niewiele (język, słownictwo), ale nie to było moim celem.

ziny-7

Być może zapytacie czy istnieje możliwość powrotu do tych starych magazynów i czy w ogóle warto? Cóż, co do tego pierwszego to posiadacze oldschoolowych komputerków (C-64, Amiga) mogą to zrobić w każdej chwili – pozostałym polecam emulatory, w przypadku faworyzowanej dzisiaj przeze mnie Amigi, jest to UAE, który pozwala na naprawdę dużo zabawy!

Natomiast czy warto? Ogromna porcja informacji z diskmagów jest już dzisiaj zwyczajnie nieaktualna. Świat prze do przodu i nie ogląda się za siebie. Ziny to raczej sentymentalna podróż w przeszłość, czasami człowiek się uśmiechnie, bywa, że i łza się w oku zakręci. Wszystkim jednak polecam taką „wyprawę”, choćby po to aby zobaczyć jak to się wszystko zaczęło.

Marcin Sykutera – zawodowo pracownik IT, prywatnie pasjonat seriali i amigowej demosceny. Autor wielu artykułów, które jednak musi dopiero napisać 😉

Zdjęcie: Jacek Kapitkowski, grafika główna: Shutterstock

Dołącz do dyskusji

Advertisement