Szarfa z papieru toaletowego, “shit party” i odsysanie tłuszczu, czyli mój pierwszy raz z VR

Felieton/Technologie 08.12.2015
Szarfa z papieru toaletowego, “shit party” i odsysanie tłuszczu, czyli mój pierwszy raz z VR

Szarfa z papieru toaletowego, “shit party” i odsysanie tłuszczu, czyli mój pierwszy raz z VR

Wspaniałą rzeczą jest rzeczywistość. Jestem wielkim fanem. Już od trzydziestu lat.

Ale pewnego dnia zadzwonił do mnie Leonardo DiCaprio i powiedział: „A gdyby tak umieścić inną rzeczywistość w naszej rzeczywistości, a w tej drugiej rzeczywistości umieścić trzecią?”. Odpowiedziałem mu: „Sny. Mówisz o snach”. „Nie”, rzekł Leonardo, „Mówię o goglach 3D”.

Odłożyłem telefon, zamówiłem w internecie gogle Octopus i nie minęły nawet trzy dni, kiedy dostałem je do rąk.

Od razu założyłem na łeb i włączyłem pierwszy program, jaki ściągnąłem. Był to symulator sali operacyjnej.

Zmieniając ustawienia, można było wybrać sobie pacjenta, rodzaj operacji, a nawet konkretny szpital z bazy polskich i zagranicznych placówek ochrony zdrowia. Wybrałem Szpital Praski, jako pacjentkę ustawiłem swoją dziewczynę, a operacją było odsysanie tłuszczu. Wrażenie realności sytuacji odtworzonej w symulatorze 3D – niesamowite. Każdy szczegół idealnie zgadzający się z rzeczywistością. Nawet tynk opadający z sufitu wprost na pacjenta. Nawet idąca korytarzem pielęgniarka z wózkiem ze śniadaniami dla chorych. Nawet dżem na parówce i wyjedzony do połowy słoik musztardy. Wszystko. Dlatego nie zdziwiłem się, kiedy moja dziewczyna położyła się na stole, dowiedziała się, że będziemy jej odsysać tłuszcz i powiedziała: „Bo co? Taka gruba jestem? Znajdź sobie chudszą”. I rzuciła we mnie nagryzionym Snickersem.

Wyłączyłem symulator szpitala i załadowałem kolejny program. Był to spacer po apartamencie hotelowym w Dubaju.

Twórcy symulacji na Octopusa bardzo często tworzą takie wirtualne spacery dla firm deweloperskich czy też właśnie drogich hoteli i kurortów turystycznych. Założyłem gogle i przeniosłem się do wielkiej, szklanej wieży w Emiratach. Akurat było jakieś przyjęcie. Usiadłem na kanapie ze skóry tygrysa i zacząłem jeść winogrona. Dokoła mnie tańczyły modelki. Kilka z nich kojarzyłem z telewizji. Jedna świetnie grała na gitarze. Druga świetnie pozowała na ściankach. Trzecia cała była świetna i rządziła Instagramem. Przyszedł szejk i założył każdej z nich szarfę z papieru toaletowego.

Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Jakiś sułtan swingu obok wyjaśnił mi, że dziewczyny mają przesrane. Dalej nic nie rozumiałem. Modelki poszły z szejkiem do łazienki, a razem z nimi reszta gości. Zostałem sam. Podszedłem do okna, aby podziwiać widoki. Nagle usłyszałem pukanie. Otworzyłem okno. Na parapecie stał Tom Cruise. „Is this the shit party?”, zapytał. „Chyba tak”, odpowiedziałem. Tom pokiwał głową, rzucił za siebie ciemne okulary, który natychmiast eksplodowały, wskoczył do apartamentu i pobiegł do łazienki. Z ciekawości poszedłem za nim. Złapałem za klamkę i zacząłem nią kręcić. „Zostaw mnie pan”, usłyszałem. Ale kręciłem dalej. Drzwi się nie otwierały. „Zostaw pan moją dupę”, usłyszałem znów. To nie był głos z tej rzeczywistości. Zdjąłem gogle. Okazało się, że wyszedłem z domu, poszedłem do warzywniaka na dole i kręciłem półdupkiem pani sklepowej, próbując otworzyć drzwi do łazienki w Dubaju.

Wróciłem do domu. Postanowiłem pójść za poradą Leo i nałożyć na wirtualną rzeczywistość kolejną rzeczywistość.

Założyłem gogle Octopus i załadowałem program, w którym kierowana przeze mnie postać również zakłada gogle 3D. Zacząłem chodzić po jakimś lesie. Był to symulator budowy nowego odcinka drogi krajowej numer 7. Projekt współfinansowany z budżetu powiatu. Chodzę po tym lesie, zakładam gogle i przenoszę się świata filmu. Ze studni wychodzi jakaś blada dziewczynka. Pełznie w moją stronę. Zaczynam uciekać. Zza drzew wybiega brontozaur. Łapie tę dziewczynkę zębami i przegryza wpół. Uciekam jeszcze szybciej. To nie był dobry pomysł z tą rzeczywistością w rzeczywistości. Zrzucam gogle. Jestem na krajowej siódemce. Biegnę po żwirze. Jest ślisko, pada deszcz. Wypierdalam się na ryj. Podchodzi do mnie jakiś gruby, wąsaty majster. Łapie mnie za koszulę i szarpie. „Karol, Karol”, mówi do mnie, „Wstawaj, rozbiłeś lampę od mojej matki”. Otwieram oczy. To moja dziewczyna. Jestem w domu. Dzięki Bogu.

Wyjmuję z kieszeni Snickersa, daję jej. Uspokaja się. Już wszystko dobrze. Siadam na fotelu, drapię się po głowie. Wciąż mam na niej gogle.

karol mrozinskiKarol Mroziński - poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement