Najpierw “Shut up and take my money”, potem krzyk i płacz. Ja już w to nie wejdę

Felieton/Technologie 01.12.2015
Najpierw “Shut up and take my money”, potem krzyk i płacz. Ja już w to nie wejdę

Najpierw “Shut up and take my money”, potem krzyk i płacz. Ja już w to nie wejdę

Jakiś czas temu chciałam kupić sobie malutkiego drona, tak dla zabawy. Znalazłam całkiem ciekawego, ale okazało się, że był projektem z Kickstartera, a kampania była już zakończona. Zrobiło mi się żal, bo czytałam artykuły w poważnych źródłach o tym, że będzie to wspaniałe urządzenie, czytałam zachwyty z wizyt w siedzibie firmy w której miał powstać dronik. Teraz dowiaduję się, że projekt upadł, tysiące chętnych nie wie, co stało się z ponad 3 milionami dolarów i czy odzyskają część pieniędzy, a ja niesamowicie cieszę się, że nie zdążyłam na kampanię.

Media uwielbiają Kicsktartera, tak samo jak startupy. To tam pojawiają się nowe ciekawe urządzenia, to tam można zdobyć finansowanie bez uderzania do funduszy i inwestorów. Jeszcze fajniejsze jest Indiegogo czy inne miejsca, które nie mają tak restrykcyjnych procedur jak Kickstarter, tam można popuścić wodze wyobraźni i próbować sprzedać pomysły, których obecnie fizycznie nie da się zrealizować.

Cieszę się, że nie wpłaciłam na kampanię drona, ale trochę smuci mnie, że ludzie tak chętnie wpłacają na przeróżne projekty od kompletnie nieznanych osób. Bo Kickstarter to przecież nie sklep. Twórcy nie oferują tam gotowych projektów – twórcy po prostu obiecują, że za pieniądze które dostaną stworzą konkretną rzecz. Obietnice mają to do siebie, że często bywają niespełnione.
Jednak zawsze intrygowało mnie, dlaczego tyle osób decyduje się zapłacić za nieistniejące produkty od firm, które nawet jeśli dostarczą je na czas, to miesiąc potem mogą przestać istnieć i pozostawić klienta bez wsparcia, bez gwarancji i pomocy?

Rozumiem, że crowdfunding jest miejscem, w którym mogą zaistnieć projekty inaczej bez szans, że daje możliwości młodym twórcom i startupom i jednocześnie pokazuje też, czego chcą ludzie a nie inwestorzy.

Mimo to fuckup na ponad trzy miliony baksów sprawia, że warto zastanowić się nad tym, czy wspierający projekty faktycznie mają świadomość ryzyka. Zdarzyło się już, że sądy orzekały na korzyść inwestujących (wpłacających na kampanie), ale trzeba wziąć pod uwagę komplikacje prawne, to, że inwestorzy bywają rozrzuceni po całym świecie i po prostu opłacalność walki w sądzie.

Może to przerzucanie odpowiedzialności, ale obiecałam sobie, że nigdy nie wezmę udziału w crowdfundingu urządzeń. Niech inni ryzykują, ja poczekam aż dostaną (jeśli w ogóle) swoje urządzenia, podzielą się wrażeniami i opiniami. Jeśli produkt warty jest uwagi i pieniędzy, jeśli firma ma szanse na przetrwanie, to udostępni go do kupienia na warunkach sprzedawca-kupiec, chyba najlepszych jakie istnieją.

Inaczej to po prostu zabawa w inwestowanie oparta o chwilowe pożądanie.

“Shut up and take my money” nie zawsze bierze się z rozumu.

* Grafika: Futurama 

Dołącz do dyskusji

Advertisement