Jak nie wywołałem nowych „Gwiezdnych wojen”, czyli koniec kariery scenarzysty

Felieton/Technologie 22.12.2015
Jak nie wywołałem nowych „Gwiezdnych wojen”, czyli koniec kariery scenarzysty

Jak nie wywołałem nowych „Gwiezdnych wojen”, czyli koniec kariery scenarzysty

Wszystko szło pięknie: mój profil na Facebooku zaczął obserwować J.J. Abrams, reżyser takich hitów jak „Mission: Impossible III”, „Star Trek”, czy serialu „Zagubieni”. Odezwał się do mnie. Zapytał, czy pisałem kiedyś scenariusze filmowe. Odpowiedziałem, że tak, że pod koniec liceum byłem stażystą przy produkcji serialu „Miodowe lata”. Układałem dialogi i wolnym czasie byłem dublerem ciała tramwajarza Karola. „Say no more”, napisał J.J. I zaprosił do Hollywood.

Bardzo mi się tam spodobało. Hollywood jest czarujące. To takie rondo de Gaulle’a w Warszawie, tylko więcej palm. I samochodów. Dużo więcej palm i samochodów. Mniej tramwajów. I ulotkarzy. I kebabów. Ale palm od cholery. Pojechałem do biura pana Abramsa i usiadłem na jego skórzanej kanapie. Poczęstowano mnie cygarem. Odmówiłem. Zaproponowano koniak. Odmówiłem. Koreczki serowe? Odmówiłem. Wyciągnąłem z kieszeni kanapkę z jajkiem, którą dziewczyna zrobiła mi na drogę, i zapytałem, o co chodzi.

Chodziło o „Gwiezdne wojny”. To taki film dla dzieci z lat 70. ubiegłego wieku.

Są źli rycerze i dobrzy rycerze, którzy ze sobą walczą o księżniczkę w kurpiowskiej fryzurze. Latają statkami, strzelają z laserów, machają mieczami, ale do niczego to nie prowadzi i księżniczka na koniec ląduje w haremie przerośniętej dżdżownicy o rysach twarzy legendy Solidarności, pani Henryki Krzywonos. Może to i dobre, jak się ma 13 lat. Nie wiem, nie oglądałem, ale pan J.J. opowiedział mi całą fabułę, a potem oświadczył, że będzie reżyserował kolejną część tej porywającej sagi i chciałby, abym to ja napisał scenariusz. Zgodziłem się.

Praca była bardzo przyjemna, bo nie polegała wcale na pisaniu. Amerykanie robią to inaczej. Urządzają tak zwane „brain storms”, czyli burze mózgów. Bardzo mi się spodobała ta nazwa. Zaproponowałem nawet, aby taki tytuł dać tej całej bzdurze, którą mieliśmy kręcić. „Mózgowe wojny”, panowie – mówiłem. To jest to. Będą dobre neurony i złe neurony. Będą ze sobą walczyć. A na koniec zrobimy wylew i wszystkich szlag trafi. Niestety, ten pomysł nie przeszedł. Wróciliśmy do pierwotnej koncepcji ze świetlówkami w łapach.

Zaproponowałem, aby głównym bohaterem nowej części tej bajki o galaktycznych rycerzach był młody agent FBI imieniem Lis.

Lis byłby kosmitą z gwiazdozbioru Lutni, który pragnie udowodnić, że istnieją inne formy życia we Wszechświecie. Na przykład duże, różowe ludziki z wąsami, które leżą całe życie na kanapie i żrą gotowane ziemniaki. Wszyscy by się z niego śmiali, a on patrzyłby rozmarzony na plakat na ścianie z latającym nad szosą Volkswagenem i napisem „I want to believe”. Pomysł odpadł. Głównymi bohaterami filmu miały być właśnie takie różowe ludziki, a nie kosmici. To co to za gwiezdne wojny? -zapytałem. To są kartoflane wojny. „Zamknij ryj”, odpowiedział mi pan Abrams i jego koledzy.

Później wpadłem na pomysł, aby film był statku kosmicznym, który leci tam, gdzie żaden człowiek nie śmiał wcześniej polecieć i odkrywa nowe cywilizacje. Głównym bohaterem byłby łysy kapitan tego statku, jego przydupas z uszami jak elf z „Władcy pierścieni” i mechanik okrętowy, zapity Szkot. Fabuła miała polegać na spotkaniu z małym, zielonym hobbitem na pewnej bagiennej planecie i nauczaniu go poprawnej składni zdania. Znów nic. Znów „ryj zamknij, Karol”.

Postanowiłem więcej się nie odzywać. I tak płacili mi za godzinę, a nie za pomysły.

Siedziałem z nogami na stole, a te mądrale reżysera wymyśliły, aby po prostu przekręcić jeszcze raz pierwszą część „Gwiezdnych wojen”, zamieniając tylko imiona bohaterów. I żeby było wszystko ładnie i jak trzeba, główną postacią robiąc kobietę, a nie chłopaka. Ale poza tym wszystko to samo, nawet tych samych aktorów postanowili powyciągać z mauzoleów, odkurzyć, upudrować i postawić przed kamerą. To najgłupszy pomysł, jaki słyszałem – odezwałem się na koniec tej ostatniej mózgowej burzy. Nikt na to nie pójdzie. Ludzie nie lubią oglądać tego samego w kółko przez ponad trzydzieści lat. „Otóż mylisz się, lubią”, powiedział J.J. Abrams. Jest pan szalony – rzekłem do niego, robiąc wielkie oczy. „A ty zwolniony”, odpowiedział mi. I wywalił na pysk.

I to nie moja wina, że te nowe „Gwiezdne wojny” tak bardzo ssą w męskiej ubikacji. Ja chciałem dobrze, ja chciałem inaczej.

karol mrozinskiKarol Mroziński - poeta, dziennikarz, prawie prawnik. Szuka poklasku na portalu Facebook, kolekcjonuje serduszka na Twitterze i śledzi trendy żywieniowe na Instagramie. Kontakt z rzeczywistością łapie jedynie, gdy rozładuje mu się bateria w telefonie.

* Grafika: Shutterstock

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement