ON, czyli książę z jednorożcem

Felieton/Technologie 01.11.2015
ON, czyli książę z jednorożcem

ON, czyli książę z jednorożcem

Facebook przypomniał mi niedawno o urodzinach kolegi. Nie żyje już kilka miesięcy.

Nigdy nie spotkaliśmy się na żywo. Ale w sieci przegadaliśmy sporo czasu. Z reguły zrywami, rozwijając jakiś temat, a potem milcząc miesiącami.

Poznaliśmy się, kiedy w 2001 roku pisałem reportaż dla „Gazety Wyborczej” o niepełnosprawnych w sieci. A Lech Zaciura był jedną z tych osób, które o sobie mówiły: ON. Osoba Niepełnosprawna.

Lech nie mógł chodzić. Poruszał się na wózku. Od dziewiątego roku życia cierpiał na uszkodzenie rdzenia w wyniku silnego skrzywienia kręgosłupa.

Internet sporo zmienił w życiu Lecha. I nie jest to jakiś pusty frazes czy slogan reklamowy.

Sieć stała się dla ON miejscem, po którym poruszają się jak każda w pełni zdrowa osoba. To wielki przełom w ich życiu.

Ale kiedy pisałem ten reportaż, dostęp do Internetu był zupełnie inny niż dzisiaj. Jeszcze niewielu Polaków w ogóle wiedziało, czym jest Internet. A większość tych, którzy z niego korzystali, musiała używać dostępu wdzwanianego modemem. Co oznaczało – drogiego.

Lech opowiadał mi – mailowo, tylko tak się wówczas porozumiewaliśmy – że z Internetu korzystał wówczas już od czterech lat. Pamiętał, jak pierwszy raz zajrzał do sieci i znalazł stronę z akordami piosenek swoich ukochanych Beatlesów.

– Byłem podekscytowany, napawałem się tym globalnym, nieograniczonym kontaktem: akordy ściągałem aż z Australii – wspominał.

Potem przyszło otrzeźwienie – niewielki plik z Australii ściągał kilkadziesiąt minut, a każda minuta kosztowała.

– Ja nie jestem w sieci, ale wkłuwam się w sieć – opowiadał.  – Dla mnie 60-80 złotych to maksimum tego, co mogę miesięcznie wydać na Internet. Wkłuwam się więc modemem do Internetu, żeby pobrać listy, zajrzeć tu i tam, szybko się wycofać. Kilka razy kupowałem książki przez Internet, ale już wędrowanie po księgarniach internetowych to raczej stresujące zajęcie: szybciej, szybciej, niech te skany książek się ładują! Pogawędkę z sympatyczną dziewczyną muszę kończyć wstydliwie, ponieważ nie stać mnie, żeby wisieć dłużej w sieci. Ewentualnie, dziś dłużej, ale jutro sobie nie pogadamy wcale.

Przypominam jego wypowiedź, bo dobrze oddaje to, jak na początku XXI wieku wyglądał w Polsce dostęp do sieci.

ON marzyły wówczas – choć oczywiście nie tylko one – o stałych łączach. Ale te kosztowały czasami jedną trzecią renty wielu niepełnosprawnych. Właśnie o tym był też mój tekst: jak Internet może zyskać szczególne znaczenie dla osób niepełnosprawnych, ale niestety często okazuje się dla nich zbyt drogi.
Lech sformułował wówczas petycję, której projekt wrzucił do konsultacji na liście dyskusyjnej pl.soc.inwalidzi:

Nie chcemy jałmużny. Domaganie się przez część niepełnosprawnych darmowego dostępu jest roszczeniem ponad miarę. Jednak możliwe i pilnie konieczne jest wprowadzenie systemu, który za rozsądną opłatą pozwoli niepełnosprawnym uzyskać nielimitowany dostęp do sieci, a zatem osłabi barierę w komunikowaniu się. Takim rozwiązaniem jest zryczałtowana opłata za połączenie modemowe.

Napisał, że przecież już w wielu miejscach zlikwidowano bariery architektoniczne. A Internet to coś takiego, jak podjazd dla wózka inwalidzkiego – ułatwia komunikację.

Inną bohaterką tamtego mojego tekstu była Sylwia Kąkolewska. Swoje listy elektroniczne zaczynała od słów: „Miło mi z panem porozmawiać”, a podpisywała: „do usłyszenia”.

Skończyła szkołę muzyczną w klasie fortepianu. Miała słuch absolutny. Ale ten zaczął się pogarszać.

Z czasem bała się sama zostawać w domu, bo nie słyszała już nawet najgłośniejszych dzwonków. Odsunęli się jej dawni znajomi. Pewnego dnia córka zaprowadziła ją do kafejki internetowej. To był przełom. Sylwia niedługo później kupiła komputer. I wtedy Internet stał się jej uszami.

Zaczęła czytać grupę dyskusyjną pl.soc.inwalidzi, potem kakofonię, internetową listę dla niedosłyszących. Znalazła ludzi, którzy rozumieli jej problemy, bo borykali się z podobnymi.

Poznała dziewczyny w Kopenhadze, Frankfurcie, Amsterdamie, Toronto, Cape Cod, Miami Beach, Iowa. Z jedną z nich dość szybko spotkał się też „na żywo”. Bo Internet dla ON to nie tylko okno, przez które można wyjrzeć na świat. To też specyficzne drzwi, które pozwalają wyjść z domu i znaleźć w realnym świecie osoby o podobnych problemach.

Sylwia jeszcze przed moim tekstem poznała w sieci Lecha Zaciurę. Lech mieszkał w okolicach Białej Podlaskiej, Sylwia w Katowicach. W rzeczywistym świecie dzieliło ich kilkaset kilometrów, w sieci – kilka kliknięć w komputerze.

Po moim tekście Sylwia pierwszy raz pojechała odwiedzić Lecha. Przyjaźń internetowa stała się przyjaźnią realną. Bo Sylwia swoje elektroniczne listy kończyła mottem:

Gdy uda Ci się swoją rzeczywistość potraktować jak marzenia,
to wszystkie Twoje marzenia staną się rzeczywistością.

Odwiedzała Lecha co jakiś czas udowadniając, że Internet jest dobrym miejscem do podtrzymywania znajomości, ale marzenia spełniają się w rzeczywistości. Te o prawdziwej przyjaźni.

Przez kilkanaście lat od mojego tekstu dostęp do Internetu stał się czymś zupełnie zwyczajnym.

Ale wciąż dla ON ma szczególne znaczenie. Nadal pozwala przekraczać fizyczne bariery.

W ostatnich latach Lech korzystał już oczywiście ze stałego łącza, a gadaliśmy zwykle używając Facebooka. W jakimś stopniu zakumplowaliśmy się, a to raczej rzadkość w relacjach autor-bohater tekstu. Choć nigdy nie staliśmy się przyjaciółmi – tak jak Lech i Sylwia – bo nigdy nie spotkaliśmy się w „realu”.

Zawsze pasjonowała mnie fantastyka naukowa. Polubiłem opowiadania pisane przez Lecha. Kiedy w Polsce na chwilę popularny stał się selfpublishing, Lech sam wydał swojego ebooka z prozą fantastyczno-naukową „Pluszaki na Venonie”.

Kilka miesięcy temu Sylwia przekazała mi przez Facebooka wiadomość, że Lecha już nie ma.

Zaglądam na jego facebookową stronę i widzę, że ta wciąż „żyje”. Znajomi ostatnio wrzucili swoje wspomnienia właśnie w urodziny Lecha.
Dziś przypominam sobie, jak unieruchomiony na wózku inwalidzkim fotografował ptaki.

Zdjęcia zamieszczał na swojej stronie internetowej. Ptaki unosiły się też w jego opowiadaniach fantastyczno-naukowych, publikowanych w sieci. Ptaki magiczne, jak ten z kołysanki śpiewanej w krainie Oshigar:

Do Uzmet przybył książę z jednorożcem
Który miał cudowną moc
Przemieniał liście w ptaki
Aby z drzew ulatywały w ciemną noc.

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na PiotrLipinski.pl. Żartuje na Twitterze @PiotrLipinski. Nowa książka „Geniusz i świnie” – o Jacku Karpińskim, wybitnym informatyku, który w latach PRL hodował świnie – w wersji papierowej oraz ebookowej.

* Grafika: Shutterstock

Dołącz do dyskusji